Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE  (Przeczytany 8053 razy)

Offline PoProstuJa

Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« dnia: 10 Listopad, 2018, 17:14 »
Z cyklu: WARWICKO – NADARZYŃSKIE DYLEMATY

Moi drodzy,

Dzisiaj zapukało do mych drzwi natchnienie  :)
I mi powiedziało, że nie tylko szeregowi głosiciele mają różne dylematy… ale również, a może przede wszystkim ci, którzy stoją na jej szczycie… i ci z Warwick.. i ci z Nadarzyna…
Najpierw pomyślałam, że można przedstawić je  w sposób zwyczajny… ale później przypomniało mi się, że o wiele więcej zabawy daje ubranie ich w fabularną historię (o czym świadczy m.in. duża popularność Bogumiła na forum).
A zatem zapraszam Was do zabawy w tworzenie tasiemca na miarę Mody na sukces, w którym jest wielu bohaterów i wszystko może się zdarzyć  ;D

Ja wymyśliłam swoje postaci i będę przy nich trwała z czasem poszerzając ich grono, a inni mogą wymyślić swoje postaci i opisywać ich losy. Możemy też nawiązywać w swoich opowiadaniach do pomysłów poprzedników.

No to robimy telenowelę WARWICKO – NADARZYŃSKIE DYLEMATY… oczywiście z życia wzięte!  ;D

Mam już pomysł na kilka odcinków… ale na razie wrzucam Wam pierwszy… będę dorzucała na bieżąco w miarę tego co mi się naprodukuje.

Tylko mam prośbę, aby zanim ktoś wrzuci swój odcinek, wysłał mi go na priva... cobyśmy sobie przez przypadek wzajemnie gotowych pomysłów nie wzięli...  :)
------------------------------------------------------------------------------------------

Uwaga: Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe!  ;D

ODCINEK 1 Dylematy brata Dżefreja

Scena 1

Tego dnia brat Dżefrej wstał z łóżka o wiele później niż zwykle… Promienie słoneczne świeciły prosto w jego podkrążone z niewyspania oczy… To była ciężka noc… Położył się do łóżka bardzo późno, a gdy w końcu udało mu się zasnąć, przez całą noc miał koszmary senne.
Naprawdę za nic w świecie nie chciał wychodzić tego dnia z łóżka. Gdy mimowolnie spojrzał na zegarek z przerażaniem zobaczył, że jest już ósma.
- No nie! Spóźnię się na tekst dzienny! Cholera jasna!
Dżefrej zwlókł się z łóżka i poczłapał do łazienki na szybki prysznic. Żeby nie tracić czasu wziął ze sobą od razu piankę do golenia i zaczął golić jednodniowy zarost podśpiewując pod nosem. Dżefrej był miłośnikiem pieśni królestwa i najczęściej nucił słowa swojej ulubionej: „Słudzy Jehowy w luksusach nie chcą żyć… ni władców ni świata ulubieńcami być”. Dżefrej pilnował się jednak, aby nie śpiewać zbyt głośno… bo jednak ściany w tym Warwick są cienkie, a przecież nikt nie mógł usłyszeć, że lubi nucić sobie pieśni jeszcze z czasów „starego światła”. Czasami za te pieśni mitygowała go jego żona, ale teraz miał całkowity luz, bo wyjechała w odwiedziny do rodziny. A on został na posterunku, aby niczym Mojżesz nieustannie służyć ośmiu milionom sług Jehowy.

Dżefrej zawsze był punktualny i lubił wstać z samego rana, aby mieć jeszcze czas na poranną kawę. Dzisiaj jednak musiał się pospieszyć. Z porannej kawy nici. Dżefrej szybko wyszedł spod prysznica, spryskał się perfumami Giorgio Armani i zaczął się pospiesznie ubierać. Otworzył szafę i musiał w kilka sekund zadecydować który garnitur dzisiaj wybrać… sięgnął po pierwszy lepszy granatowy garnitur z Hugo Boss’a. 
- Cholera jasna! Co się dzieje?! Nie pasuje! Chyba przytyłem za bardzo… nogawki mam za wąskie… i za bardzo przylega do ciała. Bracia gotowi jeszcze mnie wziąć za tego… za jakiegoś homo…! No nic… wezmę jasno szarego Gucciego. Jeszcze tylko krawat… złoty Rolex… i będę gotowy!

Dżefrej przygładził swoją łysinę, chuchnął na złoty sygnet i wypolerował go mankietem białej koszuli Dolce& Gabbana. Jeszcze tylko dwa psiknięcia odświeżaczem do ust i pospiesznym krokiem wyszedł ze swojego pokoju w apartamentowcu dla członków Ciała Kierowniczego w kierunku jadalni.
Dżefrej wiedział, że to nie będzie dla niego łatwy dzień...

Cdn…


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #1 dnia: 10 Listopad, 2018, 21:55 »
ciąg dalszy...

ODCINEK 1 - Dylematy Dżefreja

Scena 2


Dżefrej zdążył przyjść do jadalni na ostatnią chwilę. Bracia skłonili już głowy do modlitwy przed omówieniem tekstu dziennego. Po chwili wszyscy mieli już otwarte teksty dzienne na swoich ajfonach i tabletach z podkreślonymi najważniejszymi myślami. Dżefrej ukradkiem spojrzał przez ramię sąsiada i zdał sobie sprawę, że on jako jedyny nie zdążył się przygotować.  Na szybko zaznaczył w tekście przypadkowe zdania i odetchnął z ulgą, że teraz nikt go nie nakryje, że nie czytał tekstu dziennego.
Dzisiejszy tekst oparty na Ewangelii Jana 8:44 zatytułowany był: „Szatan jest ojcem kłamstwa”.
Brat przewodniczący zaczął omawiać tekst, szczególnie skupiając się na odstępcach, którzy bezwstydnie szkalują organizację Jehowy za pomocą wszelkich metod.

Dżefrej na początku słuchał tego mini-wykładu, ale jego myśli szybko zaczęły odpływać w innym kierunku…

---------------
Dżefrej zamyślił się nad programem telewizyjnym, który oglądał wczoraj wieczorem ukradkiem w swoim apartamencie. Nikt w Betel nie mówił o tym programie oficjalnie, ale wszyscy wiedzieli, że o dziewiątej w BBC będzie program o byłych Świadkach Jehowy, którzy opuścili organizację i oskarżają Ciało Kierownicze o ukrywanie pedofilii.
Dżefrej tego wieczoru zaszył się w swojej sypialni i na wszelki wypadek postanowił zasłonić okna. Wziął swojego ulubionego, 13-calowego, ajpada Pro i z bijącym sercem włączył zakazany program. Dżefrej wiedział, że nie może korzystać z warwickiego Internetu, bo specjaliści z IT szybko go namierzą. Nie żeby z tego powodu miał jakieś konsekwencje… ale nie zniósłby tego, gdyby betelczycy znowu zaczęli o nim szemrać. Przecież on daje przykład całej trzodzie i nie może tak głupio wpaść! Wystarczy, że po tej aferze w Australii betelczycy zaczęli na niego inaczej patrzeć…
Nie… nikt mu nigdy nic nie powiedział na ten temat… przecież oficjalnie nikt w Betel… oprócz Ciała Kierowniczego.. nie wie o tym przesłuchaniu. Ale co się dzieje nieoficjalnie… tego już Dżefrej wolał nie wiedzieć… Nikt nic nie mówił, ale czasem wymownie na niego spoglądał… Dżefrej nie znosił tych spojrzeń i odruchowo unikał kontaktu wzrokowego z betelczykami, nawet gdy była to tylko pokojówka, która codziennie z namaszczeniem sprzątała jego apartament, zostawiając w łazience ręczniki codziennie ułożone w inny kształt – a to w łabędzie, a to w słonia… a to w australijskiego kangura…

