Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Droga Estero  :) (...)
Świadomego człowieka nie da się na trwałe zaprogramować, a Twoje spostrzeżenia dowodzą, że nawet wewnątrz bardzo restrykcyjnych struktur
można zachować wewnętrzną wolność i autonomię, budując własny świat wartości obok narzuconych schematów.
Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę dużo siły oraz niesłabnącej wytrwałości w podążaniu własną drogą! - DOBRANOC
   Nadaszyniaku :) :)
   Napewno bycie w statusie PIMO wiąże się z pewnymi wyzwaniami i pewną dozą ostrożności.
   Ale to jest gra na naszych zasadach, nie musimy tańczyć tak, jak strażnica nam zagra.
   Osobiście podobnie jak Gremczak wychodzę z założenia, że nie muszę trzymać się zasad, które nakreśla strażnica.
   Już dawno nie chodzę według ich prawideł.
   I nie zamierzam im podarować ani jednego swojego podpisu na czymkolwiek.
   Oczywiście, łatwiej by im było zrobić komitet sądowniczy i mnie wykluczyć.
   Ale ode mnie nie dostaną żadnego podpisu czy choćby kropki czy przecinka >:D >:D
   A tak, przed każdą obsługą jestem dla nich problemem do wyjaśniania przed nadzorcą podróżującym.
   Mam wolność i autonomię, chociaż jest ona w jakiejś tam mierze ograniczona, nie ma się co czarować, ale naprawdę w bardzo niewielkiej.
   Nie mają nade mną żadnej kontroli, bo nie mają źródeł informacji.
   Wszystkie możliwe wykasowałam, nie mają do mnie żadnego, wiarogodnego dostępu.
   A ziarna wątpliwości się sieją i to dość obficie.
2
Droga Estero  :)
To, co napisałaś w cytowanym fragmencie, jest bardzo prawdziwe i rzuca niezwykle ciekawe światło na codzienną rzeczywistość osób PIMO.
Pokazuje to, że ta strategia przetrwania ma wiele odcieni, których organizacja nie jest w stanie w pełni kontrolować.
Masz rację, że tacy „partyzanci” stanowią dla Strażnicy znacznie twardszy orzech do zgryzienia niż osoby, które odeszły oficjalnie, ponieważ nie da się ich tak łatwo odizolować od reszty społeczności za pomocą mechanizmu wykluczenia.
To fascynujące, że nawet w samym sercu organizacji, w Warwick, mogą znajdować się ludzie zachowujący krytyczne myślenie, co tylko potwierdza, że ideologii nie da się narzucić siłą tam, gdzie pojawia się rzetelna wiedza i świadomość.
Ta cicha obecność osób PIMO ma ogromną siłę rażenia, a ich działania rozsadzają system od środka w sposób niemal niezauważalny, a jednocześnie bardzo skuteczny.

Bardzo celna jest Twoja uwaga dotycząca rozmów ze starszymi – wykorzystanie ich własnych argumentów o omylności i braku natchnienia Ciała Kierowniczego to genialna w swojej prostocie metoda i inteligentny sposób na wytrącenie im oręża z ręki.
To wręcz szach-mat w dyskusji, bo trudno oskarżyć kogoś o odstępstwo, gdy cytuje oficjalne publikacje; takie podejście pozwala zachować twarz i spokój, stawiając wyraźną granicę dla ich autorytetu.
Rzeczywiście, odcięcie „serca i portfela”, czyli emocjonalnego zaangażowania i wsparcia finansowego, to najskuteczniejsza forma cichego sprzeciwu, która w dłuższej perspektywie mocno osłabia fundamenty każdej korporacji religijnej.
Sposoby na przetrwanie zebrań, o których wspominasz, jak czytanie książek czy zajmowanie się własnymi sprawami, to z kolei niezbędny mechanizm obronny pozwalający zachować higienę psychiczną w środowisku pełnym presji.

