To była klasyczna zbrodnia przeciwko sumieniu, oblana lukrem i wypełniona konfiturą różaną. Siedziałem w samym rogu „Słodkiej Dziurki”, z dala od okien, wtulony w kołnierz kurtki niczym agent wywiadu na wrogim terytorium. Przede mną leżał On – pączek idealny, dumny reprezentant karnawałowej rozpusty, ociekający tłuszczem i grzechem.
Właśnie wbijałem zęby w to puszyste ciasto, czując, jak nadzienie niebezpiecznie zbliża się do kącika moich ust, gdy nagle nad moim stolikiem zapadła ciemność.
Nie była to jednak chmura gradowa, lecz cień brata Tadeusza, filaru miejscowego zboru, człowieka, który potrafił wyczuć brak gorliwości z odległości trzech kilometrów, a „Strażnicę” czytał nawet przez sen.
Zamarłem.
Czułem, jak cukier puder na moich wargach zamienia się w dowód rzeczowy numer jeden. Brat Tadeusz nie powiedział ani słowa.
On po prostu stał, trzymając w ręku torbę na literaturę, i patrzył na mnie wzrokiem, którym prorocy wieszczyli upadek Babilonu Wielkiego.
W jego oczach widziałem już nie tylko swoją twarz, ale całą salę królestwa, trzy krzesła ustawione w trójkąt w małym pokoju na zapleczu i grawerowaną tabliczkę z napisem: „Komitet Sądowniczy”.
Przełknąłem kęs, który nagle urósł w moim gardle do rozmiarów encyklopedii, i spróbowałem wydusić z siebie coś, co brzmiało jak „to nie tak, bracie”, ale jedyne, co mi wyszło, to ciche „pffft” z chmurą mąki prosto w jego nienagannie wyprasowaną marynarkę.
Już widziałem te pytania. „Bracie, czy ten pączek był owocem ducha, czy raczej owocem pożądliwości ciała?”, „Czy czułeś, jak każda posypka z kandyzowanej skórki pomarańczowej oddala cię od drogi prostej?”.
Wyobraźnia podsuwała mi obrazy trzech surowych starszych, badających moją skruchę na podstawie stopnia zatłuszczenia moich palców.
Czy to był pączek zjedzony w sposób godny? Czy nie wywołałem zgorszenia wśród personelu cukierni swoją żarłocznością, która przecież graniczy z obżarstwem, a to już niemal prosta droga do utraty przywilejów?
Brat Tadeusz powoli uniósł brew, spojrzał na mój talerzyk, potem na mój przerażony wzrok i… powoli wyciągnął portfel.
„Młody bracie” – wychrypiał głosem, który brzmiał jak wyrok Sądu Ostatecznego – „przesuń się.
Skoro już i tak obaj tu zginiemy w ogniu Armagedonu, to niech przynajmniej wezmę jednego z adwokatem.
Tylko nie mów o tym mojej żonie, bo komitet będę miał w domu”.