Dżefrej wykupił więc sobie osobisty pakiet internetowy i oglądał program z zapartym tchem, a jednocześnie zastanawiał się w jaki sposób wyciszyć tę sprawę. Jasne było to, że nie może udzielać w tej kwestii żadnych komentarzy mediom ani nawet pisnąć słówka podczas rozmów z betelczykami.
A w zasadzie o czym tu rozmawiać?! O kłamstwach odstępców?! Tych odstępców co szkalują dobre imię organizacji?!
Dżefrej zrobił się ze złości czerwony na twarzy i poczuł jak zaschło mu w gardle. Sięgnął do swojej szafki nocnej, gdzie starał się zawsze trzymać coś „na ząb”, gdy był zestresowany. Sięgnął po pierwszą lepszą butelkę z Whisky z 1974 roku.
„Dobry rocznik” – pomyślał przez chwilę Dżefrej z rozrzewnieniem.
1974 rok… Dżefrej był wtedy pełen ideałów, od trzech lat pełnił już służbę pionierską i jako zaledwie 19-letni młodzieniec wziął ślub ze swoją Jenny. Któż by wtedy pomyślał, że trzydzieści lat później jego gorliwość zostanie tak sowicie nagrodzona?! Że zostanie członkiem Ciała Kierowniczego i tym samym wpisze się na listę pomazańców, którzy po śmierci zapukają do niebiańskich bram! Wspaniały zaszczyt i błogosławieństwo!
Rozmyślania Dżefreja przerwała w jednej chwili informacja, która o mało nie zwaliła go z nóg! Otóż jedna z wypowiadających się w reportażu ofiar pedofila, który był starszym w jej zborze, zapowiedziała, że znalazła także inne poszkodowane przez niego ofiary i że wspólnie wytoczą mu proces! Podała nawet kwotę, której zażądają od Towarzystwa Strażnica: 16 milionów dolarów!

Dżefrej zachłysnął się w tym momencie swoją Whisky i zaczął spazmatycznie kaszleć. Nie mógł przestać, więc szybko pobiegł do łazienki.
To była zła decyzja. Echo łazienki dodatkowo nagłośniło jego kaszel – teraz słyszało go już całe piętro.
Po chwili usłyszał pukanie do drzwi wraz z nawoływaniem:
- Bracie Dżefreju! Czy wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy? Otwórz drzwi!
Dżefrej doskoczył do drzwi i próbował powstrzymać kaszel, ale bezskutecznie. Przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi, za którymi stał steward obsługujący jego piętro.
Mężczyzna widząc stan brata Dżefreja szybko pięciokrotnie uderzył go między łopatki. Pomogło. Brat Dżefrej złapał oddech i poczuł się już lepiej.
- Bracie Dżefreju… Co się stało? Jakie to szczęście, że przechodziłem obok twoich drzwi! Przecież mogłeś się udusić!
- Dziękuję bracie…
- ….Dżony..
- Dziękuję bracie Dżony… Uratowałeś mnie! Skąd wiedziałeś co robić?
- Ach – westchnął Dżony - jeszcze jako nastolatek pasjonowałem się medycyną, pierwszą pomocą i ogólnie leczeniem, bo mój dziadek lekarz często opowiadał mi o swoim zawodzie. Nawet myślałem o tym, żeby zostać lekarzem tak jak on. Dziadek niestety nie był Świadkiem Jehowy, natomiast moi rodzice poznali prawdę, gdy byłem jeszcze mały. To oni zaszczepili mi miłość do organizacji Jehowy. Więc kiedy kończyłem szkołę średnią, to wiedziałem już, że muszę wybrać to co najważniejsze! Że muszę wybrać służenie Jehowie! No i szczęśliwie udało mi się trafić tu do Warwick, najpierw na budowę. I już tak zostałem.

Dżefrej popatrzył na tego przystojnego młodzieńca z bystrymi oczami. Przypomniał sobie, że on w jego wieku był taki sam… W dzieciństwie często słuchał muzyki poważnej i kochał grę na skrzypcach. Jednak po przyjęciu chrztu wiedział już, że nie może marnować czasu na rozwijanie talentu w szatańskim świecie. Rzucił skrzypce i jako 16-latek rozpoczął na Tasmanii służbę pionierską. Wiedział, że to najlepsza decyzja w jego życiu!

- Dziękuję ci Dżony. Bardzo mi pomogłeś. Pojdę się teraz położyć… Życzę Ci dobrej nocy – powiedział Dżefrej jeszcze pokasłując.
- Ależ bracie Dżefreju! To dla mnie zaszczyt, że mogłem ci pomóc! Pozwól, że pomogę ci dojść do łóżka i jeśli zechcesz, to przygotuję ci napar z warwickich ziół, które nazbierałem w naszym ogrodzie…

Dżefrej w tej chwili uświadomił sobie, że na jego łóżku leży włączony tablet… z odstępczym programem! Poczuł jak robi się czerwony, a po jego czole spływa kropla potu…

- Nie dziękuję ci Dżony, naprawdę nie trzeba! Wszystko już w porządku.
- Ależ bracie Dżefreju… jesteś pewien? Poczerwieniałeś… Może otworzę ci okno…?!  - Dżony dziarsko ruszył w kierunku okien w sypialni…

- Nieeeeee… trzeeeeeeebaaa….. – krzyknął Dżefrej, który rzucił się w kierunku sypialni i jednym sprawnym skokiem, niczym australijski kangur wskoczył na swoje łóżko osłaniając tablet własnym ciałem…
Dżony, który nigdy nie widział na własne oczy skaczącego członka Ciała Kierowniczego stanął w osłupieniu, a następnie poczuł, że chyba powinien opuścić pokój.

Dyszący Dżefrej pomachał mu ręką i odetchnął z ulgą, pozbywając się  niepożądanego intruza. Gdy tylko drzwi zamknęły się, Dżefrej zamknął je na dwa zamki i łańcuszek. Teraz miał już pewność, że do jego pokoju nikt się nie dostanie.
Spojrzał na ajpada – na szczęście był cały!
„Jednak sprzęt z najwyższej półki jest niezawodny” – pomyślał. Dżefrej
Od chwili, gdy został członkiem Ciała Kierowniczego lubił otaczać się markowymi rzeczami i dobrym sprzętem. Wiedział, że nie można żałować pieniędzy Centrali na taki niezbędny, podstawowy sprzęt. Nigdy się tym publicznie nie chwalił, ale to on wymyślił fabułę tego filmiku o Zosi, która zamiast kupić sobie loda, wrzuca pieniążek do zborowej skrzynki z datkami na ogólnoświatową działalność Świadków Jehowy.
Film poruszył wielu braci na całym świecie, którzy zaczęli sugerować swoim dzieciom, aby wszystkie swoje oszczędności ze skarbonki przeznaczyły na sprawy Królestwa. To dzięki datkom od takich gorliwych „Zoś”, „Piotrusiów” i ich rodziców,  Dżefrej mógł teraz godnie reprezentować organizację Jehowy w odpowiednim odzieniu wierzchnim i z odpowiednimi narzędziami do krzewienia dobrej nowiny w postaci najnowszego elektronicznych gadżetów. „Zosie” wraz z rodzinami zapewniły bratu Dżefrejowi również skromny dach nad głową w warwickim apartamentowcu oraz skromne, całodzienne wyżywienie uwzględniające kilka dań do wyboru oraz osobiste diety poszczególnych członków Ciała Kierowniczego. Siostry piorące i prasujące jego ubrania, a także codziennie sprzątające jego pokoje były miłą odmianą po jego prawie 25-letniej służbie pionierskiej, w której musiał znosić różne niedogodności na wyspach Tuvalu, Samoa i Fidżi.