Ta cicha rebelia i bycie „ukrytym agentem” daje unikalną szansę na sianie ziarna wątpliwości tam, gdzie oficjalnie dostęp do informacji jest zablokowany.
W dobie cyfrowej rewolucji organizacja stoi na straconej pozycji, bo nie da się już całkowicie kontrolować przepływu informacji ani izolować ludzi od faktów, które są na wyciągnięcie ręki.
Taka postawa pokazuje, że prawdziwa lojalność należy się prawdzie i własnemu sumieniu, a nie organizacji, która wymaga bezwzględnego posłuszeństwa.
Świadomego człowieka nie da się na trwałe zaprogramować, a Twoje spostrzeżenia dowodzą, że nawet wewnątrz bardzo restrykcyjnych struktur można zachować wewnętrzną wolność i autonomię, budując własny świat wartości obok narzuconych schematów.
Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę dużo siły oraz niesłabnącej wytrwałości w podążaniu własną drogą! - DOBRANOC
3
Cytuj
Witaj Estero
Największym wyzwaniem dla Strażnicy nie są dziś ci, którzy trzasnęli drzwiami, lecz ci, którzy zostali, tracąc jednocześnie wiarę w nieomylność „Ciała Kierowniczego”.
Armia osób PIMO to ludzie, którzy opanowali do perfekcji sztukę kamuflażu.
Ich obecność na zebraniach to czysta logistyka – ochrona relacji rodzinnych, unikanie bolesnego zerwania więzi, dbanie o spokój najbliższych.
Jednak ich serca i portfele są już dawno gdzie indziej.(...)(pogrubienie moje)
Osoba PIMO, choć świadoma prawdy, wciąż musi oglądać się za ramię.
Każde spotkanie z rodziną jest polem minowym, każdy telefon od starszego zboru wywołuje skok adrenaliny,
a każda chwila szczerości z kimś „ze świata” jest obarczona lękiem przed dekonspiracją.
To nie jest spokój – to jedynie dobrze zamaskowana partyzantka.
   Nadaszyniaku :)
   To co napisałeś w cytowanym fragmencie jest bardzo prawdziwe.
   Aczkolwiek nie każdy PIMO jest aż pod taką kontrolą, jak tu zauważyłeś.
   I napewno dla strażnicy większym wyzwaniem są osoby PIMO obecne w zborach niż te, które oficjalnie z niego odeszły.
   Czego dowodem może też być to, że w samym biurze głównym w Warwick są tacy ukryci agenci :-* :-*
   Trudniej jest im odciąć kontakt pozostałych śj, od takiego zakamuflowanego człowieka.
   A zawsze to jest jakieś pole do manewru, żeby przemycać różne prawdy o tej organizacji.

   Świadomość, czym jest ta organizacja nie powoduje już bezmyślnego podporządkowania się CK.
   Starsi, próbujący wyszukać osoby PIMO, pierwsze pytanie jakie zadają, to to czy ufasz niewolnikowi i CK, którym się on posługuje?
   Ale w tym przypadku wystarczy powołać się na to, że sami o sobie napisali, że są omylni i nienatchnieni i kończy się temat.
   A być dobrze zamaskowanym partyzantem też daje dobre efekty.
   Ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że taki PIMO serce i portfel dla strażnicy ma zamknięty.
   Też często stosowaną praktyką osób PIMO jest to, że jeśli ktoś taki musi z różnych względów chodzić na zebrania.
   To nie zajmuje się zebraniem, ale czyta jakieś książki czy gra w jakieś gierki.
   To, co wrażliwszym pomaga jakoś przetrwać te wszystkie bzdety.



Generalnie dobry byłem, rzadko wychodziłem przegrany z rozmowy.
Otóż w jednej rozmowie posunąłem się za daleko i zniszczyłem argumentacją jedną osobę.
W rezultacie rozmowy ta osoba popłakała się na moich oczach. Gdy tak zareagowała wówczas dotarło do mnie, że wyrządziłem jej krzywdę.
Więc teraz próbuje jakoś sobie to wytłumaczyć, ale nie mogę sobie tego darować. Żeby to jeszcze prawda była, ale nie była.   
   Gandalfie Szary :)
   To jeśli nie możesz sobie tego darować, to może spróbuj tak.
   Jeśli ta osoba żyje, to znajdź ją i ją przeproś.
   Może to da Ci jakiś spokój ducha.
   ;D ;D
4
   Gandalfie Szary  :)
 
   Ale było tam też sporo pozytywów.

   Jeden z nich to chociażby to, że ludzie tam pozbywali się swoich najgorszych nałogów.
   TSSK uczyła ich kontaktu z ludźmi, czytania, pisania nawet i wyciągania logicznych wniosków.
   Uczyła obycia, kultury, higieny życia, dbania o swoje mienie, otoczenie, schludny ubiór, grzecznego prowadzenia rozmów.
   W moim zborze było sporo takich meneli, co wyszli na prostą i do dziś tam jeszcze tkwią póki co i raczej nie zbierają się do wyjścia.
   I dla nich, to może lepiej, żeby stamtąd nie wychodzili, bo mogliby wrócić na swoje "menelskie", nałogowe ścieżki.
   Nasz pobyt tam, też w jakiś sposób ukształtował nas samych.
   Bo jak ktoś tam był 10, 15, 20, 30 lat, a niektórzy całe swoje życie, to to co się tam działo nas wychowywało.
   Jak dziś umiera ktoś, kto przyjął chrzest w 1975 roku, to przeżył w tej kłamliwej nadziei ponad pół wieku.
   I umarł nawet nieświadomy, że to tylko ideologia, która nie jest prawdą.
[/b]

