to chlali na ostatniej wieczerzy:
W tej alternatywnej wersji historii, w Jerozolimie panował nietypowy dla tego regionu mróz, a winnice obrodziły wyjątkowo marnie. Zamiast soku z winogron, apostołowie – dzięki kontaktom handlowym z dalekiej północy – weszli w posiadanie tajemniczego, „płonącego” destylatu z żyta.
Scena wyglądałaby zapewne tak:
Siedzą przy stole. Atmosfera jest gęsta, nie tylko od napięcia, ale i od ostrego zapachu spirytusu. Jezus podnosi kielich, ale zamiast rubinowego płynu, w środku lśni krystalicznie czysta, lodowata ciecz.
— Bierzcie i pijcie z tego wszyscy — mówi, a po pierwszym łyku lekko mruży oczy i głośno wypuszcza powietrze. — To jest bowiem krew moja... tylko taka, wiecie, z charakterem. Rozgrzeje was na te trudne dni, które nadchodzą.
Apostołowie podają sobie naczynie. Pierwszy pije Piotr. Wykrzywia twarz, uderza pięścią w piersi i sapie:
— Panie, to wypala wszelki grzech! Czuję się, jakbym połknął pochodnię!
Jan, najmłodszy, po wypiciu swojej porcji nagle odzyskuje pewność siebie i zaczyna zapewniać wszystkich o swojej dozgonnej miłości, nieco bełkotliwie, ale z wielkim uczuciem. Judasz natomiast siedzi w kącie, nerwowo zagryza ogórkiem kiszonym i unika wzroku reszty. Myśli sobie: „Za trzydzieści srebrników mógłbym mieć całą skrzynkę tego towaru...”.
Po kilku kolejkach nastroje radykalnie się zmieniają:
Ostatnia Wieczerza zamienia się w biesiadę. Zamiast cichej modlitwy, zaczynają się wspólne śpiewy psalmów, ale w wersji znacznie głośniejszej i nieco rozstrojonej.
Piotr deklaruje walkę z całym światem. — Ja nikogo nie zaprę! — krzyczy, wymachując nożem do chleba. — Wszystkich Rzymian sam rozgonię!
Tomasz staje się jeszcze większym niedowiarkiem. — Nie wierzę, że to nie jest filtrowane! — krzyczy, patrząc pod światło w pusty kieliszek.
Gdy nadchodzi czas wyjścia do ogrodu Getsemani, apostołowie idą wężykiem. Jezus patrzy na nich z politowaniem, poprawia sandał i mruczy pod nosem: „Wiedziałem, że woda była bezpieczniejsza”.
Finał jest taki, że w ogrodzie nikt nie musi ich budzić – chrapią tak głośno, że straż świątynna znajduje ich bez użycia pochodni.