Dżefrej tej nocy miał liczne koszmary. Po tym jak wszedł na jedną z odstępczych stron Silent Lambs, dowiedział się o kolejnych ofiarach pedofili w USA. Dżefrej szybko policzył w głowie ile Towarzystwo Strażnica musiałoby zapłacić ofiarom molestowania, gdyby każda z nich chciała w ramach zadośćuczynienia zaledwie „skromny” milion dolarów… Wyszłoby na to, że musieliby sprzedać cały Warwick i wszystkie Sale Królestwa na świecie… a i tak, to byłoby za mało!
Jedyne co ratowało w tej sytuacji Towarzystwo to fakt, że w niektórych krajach przestępstwa seksualne przedawniają się po iluś latach oraz że nie każdy ma odwagę, aby się przyznać do tego, że był ofiarą molestowania seksualnego!
„I tego się trzymajmy!” – pomyślał Dżefrej, po czym ułożył się do snu. Nie mógł jednak spać spokojnie… śniły mu się płaczące dzieci, które wołały „Wujku Dżefreju – pomóż nam! Nie zapominaj o naszej krzywdzie!”.

To była bardzo ciężka noc…

--------------------------------------------------

- Bracie Dżefreju, dobrze się czujesz? – zapytał zatroskanym głosem Stiven Lett, który w zaufanym gronie braci z Ciała Kierowniczego, miał sympatyczną ksywkę Kermit.
- Co? – ocknął się nagle Dżefrej…
- Pytam czy dobrze się czujesz… nie tknąłeś ani kęsa śniadania…
- A tak… wszystko w porządku… nie jestem dziś głodny. Jadłem z rana jogurt dietetyczny i do tej pory mnie trzyma… - Dżefrej wykrzywił twarz w niezręczny uśmiech.
- Lepiej coś zjedz… dziś musisz mieć dużo siły… Musimy mieć dużo siły… - Kermit poklepał Dżefreja po ramieniu i spojrzał na niego znacząco…
- Tak, tak… już jem… dziękuję za troskę… Zaraz muszę być w moim biurze…
- Spokojnie, jeszcze zdążysz się dziś napracować – odpowiedział Kermit, wybałuszył oczy na wierzch i wykrzywił twarz w swój ulubiony uśmiech numer 5 ala klown z Mc”Donalds’a.
- Taaakkk…
- Dejvid pięknie dzisiaj omówił tekst dzienny! Jakże celnie zauważył, że odstępcy rozpuszczają na temat Bożej organizacji same kłamstwa.. i posuwają się w tym coraz dalej! Oby Jehowa stosownie ukarał tych kłamców!
- Taaakk… oby Jehowa ukarał kłamców… - Dżefrej powtórzył słowa Kermita bez przekonania i z trudem przełknął ślinę.
- Pamiętaj… wszelkie kłamstwa przeciwko nam to sprawka Szatana! Złośliwego przeciwnika organizacji!
- Tak… to kłamstwa od Szatana…
- Miłego dnia Dżefrej. Muszę już lecieć! Pamiętaj… to kłamstwa…! To same kłamstwa! – Kermit jeszcze raz znacząco klepnął Dżefreja w ramię i pospieszył w kierunku wyjścia.

Dżefrej jadł śniadanie w pośpiechu i ukradkiem rozglądał się po sali. Do tej pory gwarni bracia dziś mówili bardziej ściszonym głosem. Dżefrej chciał jak najszybciej uciec z jadalni... byleby tylko nikt go nie zaczepił i nie rozpoczął z nim żadnej rozmowy. Dżefrej nie miał na takie rozmowy ani siły ani ochoty. Zwłaszcza, że wiedział co go zaraz czeka… zaraz musi iść do swojego biura i stawić czoła problemom dnia dzisiejszego…
A w związku z tym, że Szatan postanowił tym razem w szkalowaniu organizacji posłużyć się niezwykle popularną telewizją BBC wiedział, że nie będą to małe problemy…

Cdn.




Offline Gandalf Szary

  • Pionier specjalny
  • Wiadomości: 1 181
  • Polubień: 1816
  • Najbardziej boję się fanatyków.
Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #2 dnia: 10 Listopad, 2018, 22:25 »
                          Odcinek 1. Scena 3 - Wspomnienia Dżefreja

Brat Dżefrej zanim zjadł śniadanie, aby udać się do swego wypasionego biura by stawić czoła nowym problemom ze strony telewizji BBC sięgnął pamięcią swego przyjazdu z Australii i sprawy pedofilii. Tak to był trudny dla niego sprawdzian. Dobrze pamięta ten poranek. Przełykając w pospiechu kolejny kawałek smakołyku odtwarzał w pamięci całą rozmowę jaka się wówczas odbyła w CK............