To prawda. Ja również pamiętam dobre momenty z życia organizacyjnego. Akurat jak wchodziłem do organizacji to byłem młodziutkim chłopaczkiem. Tam spotkałem rówieśników, byłem w ekipie pionierów, nawiązywały się przyjaźnie, spędzaliśmy dużo czasu ze sobą, napędzani działalnością społeczną?? To było fajne(dałem znak zapytania, bo dziś nie wiem jak to ocenić). Z drugiej strony, to co napisałem. Jak pomyśle, że cały mój wysiłek był psu na budę i że to było po nic, to nie mogę się otrząsnąć i żal mi tego czasu i zmarnowanego wysiłku.
Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, który mnie dręczy. Byłem całkiem niezły w głoszeniu. Choć z perspektywy, było to dla mnie niekomfortowe zajęcie, to jak sięgnę pamięcią byłem wygadany. Generalnie dobry byłem, rzadko wychodziłem przegrany z rozmowy. Otóż w jednej rozmowie posunąłem się za daleko i zniszczyłem argumentacją jedną osobę. W rezultacie rozmowy ta osoba popłakała się na moich oczach. Gdy tak zareagowała wówczas dotarło do mnie, że wyrządziłem jej krzywdę. Więc teraz próbuje jakoś sobie to wytłumaczyć, ale nie mogę sobie tego darować. Żeby to jeszcze prawda była, ale nie była.   
5
Jak w każdej religii są plusy i minusy
6
Tez tak uważam.
Gdyby w religiach nie było coś pozytywnego to nikt by się na to nie nabrał.
Tam też jest zakamuflowane zło i podłość.
7
Cytuj
Ja również uważam że to strata czasu i żal mi tych lat młodości, gdzie stałem przy drzwiach i próbowałem przekonywać do utopii.
Najgorsze uczucie, gdy trafia do umysłu, że było to po nic.
   Gandalfie Szary  :)
   Powiem Ci, jakie ja mam podejście do swojego bycia tam u nich.
   Nie wszystko tam było stratą czasu i czymś, co należy ogarniać żalem.
   Chodziliśmy do ludzi głosić z serca, bo naprawdę wierzyliśmy, że to najprawdziwsza prawda, ze mną tak właśnie było.
   A tu po wielu latach gorliwego głoszenia, okazuje się, że to zwykła ściema ten raj na ziemi, życie bez chorób i bliski koniec świata :'( :'(
   Oczywiście, to pierwsze emocjonalne uderzenie po odkryciu, że to kłamstwo było straszne.
   I ten okres żałoby musiał nastąpić, a z nim wściekłość, złość, nienawiść, podarte zaufanie, poczucie, że się zostało oszukanym.
   I że z taką oszukańczą ideologią szło się do ludzi i przekonywało, że to jedyna droga do zbawienia.

   Ale było tam też sporo pozytywów.

   Jeden z nich to chociażby to, że ludzie tam pozbywali się swoich najgorszych nałogów.
   TSSK uczyła ich kontaktu z ludźmi, czytania, pisania nawet i wyciągania logicznych wniosków.
   Uczyła obycia, kultury, higieny życia, dbania o swoje mienie, otoczenie, schludny ubiór, grzecznego prowadzenia rozmów.
   W moim zborze było sporo takich meneli, co wyszli na prostą i do dziś tam jeszcze tkwią póki co i raczej nie zbierają się do wyjścia.
   I dla nich, to może lepiej, żeby stamtąd nie wychodzili, bo mogliby wrócić na swoje "menelskie", nałogowe ścieżki.
   Nasz pobyt tam, też w jakiś sposób ukształtował nas samych.
   Bo jak ktoś tam był 10, 15, 20, 30 lat, a niektórzy całe swoje życie, to to co się tam działo nas wychowywało.
   Jak dziś umiera ktoś, kto przyjął chrzest w 1975 roku, to przeżył w tej kłamliwej nadziei ponad pół wieku.
   I umarł nawet nieświadomy, że to tylko ideologia, która nie jest prawdą.
8
   Co Ci na to odpowiedzieli?
   Nie byli zdziwieni?
Nie wiem czy to było zdziwienie.
Na pewno zakłopotanie.
Chcieli przemilczeć.
Zmienić temat.
Zachęcałem ich by się do tego odnieśli.
Oni próbowali swoje.
Zaproponowałem im aby zapoznali się z takim terminem; przesunięcie bramki-socjotechniki manipulacyjne.
Przecież masz smartfona.
Odszukał.
Coś tam czyta ,czyta.
Oświadcza ,że musi się zapoznać z tym tematem.
Na tym rozmowa się skończyła.
Ja na konie tylko poinformowałem ,że nasza rozmowa była nagrywana.

9
   Co Ci na to odpowiedzieli?
   Nie byli zdziwieni?
10
U mnie jak się pytali dlaczego na zebrania nie chodzę to powiedziałem im, że stosuję się do biblii.
Zachęciłem ich aby odczytali werset o złym towarzystwie.
Tacy są na zebraniu.
Mogę wam z rękawa sypnąć kto takim jest.
Strony: [1] 2 3 ... 10