1
"NOWE ŚWIATŁA" / Odp: Podstawowe skladniki krwi
« Ostatnia wiadomość wysłana przez donadams dnia Dzisiaj o 07:07 »Każdy kto wszedł do organizacji świadomie przyjmował naukę o krwi. Myślę sobie, że część osób w zborze podchodziła z wiara do to tej nauki. Sami krwi by nie przyjęli i innym odradzali. Nam łatwo jest potępiać te naukę i osoby, które doradzały czy też działały w KŁzSz, będąc tak naprawdę odstępcami. Stoimy teraz z boku i oceniamy. A co z takimi osobami co mają wiarę i święcie wierzą, że przyjęcie krwi jest zlekceważeniem ofiarnej krwi Jezusa? Czy też należy wrzucić ich to tego samego worka? Znam osoby, które nie przyjęły krwi i były to osoby z funkcjami w zborze. I ich sytuacja byla podbramkowa. Z tego powodu mogę napisać, że nie wiem ile osób cynicznie postępuje, doradza lub działa, ale sama przyjela by transfuzje, a ile jest osób zwyczajnie zmanipulowanych i podporządkowanych wymaganiom organizacyjnym i święcie przekonane, że dobrze czynią.
W wielu kwestiach, będąc jeszcze aktywnym Świadkiem Jehowy, nie mam czystego sumienia i dawałem się robić tak samo jak większość głosicieli. Jednak pytany zarówno przez "braci i siostry" w prywatnych rozmowach oraz przez ludzi w służbie, którzy od czasu do czasu, gdy bardziej ogarnięci, pytali przecież Świadków, którzy do nich przychodzili, o to, czy przyjęli by krew lub podali ją bliskiej osobie, gdyby to od nich zależało, zawsze odpowiadałem, że nie wiem co bym zrobił. Nigdy nie odpowiedziałem, że odmówiłbym krwi sobie lub komuś. Uczciwie mówiłem, że nie wiem, bo wielokrotnie się nad tym zastanawiałem i wiedziałem, że chciałbym "postąpić właściwie" ale wiedziałem też, że nie wiem, czy bym tak postąpił. Byli jednak głosiciele, którzy bez wahania mówili w drzwiach, że nie tylko sami by odmówili, ale że własnemu dziecku by nie dali i że Jehowa je wskrzesi, co oczywiście spotykało się z uzasadnionym szokiem rozmówcy przy drzwiach (potem był taki moment, że poruszano kwestię na zebraniu i radzono, by nie wspominać o śmierci dzieci...).
W tym samym czasie, gdy to się działo, na zebraniach omawiano, jak delikatni i ostrożni muszą być "słudzy Boży", gdy doradzają innym w kwestiach pracy i wykształcenia... Jak to jest, że w takich błahych kwestiach mam być ostrożny, co doradzam, ale jak mam doradzać w kwestii krwi, to mogę doradzać wyłącznie rozwiązania podwyższające ryzyko śmierci? Bardzo kochałem organizację, nieraz dałbym się za nią pokroić, broniłem nauki o zakazie przyjmowania krwi i wielu innych nauk, ale jednak nigdy nawet w deklaracji nie byłem tu kategoryczny wobed samego siebie, a co dopiero wobec innych. Wtedy odczuwałem to jako moją słabość, ale być może jednak był to jakiś zdrowy rozsądek, który sprawiał, że to zbyt poważna sprawa, żeby robić to, czego się oczekiwało. Więc uważam, że mam czyste sumienie w tej kwesii, że mogę krytykować określone postawy nie tylko teraz, z perspektywy czasu, ale też patrząc na swoją postawę jako jeszcze pioniera stałego.
Masz rację, że ludzie są zmanipulowani i wierzą w to, że dobrze czynią. To jednak ich nie tłumaczy. Śmierć jest śmiercią, mogą oceniać ją nawet jako "śmierć dla Jehowy", ale w takiej sytuacji również są za nią współodpowiedzialni. Nawet jeśli oceniają tą śmierć jako potrzebną, nadal są za nią współodpowiedzialni. Natomiast my, jak jesteśmy w tym wątku zebrani, raczej nie mamy wątpliwości co do oceny tego rodzaju śmierci i logika też nie daje nam wyboru, jak tylko uznać je za zupełnie bezsensowne.
Problem i ocena moralna, o której piszesz (Gandalf Sz...), najczęściej nie dotyczą szarych członków zboru, ale samej góry organizacyjnej. To tam zapadają decyzje o wykluczaniu osób, które w chwili słabości lub ratowania dziecka przyjęły krew.
To tam tworzy się procedury i naciski, które nie zostawiają człowiekowi wolnego wyboru w szpitalu.
Nie da się ocenić ludzkich serc jedną miarą, zwłaszcza gdy w grę wchodzi tak silna presja strukturalna i doktrynalna, jaką stosuje ck (Ww)
DontBeUnkind ma racje przytaczając procesy Norymberskie. Można nawet spojrzeć na współczesne sytuacje i oceny tak prawne, moralne jak i etyczne. Jest wiele sytuacji, gdy - szczególnie młodzi ludzie, ale nie tylko - radykalizują się pod wpływem różnego rodzaju treści, chwytają za broń i robią masakrę. Paradoksalnie, gdy ci ludzie stoją przed sądem, sąd krytycznie odnosi się do treści, które zradykalizowały takiego człowieka, ale jeśli treści te nie są jawnym nawoływaniem do nienawiści na określonym tle czy przemocy, a często tak nie jest, to na słownym potępieniu autora tych treści się kończy. W iluś przypadkach "sukces" ma wielu ojców, bo ludzie radykalizują się na forach, gdzie czerpią z wielu źródeł. Siła słowa jest ogromna, ci ludzie bez wątpienia też są wprowadzeni w błąd i zmanipulowani wierząc, że czynią dobrze.
A jednak sąd, po ustaleniu, że działali świadomie, sądzi ich - de facto - jako głównych odpowiedzialnych! Byli bowiem wykonawcami ideologii. Ideolog w wielu wypadkach podlega jedynie ocenie etycznej, za to ten szary zmanipulowany człowiek z nożem w ręku zostaje zamknięty czy stracony (jak to czasem ma miejsce i miało miejsce na przestrzeni wieków). Więc nawet praktyka współżycia społecznego pokazuje, że CK może pisać i nagrywać manipulujące treści, ale gdyby ktoś na ich podstawie złapał za broń i wystrzelał odstępców, to sąd co najwyżej pogrozi CK palcem, a skaże wykonawcę ideologii.
Dlaczego mam nie stosować tego samego podejścia do oceny odpowiedzialności w kwestii bezsensownych śmierci ludzi, którzy odmówili krwi? Czasem odpowiedzialność CK wyniesie 60:40, a czasem, przy wyjątkowo gorliwych KŁS-ach czy zwykłych głosicielach siedzących przy łóżkach konających i zagrzewających ich do tego konania wyniesie tylko 20:80, bo czasem nadgorliwość wchodziła tak bardzo, że nie zostawiali człowieka samego, żeby niby "nie przetoczyli mu krwi", co jednak w gruncie rzeczy było pilnowaniem, by ten człowiek nie podjął potencjalnie ratujące jego życie decyzji. Nie kojarzę, by CK dawało tak daleko idące "zalecenia", a jednak nieraz tak się to odbywało.
Ostatnie wiadomości