Dżefrej nacisnął klamkę i wszedł do gabinetu, w którym obradowało Ciało Kierownicze. Wszyscy już siedzieli na swoich miejscach, w wygodnych skórzanych fotelach. W powietrzu unosiła się gęsta atmosfera. Dżefrej od razu to wyczuł, miny jego współbraci mówiły same za siebie. Przecież dopiero co był przesłuchiwany w Australii w sprawie pedofilii, którą jak im się wydawało zamietli pod dywan, a tu taki skandal. Wszystko wyszło na jaw i w dodatku on był przesłuchiwany. Zanim Dżefrej zdążył usiąść w wygodnym fotelu, z pretensją w głosie, odezwał się do niego Stiphen Let:
- Do jasnej cholery Dżefrej co tam się stało? Jak mogłeś dać się zaciągnąć przed komisję?
- Nie miałem wyjścia. Wszystko się posypało. Ofiary zaczęły sypać i doszło to do organów ścigania. Namierzyli mnie!!
- Musiałeś się przyznać, że nie jesteśmy jedyną arką? Rozmawiałeś w BO z odpowiedzialnymi za prowadzenie działalności ewangelizacyjnej ?
- Oczywiście, ale oni zwalają to na nas. Pokazali mi listy gdzie informowali nas o wszystkim.
- Stiphen Let pominął tą uwagę Dżefreja milczeniem. Doskonale wiedział o tych pieprzonych listach. Aby nikt z obecnych nie drążył tematu listów zadał kolejne pytanie: A co na to starsi w zborach mieli wyciszyć ofiary.
- Rozmawiałem z niektórymi, ale okazało się, że większość z nich to pedofile i to oni najpierw wykorzystywali, a potem brali udział w rozsądzaniu tych spraw. Teraz ofiary są wkurwione, że nie reagowaliśmy!! To oni zawalili sprawę, za mocno naciskali  - rozpaczliwe  broni się Dżefrej.
Na całe szczęście przyszedł mu z pomocą Garit Losch
- Spokojnie bracia damy jak zwykle radę. Nie z takich opresji organizacja wychodziła. Rozgłosi się najpierw, że to nagonka odstępców, a zwykli głosiciele wyjaśnią to przy drzwiach na całym świecie.
 - Tak dokładnie tak  - wszedł w słowo Loschowi brat Kaneth Cók. Cók zawsze miał dobre pomysły. Dobrze ubrany, z okularami na nosie wyglądał na bardziej inteligentnego niż w rzeczywistości. Niemniej jednak pomimo braku zdolności organizacyjnych sprawdzał się w sytuacjach podbramkowych. Nieraz jego rady w sytuacjach kryzysowych ratowały Ciału Kierowniczemu cztery litery, no i oczywiście świętej organizacji.
 - Cóż odezwał się. Mleko się rozlało. Ale to nic należy działać kilku torowo. Nie wystarczy wytłumaczyć ludziom przy drzwiach sprawę Australijską. Trzeba też przekonać owieczki w zborach, aby nie odchodziły i przekonały jeszcze innych o fałszywych oskarżeniach. Trzeba opracować serię wykładów publicznych oraz zamieścić odpowiednie artykułach w strażnicy do studiowania. Trzeba wyraźnie uwypuklić brak naszej winny w tym całym zamieszaniu.
- Dokładnie. Ale nie można wszystkiego zostawić starszym. My także musimy się zaangażować. Mamy przecież telewizję JW. Broadcasting oglądaną na całym świecie. Ty bracie Losch rozpoczniesz kampanie wykładów w naszej telewizji i ostro potępisz rozpowszechnianie odstępczych informacji o pedofilii – wtrącił brat Hard. Poza tym trzeba docisnąć starszych w zborach. Niech ostro zabiorą się za wszystkich, którzy w nas nie wierzą. Odstępców trzeba bezwzględnie tępić i izolować od zdrowej części zboru.
- Właśnie niech potępią spotkania towarzyskie w zborach, jeżeli owieczki chcą się prywatnie spotykać to tylko po to, aby naszą telewizję oglądać. Starszych trzeba też obarczyć odpowiedzialnością za zgłaszanie pedofilii na policję, ale w pierwszej kolejności niech kontaktują się z naszymi prawnikami. Mają to bezwzględnie zgłaszać do Biur Oddziałów. Naważyli piwa to niech to teraz piją. Wtrącił David Spline.  A co z odszkodowaniami? Stracimy kupę kasy. Jak ofiary pójdą do sądu to pójdziemy z torbami! I tak nam wpływy maleją. Jak tak dalej pójdzie to na nowe Rolexy nie będzie.     
- Szlak by to trafił. Wyrwało się Morasowi. Dopiero co kupiłem nową kolekcję garniaków, każdy za 5000 dolarów. Nie wspomnę o butach i spinkach ze złota do krawata. 
 - Nie martwmy się tym na zapas. Mamy dobrych prawników. Będziemy przeciągać sprawy w sądach w nieskończoność i utrudniać dostęp do naszych dokumentów. Przecież nie musimy udostępniać czegoś, czego oficjalnie nie ma. Nikt przecież nie wie o komitetach i tajnych dokumentach tworzonych na potrzeby wewnętrzne naszej świętej organizacji. Poza tym niech przepiszą wszystkie sale królestwa na organizację, w razie czego, sprzeda się je, a owieczki wybudują nowe za własne pieniądze.  – zabrał głos Dżefrej rehabilitując się przy tym po wpadce w Australii.
- Bardzo dobrze i tak ma pozostać. Dobry pomysł z tymi salami bracie Dżefrej. A dokumentów nie wydawać, niech pokrzywdzeni idą z tym do sądów. Prawie wykrzyczał podniecony Cóc.

Atmosfera zelżała, a Dżefrej odetchnął. Naprawdę myślał, że będzie kozłem ofiarnym. Zwłaszcza na początku rozmowy jak na niego naskoczył Stiphen Let. Rozluźniony włączył się do wspólnej rozmowy, która dotyczyła teraz bieżących tematów. Przechodząc do buduaru jeszcze kilka razy zahaczyli o sprawy pedofilskie w innych krajach, ale nikt nie robił przytyków na temat jego haniebnego wystąpienia w Australii. Dla dalszego rozładowania atmosfery sięgnięto po karafkę i szklanki, a brat Hard wlał do prawdziwego kryształu ze złocieniami whiski za 1000 dolarów za butelkę. Wszyscy sięgnęli po szklanki z zaczęli popijać drobnymi łyczkami cenny trunek.   
« Ostatnia zmiana: 10 Listopad, 2018, 22:35 wysłana przez Gandalf Szary »


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #3 dnia: 11 Listopad, 2018, 09:07 »
Tymczasem w Nadarzynie...


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #4 dnia: 11 Listopad, 2018, 13:57 »
Tymczasem w Nadarzynie...


ODCINEK 2 - Dylematy brata Wiktora

Brat Wiktor zniecierpliwiony długim oczekiwaniem stukał nerwowo palcami w blat swojego biurka. Wiktor nie znosił, gdy ktoś się spóźniał.
On sam był nauczony w swoim domu takiego porządku i dyscypliny, że spóźnienie się choćby o minutę czy to na zebranie zborowe czy do służby polowej było czymś nie do pomyślenia. Dlatego Wiktor zawsze był gotowy na każde umówione spotkanie nawet godzinę wcześniej. A ponieważ nie lubił bezczynności zajmował się w tym czasie zawsze czymś pożytecznym. Nie znosił marnować czasu.
Wiktor zdążył więc już podczas oczekiwania posegregować do osobnych teczek kolejny stos papierów ze swojego biurka, wytrzeć pyłki kurzu z najwyższej półki jego strażnicowej biblioteczki oraz starannie wypucować swoje spinki do mankietów. Gdy rozglądał się po swoim niewielkim biurze w poszukiwaniu kolejnego zajęcia jego wzrok przykuła druga półka biblioteczki. Ktoś wyciągnął z niej książkę i odłożył niedbale, zaburzając cały ciąg prosto i harmonijnie ułożonych publikacji. Wiktor wstał natychmiast z miejsca i poprawił książkę odkrywając przy okazji, że znajduje się nie na swoim miejscu… powinna być o jedno miejsce dalej, zgodnie z kolejnością alfabetyczną. To niedbalstwo tak zirytowało Wiktora, że aż przeklął w myślach.
W tej sekundzie usłyszał pukanie do drzwi biura.
„W końcu!” – pomyślał zdenerwowany.
- Wejdź! – wydał komendę.
W progu ukazał się wysoki osiłek ubrany w poplamione ogrodniczki i ubłocone gumiaki.
- Przepraszam szefie za spóźnienie! Nie mogłem przyjść wcześniej. Robota się trafiła. Żeśmy zawory w rurach ściekowych wymieniali i nagle jak walło ciśnienie, to…
- Oszczędź mi szczegółów Gracjan! – Wiktor popatrzył na osiłka z odrazą.
W pokoju zaczął unosić się nieprzyjemny zapaszek, a Wiktor szybko doskoczył do okna, żeby otworzyć je na oścież.
- Natychmiast marsz pod prysznic! I mi się tu nie pokazuj więcej w takim stanie! Jak się doszorujesz, to natychmiast przyjdź! – Wiktor prawie że wyrzucił Gracjana za drzwi.

