Popraw mnie, jeśli się mylę.
Mamy dziś rachubę czasu, która sprawia, że kalendarzowy marzec jest wtedy, kiedy powinien być. Rolnik wychodzi i obrabia pole. Dzieje się tak co roku, ponieważ rok trwa tyle, ile trwa. To sprawia, że po kilku latach marzec nadal wypada w marcu, z punktu widzenia okresu wegetacyjnego, a nie na przykład w styczniu, czy czerwcu lub sierpniu.
Tak właśnie by się działo, gdyby biblijny rok trwał dłużej o znaczącą liczbę dni i nie byl korygowany co roku lub co parę lat do cyklu słonecznego. Rolnik by wychodził na pole i siał pszenicę w lipcu, a nie w październiku/listopadzie, jak to miało miejsce w Izraelu. Wszakże rolnik uznałby, a za nim cały naród, że rok ma 371,05263 dni, a więc miesiąc siewów wypada w tym roku pół roku wcześniej niz powinien. Wypada i koniec, bo nie korygowalisny kalendarza co roku, bo rok ma mieć tyle dni i koniec. A potem ktoś będzie na tym liczyć proroctwa...
Sprowadziłem to chyba wystarczająco do absurdu by pokazać, że bieg lat, pór roku czy miesięcy był na bieżąco wyznaczany przez cykle księżyca oraz obieg słońca, ponieważ to warunkowało być albo nie być tamtejszych narodów. Wobec tego dzisiejsze dywagacje na ten temat nie mają sensu, bo rok mniej więcej był taki jak jest dziś.
Jeśli "mniej więcej" cię nie zadowala, to trzeba mieć pretensje do Boga, bo tak wymyślił latanie tego księżyca i słońca, że inaczej nie wychodzi.