Osiłek poszedł czym prędzej w milczeniu, a Wiktor z obrzydzeniem na twarzy zajął się czyszczeniem i pucowaniem klamki, którą Gracjan przed chwilą dotykał swoją wielką, upapraną łapą.
„Tak to jest umawiać się z gamoniami!” – pomyślał wściekły Wiktor.
Ale cóż miał robić… Gracjan był wtajemniczony już w zbyt wiele spraw, aby Wiktor mógł teraz tak po prostu zrezygnować z jego usług i pozbyć się go na zawsze.
Wiktor spojrzał na zegarek. Dochodziła 18.00. Piątek. A on zamiast oddawać się już relaksowi, musi czekać jeszcze na tego idiotę.
„Czym by się tu zająć?” – Wiktor rozglądał się po pokoju i jego wzrok padł na pojemną szufladę biurka. Wiktor wyjął z kieszeni starannie dopasowanego garnituru mały kluczyk i przekręcił go w zamku szuflady, do której nikt inny nie miał dostępu.
„Co my tu mamy… „ – Wiktor przeglądał kilka zgromadzonych tam publikacji…
„Ta już przeczytana, ta do połowy, ta nudna, ta beznadziejna, a w tej mi zostały dwa rozdziały do dokończenia… niech będzie…”
Wiktor wyjął z biurka grubą książkę w twardej oprawie, usiadł wygodnie w swoim fotelu i zaczął ją kartkować. Na szczęście zaznaczył zagiętą kartką stronę, na której ostatnio zakończył czytanie. Kartka formatu A4 była już nieco sfatygowana, a Wiktor z ciekawości postanowił do niej zajrzeć i zaczął czytać ją pod nosem:
„Data,  dane adresowe.. bla, bla, bla… zbór Wąchock Południe, data chrztu bla, bla, bla… Oświadczam, że w pełni świadomie i dobrowolnie występuję z organizacji Świadków Jehowy… bla, bla, bla…” – Wiktor z dezaprobatą wstał z fotela, nachylił się w kierunku wielkiej mapy Polski, która wisiała na ścianie tuż przy jego biurku przypięta do ogromnej tablicy korkowej.
Wiktor jeszcze raz spojrzał na nazwisko w piśmie, odszukał palcem na mapie Wąchock, sięgnął do pudełka po żółtą pinezkę i wcisnął ją z całej siły w tablicę. Przy okazji zajrzał jeszcze raz do pudełka i okazało się, że jest już prawie puste.
„Cholera – już dziesiąte pudełko się kończy! Cały zapas. Trzeba będzie je chyba zamówić hurtem”.

Wiktor z dezaprobatą spoglądał na mapę upstrzoną już setkami kolorowych pinezek. Dobór koloru pinezki miał duże znaczenie. Kolory jasne przeznaczone były dla niegroźnych odstępców, którzy po cichu odeszli z organizacji na przykład pisząc list o odłączeniu, albo którzy zostali wykluczeni za odstępstwo na komitecie sądowniczym. Kolor czerwony dotyczył już tych odstępców, którzy po wyjściu nie potrafili milczeć i szkalowali w jakiś sposób organizację, na przykład poprzez zamieszczanie filmików w Internecie. Jeżeli te ataki na religię prawdziwą były coraz bardziej nasilone, kolor czerwony zamieniany był na brązowy. Z kolei kolor czarny był zarezerwowany dla tych najgroźniejszych, aktywnych odstępców… którzy szczególnie przyczyniali się do powolnego upadku organizacji.

Wiktor wściekłym wzrokiem spojrzał na wielkie, czarne pinezki wbite w miejscowości Wołów i Twardogóra. Omiótł jeszcze wzrokiem masę pinezek wbitych w okolice Krosna i Zakopanego i stwierdził, że być może praktyczniejszym i tańszym rozwiązaniem będzie korzystanie z elektronicznej wersji mapy…
Przy czym tylko mapa papierowa mogła bardziej dobitnie unaocznić wszystkim pracownikom Biura Oddziału z których miejsc wylało się najwięcej odstępczej zarazy i gdzie muszą jak najszybciej interweniować.
Podejrzany o odstępstwo był każdy! Nie ważne czy to był szary głosiciel, sługa pomocniczy czy starszy zboru… każdy mógł mieć w sobie zaszczepioną odstępczą bakterię, która na dalszym etapie powodowała silną chorobę duchową.
Sama choroba i „śmierć duchowa” poszczególnych Świadków nie była problemem. Największym problemem były te chore jednostki, które zarażały innych odstępczymi zarazkami, będąc jeszcze pełnoprawnymi członkami zboru. I właśnie takie zborowe gnidy należało wytropić i rozdeptać, zanim wyklują się z jaja jako pełnoprawne zborowe wszy.

Dlatego po każdym piśmie o odłączeniu się Wiktor osobiście pisał maila do zboru, w którym pojawił się odstępca i żądał od starszych wypełnienia szczegółowej tabeli na temat miejscowych głosicieli. A były w niej informacje dotyczące członków rodziny odstępcy – ile razy w tygodniu uczęszczają na zebrania, jakie mają przywileje w zborze, ile godzin głoszą, czy chodzą na sprzątanie Sali, czy są zapisani do Szkoły Teokratycznej i jaką mają opinię w zborze. Oprócz tego starsi zboru mieli wskazać na osoby z którymi odstępca najbardziej się przyjaźnił i najczęściej rozmawiał. Jeżeli odstępca miał przyjaciół również w innych zborach, wtedy należało poszerzyć wiadomości w tabeli o ich charakterystykę w porozumieniu ze starszymi z tamtych zborów.

Najbardziej podejrzane były w zborze osoby o statusie „nieczynny”, które rzadko chodziły na zebrania i nie dawały regularnie sprawozdania ze służby. Z takimi starsi mieli się kontaktować telefonicznie i umawiać się na wizyty pasterskie. A będąc już w domu nieczynnego, starsi mieli przeprowadzić mini śledztwo rozglądając się uważnie po jego mieszkaniu, szczególnie skupiając swoją uwagę na tytułach książek zgromadzonych w domowej biblioteczce.
Oprócz tego starsi mieli korzystać z różnych forteli, aby zdobyć dostęp do komputera podejrzanego. Gdy starszy zboru rzekomo sprawdzał swoją pocztę mailową na komputerze domownika, miał za zadanie wejść w historię stron wyświetlanych na komputerze oraz zdobyć jak najwięcej danych np. poprzez skopiowanie i wysłanie na swoją pocztę korespondencji właściciela komputera na Skypie czy Whatsappie.
Zadanie nie było proste, ale nie bez powodu starsi zawsze umawiają się na wizytę pasterską w dwie osoby. Oprócz tego domownik zazwyczaj idzie do kuchni, aby zaparzyć herbatę czy kawę, a oni zyskują cenny czas na bardziej szczegółowe oględziny mieszkania.

Wiktor, choć był już po pracy, postanowił jednak uzupełnić tabelę w Excelu o dane kolejnego odstępcy. Było mu głupio, że robi to z takim opóźnieniem. Spojrzał na datę pisma… przeleżało w jego książce jako zakładka aż dwa miesiące!
Wiktor wyszukał w tabeli nazwę Wąchock i okazało się, że to już drugi oficjalny odstępca w tym zborze. W rubryce: „korespondencja do starszych” Wiktor wpisał na czerwono notatkę: „opierdolić koordynatora” i zamknął tabelę, wiedząc, że powróci do tematu w poniedziałek z samego rana.

Wiktor miał bardzo radykalne podejście do porządku i dyscypliny i wiedział, że starszym nie można popuszczać. To on był jednym z głównych inicjatorów prześwietlania wszystkich starszych pod kątem ich duchowych kwalifikacji. Kiedy przyszedł z Centrali list o tym, żeby zrzucać ze stołka każdego starszego, który posyła dzieci na studia, Wiktor postanowił osobiście dopilnować czy zalecenia zostały wdrożone w każdym polskim zborze. Koordynatorzy musieli wysłać mu szczegółowe raporty w tej sprawie. Wiele głów wtedy poleciało w zborach. Ale tak trzeba było zrobić, żeby na stanowisku starszego zboru ostały się tylko osoby bezwzględnie podporządkowane i lojalne organizacji.

Wiktor miał porządek i dyscyplinę w genach. Jego ojciec był pułkownikiem w wojsku i ćwiczył swojego jedynego syna jak zawodowego żołnierza. Ćwiczył syna wtedy, gdy był w domu, a w domu zazwyczaj był tylko gościem. Zawsze powtarzał, że wojsko to nie jest praca tylko służba, a na służbie trzeba być całkowicie oddanym.

Mały Wiktorek brał sobie do serca słowa ojca i chciał być taki jak jego tata. Pewnego dnia, gdy był 10-letnim chłopcem, do drzwi jego domu zapukały dwie panie z Biblią w ręku, które chciały rozmawiać z jego mamą. Wiktor zaciekawiony przysłuchiwał się rozmowie i coraz bardziej mu się to podobało. Usłyszał słowa:  służba, oddanie, reguły, nakazy, podporządkowanie… i wiedział, że te panie mówią o czymś dobrym. Mama spotykała się z tymi paniami jeszcze wielokrotnie, ale powiedziała Wiktorowi, żeby nie mówił o tym ojcu. Chłopiec nie wiedział dlaczego, ale wolał posłuchać mamy.

W końcu Wiktor wraz ze swoją mamą znalazł się pierwszy raz w życiu na zebraniu Świadków Jehowy. Była to salka na ogródku działkowym, ale przygotowana bardzo schludnie – starannie odmalowana i wysprzątana. Wiktor dobrze się tam poczuł, zwłaszcza, że wszyscy nieznajomi się do niego uśmiechali i chwalili go przy mamie za jego bystrość. Chłopiec poczuł się tak dowartościowany, że postanowił przygotować się do kolejnego zebrania. Widział, że inni zgłaszali się do odpowiedzi oraz do odczytywania wersetów biblijnych.
Wiktor poprosił mamę o Biblię i od tego czasu regularnie zgłaszał się na każdym zebraniu. Zborowe „ciocie” i „wujkowie” nie mogli się nachwalić postępów jakie robił Wiktor. Wkrótce jeden ze starszych zboru pomyślał, że trzeba by wykorzystać potencjał chłopca i zaczął go angażować w kolejne obowiązki. Nie minęło wiele czasu, a Wiktor nosił już mikrofon podczas zebrania, z czego był ogromnie dumny. Starsi postanowili, że to oni będą studiować z Wiktorem, dzięki czemu chłopiec jeszcze lepiej wdroży się do zborowej posługi. Wiktor jako dwunastolatek przyjął chrzest i od tego czasu kariera w organizacji stanęła przed nim otworem. Wiktor regularnie głosił, a często zostawał także pionierem pomocniczym. W Szkole Teokratycznej wygłaszał piękne przemówienia, które wprawiały w zdumienie wszystkie zborowe „ciotki” i „wujków”. Wiktor był traktowany jak złote dziecko, a jego mama co chwilę przyjmowała od nich słowa uznania za wychowanie syna.

Mama Wiktora przez pewien czas ukrywała przed mężem, że studiuje ze Świadkami Jehowy. Później jednak wyjawiła mu prawdę. Mężczyzna wezwał Wiktora na rozmowę i kazał mu pokazać oceny w szkolnym dzienniczku. Z góry na dół same piątki i szóstki. Ojciec zobaczył, że chodzenie na zebrania nie przeszkadza jego synowi w nauce, więc machnął na wszystko ręką. On sam nigdy nie był zainteresowany religią i na żadne zebranie Świadków nigdy się nie wybrał. Powiedział Wiktorowi, że musi w życiu być kimś i ma skończyć dobrą szkołę, a jeśli chce zawracać głowę religią, to niech to będzie już jego sprawa.
Mama Wiktora jakiś czas po tej rozmowie z mężem przyjęła chrzest i rozpoczęła służbę pionierską. Z mężem nie rozmawiała zbyt wiele na temat swojej nowej religii. Wiedziała, że jej mąż, pułkownik, nigdy nie miałby szans, aby zostać Świadkiem, no chyba, że rzuciłby służbę wojskową. A to było niemożliwe. Mężczyzna za bardzo kochał swoją pracę i swoje stanowisko, aby poświęcać jej dla jakiejś abstrakcyjnej dla niego idei.   Żona była już przyzwyczajona do tego, że ona wraz z dzieckiem zawsze będzie na drugim miejscu, a na pierwszym będzie wojsko. Przez wiele lat czuła się osamotniona i opuszczona przez męża, ale tę wewnętrzną pustkę zapełnili jej bracia i siostry ze zboru. W końcu poczuła, że ma rodzinę. Może nie cielesną, ale duchową.

Kobieta nie wtajemniczała nigdy męża w takie szczegóły jak to, że Świadkowie nie mogą pozdrawiać sztandaru czy śpiewać hymnu. Wszak jej mąż, wzorowy patriota, mógłby zakazać im chodzenia na zebrania. Na początku żona była zmartwiona tym, że mąż może się denerwować tym, że przestała ona ubierać choinkę na święta i urządzać wigilię. Szybko jednak okazało się, że ojciec Wiktora nawet tego nie zauważył – cały swój czas spędzał w jednostce wojskowej, a w domu pojawiał się tylko na noclegi. Podczas świąt zawsze brał dyżury. A problem całkowicie rozwiązał się już wtedy, gdy mężczyzna został przeniesiony na służbę do jednostki wojskowej w innej części Polski. Razem z żoną ustalili, że nie ma sensu, aby przeprowadzała się ona razem z nim, bo Wiktor musiałby zmieniać szkołę. Od tego czasu widywali się więc tylko raz na kilka miesięcy.

Wiktor dorastał, kończył liceum, w zborze był już odpowiedzialny za nagłośnienie i za literaturę, a starsi obiecywali mu stanowisko sługi pomocniczego.
Mama była dumna z syna pod każdym względem – mądry, przystojny, bystry, wybitny uczeń i wzorowy głosiciel w zborze. Wiedziała, że już niedługo jej syn „wyfrunie z gniazda” na studia, dlatego tym bardziej poświęcała cały swój czas na służbę pionierską i zawieranie przyjaźni w zborze, aby nie czuć pustki po powrocie do głuchego domu. 

Wiktor tuż po maturze wyjechał do stolicy, aby studiować prawo na Uniwersytecie. W zborze do którego się przeniósł od razu dostrzeżono jego zdolności i szybko powierzano mu kolejne przywileje. Wiktor był perfekcjonistą i nie chciał spuszczać z tonu pod żadnym względem. Nie mógł zawieść ani ojca, który wymagał od syna jak najlepszych wyników w nauce, ani nie chciał zawieść starszych zboru. Zdarzało się więc notorycznie, że chcąc pogodzić obowiązki zborowe z nauką na studiach musiał zarywać noce i spał po kilka godzin na dobę.
Wiktor musiał udowodnić wszystkim dookoła, że pogodzenie studiów ze służbą dla Jehowy jest możliwe.
Bracia w zborze stawiali Wiktora za wzór, choć nie wszystkim podobało się to, że zdobywa on świeckie wykształcenie. Wiktor w takiej sytuacji zawsze miał wytłumaczenie – uczy się po to, aby móc później pomagać innym braciom i bronić ich przed niesprawiedliwymi wyrokami szatańskiego świata. Ten argument przemawiał do wielu osób i nie szemrali już na jego temat. Wiktor był zatem postrzegany przez cały zbór jako idealny kandydat do Nadarzyna. Jego zasługi nie uszły uwadze braci obwodowych i braci z Nadarzyna, którzy zaprosili do siebie świeżo upieczonego absolwenta prawa, aby pomagał im w Dziale Prawnym. I tak to się zaczęło…

W międzyczasie Wiktor pełnił jeszcze wiele innych funkcji, zastępował czasem nadzorcę podróżującego i udawał się do zborów w różne rejony Polski. Poznał więc organizację z każdej możliwej strony – i z pozycji zwykłego głosiciela, a także z pozycji starszego zboru oraz członka polskiego Biura Oddziału.
I tak upłynęło już kilkanaście lat. Wiktor nawet nie wiedział jak to możliwe, że ten czas tak szybko przeleciał. Ale jeśli miał zapewniony w Nadarzynie wikt, opierunek, darmowe schronienie oraz przede wszystkim duże poważanie u braci z całej Polski, to nie miał zbyt dużej motywacji, aby szukać pracy w korporacji, szukać mieszkania do wynajęcia i żyć wyłącznie na własny rachunek. On przecież był tym wybrańcem, tym betelczykiem o których mówi się z takim zachwytem i uznaniem.

Ojciec Wiktora najpierw nie rozumiał decyzji syna, ale gdy dowiedział się, że jego syn pełni w Nadarzynie najwyższe funkcje uznał, że nie będzie się już więcej wtrącał w jego fanaberie. Był dumny, że Wiktor awansował wysoko. Szczególnie spodobało mu się to, że u Świadków wszystko jest zorganizowane tak jak w wojsku, począwszy od szeregowych głosicieli, a kończąc na ich odpowiednikach generałów.
Wiktor wiele razy słyszał od swojego ojca jak przeprowadza musztrę swoich żołnierzy w wojsku i uznał po latach, że wiele wskazówek ojca jest bardzo przydatnych w zarządzaniu polskimi zborami. A jak usłyszał od ojca, że nowicjusze muszą w jednostce szorować kibelki szczoteczkami do zębów i w razie potrzeby malować trawę na zielono, od razu przypominał mu się regulamin sprzątania Sali Królestwa. Wiktor nie chwalił się tym nikomu spoza Nadarzyna, ale to on wymyślił podpunkt, że kurz z mebli na Sali ma być ścierany po KAŻDYM zebraniu. Od tego czasu bracia w Polsce zawsze ochoczo po zebraniach, czy to w niedziele czy w tygodniu wieczorem, ścierają z parapetów nawet pojedyncze pyłki, aby zachować bezwzględny porządek i schludny wygląd Sali.

Wiktor wziął do ręki grubą książkę i oddał się lekturze. Na chwilę zapomniał nawet o tym jak bardzo jest wściekły na tego matoła Gracjana, z którym przyszło mu pracować w Nadarzynie.
Wiktor miał wiele pomysłów i realizował wiele zadań specjalnych, ale nie mógł się rozdwoić. Musiał część swoich obowiązków powierzać innym ludziom. A więc starannie ich wyszukiwał i selekcjonował.
Najpierw szczegółowo ich skanował dzwoniąc do ich macierzystego zboru i wypytując starszych o wszelkie możliwe szczegóły w ich sprawie, a następnie dokonywał gruntownej obserwacji w Nadarzynie. Powierzał im jakieś drobne zadania i patrzył czy wykonają je prawidłowo czy je spartolą. Gdy przeszli pierwszy i drugi etap selekcji pozytywnie, Wiktor powierzał im bardziej odpowiedzialne zadania.
Przez wiele lat system się sprawdzał i wszystko szło świetnie. Niestety cięcia kadrowe w Nadzarzynie zarządzone przez Centralę w Warwick sprawiły, że wiele wartościowych jednostek zostało rozsianych po całym terenie Polski, a nawet wyjechało do innych krajów.
Wobec powyższego liczba osób w Nadarzynie bardzo się przerzedziła, a Wiktor musiał pracować z, jego zdaniem,… coraz większymi matołami. Nie musiał już przeprowadzać szczegółowej selekcji, bo zwyczajnie i tak nie miał z czego wybierać.

Tym oto sposobem Wiktor musiał współpracować między innymi z Gracjanem, którego serdecznie nie znosił. Musiał dzisiaj jednak czekać na tego patałacha, bo miał mu do przekazania ważne informacje…

Cdn.



Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #5 dnia: 11 Listopad, 2018, 18:13 »
Odcinek 3 – dylematy brata Dżefreja - ciąg dalszy

Brat Dżefrej jak najszybciej dotarł do swojego biura. Zamknął za sobą drzwi i liczył na to, że nikt mu nie będzie przeszkadzał. Wiedział jednak, że po wczorajszym programie w BBC to nie możliwe. Zrobił więc dwa głębokie oddechy i powoli usiadł w fotelu.
Potrzebował teraz dużo energii i dużo kofeiny. Zadzwonił do swojej sekretarki, aby przyniosła mu duży kubek kawy. Niestety zamiast jej głosu usłyszał w słuchawce inny kobiecy głos. Nie znał go do tej pory. Zaprosił więc kobietę do swojego biura. Okazało się, że jego stała sekretarka jest na dłuższym zwolnieniu lekarskim i w zastępstwie wysłali do niego na szybko Rosalindę z innego działu. Rosalinda była młoda i jeszcze niedoświadczona. Dżefrej poczuł, że zaczyna się bardzo stresować.

Jego sekretarka Maria doskonale wiedziała jak rozmawiać z mediami i jakie odpowiedzi wysyłać im mailowo. Rosalinda była w tym temacie zielona i nie wiedziała jeszcze, że niektórych połączeń po prostu się nie odbiera, albo że zbywa się je krótkim komunikatem.
Dżefrej zapytał Rosalindy czy ktoś dzwonił do biura.
- Godzinę temu dzwonili dziennikarze z USA Today, później z New York Timesa, później z Guardiana, później z New York Daily News…
Dżefrej uniósł otwartą dłoń na znak, że Rosalinda może zakończyć tę wyliczankę i poprosił ją o listę, którą sporządziła na kartce A4.
- I co im powiedziałaś Rosalindo?
- Powiedziałam…yyy… że skontaktujemy się z nimi, gdy tylko…

Dżefrej znowu zatrzymał ją gestem otwartej dłoni.

- Rosalindo, jesteś tu nowa, więc muszę zaznajomić cię z naszą procedurą postępowania w przypadku, gdy pojawiają się nachalne telefony z pracy i telewizji. Przede wszystkim zawsze mówisz, że mnie nie ma. Nawet jeśli jestem w biurze… to i tak mnie nie ma.
Następnie pytasz czego chcą. Jeżeli proszą o jakiś komentarz, to mówisz im żeby napisali oficjalną prośbę na naszego maila. A później w zależności od tego czy to prasa czy telewizja i czego konkretnie chcą, to wysyłasz im jedną z gotowych odpowiedzi.
Masz te odpowiedzi wpisane do tabelki w Excelu na pulpicie. To są odpowiedzi uniwersalne.
Jeżeli chcą komentarz do programu telewizyjnego, wtedy wysyłasz im odpowiedź numer 5 z informacją, że nie udzielamy komentarzy i że nikogo nie przymuszamy do tego, żeby przynależał do organizacji Świadków Jehowy.
Jeśli sprawa dotyczy jakiegoś przestępstwa, wtedy przełączasz ich do Działu Prawnego… ale… Jeśli dzwonią natrętni dziennikarze, którzy chcą sensacji, to wtedy mówisz im, że już łączysz, po czym wciskasz na klawiaturze telefonu numer 9. To telefon do naszej piwnicy, którego zazwyczaj nikt nie odbiera. Po około 30 minutach oczekiwania na połączenie dziennikarze zazwyczaj sami się rozłączają. A gdyby ktoś w piwnicy odebrał, to wie, że ma powiedzieć, że to pomyłka i należy znów zadzwonić do Cenrali. Ty znów odbierasz, znów wciskasz 9 i to się tak zapętla. Rozumiemy się?

- Taaak, raaaczej taak… - Rosalinda niepewnie cedziła każde słowo.
- No to wiesz już co robić. Jeśli znowu zaczną wydzwaniać, to powiedz im o mailu, a jak koniecznie będą chcieli rozmawiać z kimś z zarządu, to przełącz ich do piwnicy.
- Dobrze Bracie Króla!
- To się cieszę… a teraz mam prośbę żebyś zaparzyła mi dużą kawę. I zadzwoń na numer wewnętrzny 115 po mojego osobistego doradcę Watsona. Niech tu przyjdzie jak najszybciej!
- Oczywiście. Już dzwonię.

Rosalinda wyszła z gabinetu, a Dżefrej od niechcenia spojrzał na przyniesioną przez nią listę. Same znane tytuły amerykańskich gazet. Ależ ten Szatan uwziął się na prawdziwą religię! I teraz on, biedny Dżefrej, musi z tym Szatanem walczyć! Spełniło się proroctwo Jezusa Chrystusa, że prawdziwi chrześcijanie będą prześladowani!

Gdy Dżefrej kończył dopijać swoją kawę w drzwiach jego biura pojawił się Watson. Był to człowiek uczciwy, solidny, inteligentny i przede wszystkim lojalny. Dlatego Dżefrej tak bardzo cenił sobie współpracę z nim.
- I co tam słychać na mieście Watsonie? – zagadnął od razu Dżefrej.
- Nie wesoło… - Watson rzucił na biurko Dżefreja najnowszy numer The Boston Globe.
- „Kolejne ofiary pedofili ukrywanych w zborach Świadków Jehowy idą do sądu walczyć o milionowe odszkodowania….” – Dżefrej z trudem odczytywał kolejne kolejne słowa w nagłówku artykułu, który ukazał się na pierwszej stronie gazety…
- Na razie artykuł jest tylko w Boston Globe, ale po nim jutro polecą kolejne… Temat podchwyciły już dzisiejsze programy śniadaniowe w telewizji, a do południa pojawią się już pewnie całe reportaże w wiadomościach…
- Co za szuje! Jak oni mogą nas tak bezwstydnie szkalować?! – Dżefrej z wściekłości zrobił się na twarzy cały purpurowy!
Czuł, że potrzebuje świeżego powietrza, więc podszedł do okna żeby otworzyć je na oścież.
- Ja pitolę! – wykrzyknął Dżefrej w kierunku Watsona – popatrz przez okno! Te hieny stoją już pod naszą bramą!
Watson wyjrzał przez okno i zobaczył parkujące pod główną bramą Warwick wozy transmisyjne telewizji BBC i CNN.
- Co robić? Co robić? – Dżefrej nerwowo krążył po swoim gabinecie.
- To co zwykle… nic… Musimy to przeczekać… – rezolutnie odpowiedział Watson.
- Łatwo ci mówić Watsonie, bo ty nie masz nadziei niebiańskiej. Ciebie nikt za tyłek nie weźmie, a ja razem z Ciałem Kierowniczym jesteśmy na świeczniku całego świata!
- Bracie Dżefreju… ostatnio dużo pracujesz, należy ci się urlop i odpoczynek. Dopilnuję żeby jeszcze dziś sekretarka zarezerwowała ci wieczorny bilet na samolot. Gdzie tym razem chciałbyś polecieć? Może Karaiby?
- Nie mam teraz do tego głowy…. A co na to wszystko inne chłopaki z Ciała Kierowniczego?
- No… Dejwid wybrał Hawaje, a Stiven Majorkę, a pozostali jeszcze nie zdecydowali, ale mają się określić do godziny 11.00.
- Jak to? Wszyscy wylatują?
- Tak jest. W końcu musimy mówić mediom prawdę. A prawda jest taka, że nie mogą się skontaktować z żadnym członkiem Ciała Kierowniczego, gdyż wyjechali z Warwick na pilne delegacje. Zawsze przecież tak robimy…
- No tak, ale kiedyś to były wyjazdy raz w roku, a teraz wyjdzie na to, że będziemy musieli wylatywać z Warwick co tydzień…
- Spokojnie Dżefrej, bez paniki. Za dwa dni media zajmą się innym tematem i o nas zapomną…
- Boję się, że teraz już nie będą o nas zapominać na długo…
- Dżefrej, plan jest taki, po obiedzie idziesz do siebie się spakować. A wieczorem jesteś już gotowy żeby wyjechać na lotnisko. Tylko powiedz czy mogą być te Karaiby czy coś innego…
- Wszystko mi jedno..
- No to w porządku. Ustalone. Jak zwykle klasa biznes. Tylko mam prośbę Dżefrej… ubierz się skromniej niż zwykle i najlepiej załóż czarne okulary i kapelusz. Wiesz… chodzi o to, żeby ciebie nie rozpoznali w tym samolocie. Jednak bilet w klasie biznes kosztuje 10 tysięcy dolarów i głupio by tak było się z tym obnosić… Sam rozumiesz… Dejwid już zaplanował, że się przebierze za hiszpańskiego turystę, a Stiven zastanawia się nad sportowym dresem…
- To może wezmę tę koszulkę z palmami i krótkie spodenki?
- No widzisz… w sam raz! Przebierzesz się na lotnisku w toalecie. I pamiętaj… Rolexa zostaw tutaj…
- Którego?
- No… wszystkie cztery zostaw… Masz tutaj chiński zegarek z bazaru – kupiłem za 10 dolarów. Niech ci służy… Dżefrej! Sygnet zdejmij!
- Nie… sygnet nie…!
- Dżefrej… mówię całkiem poważnie. Nie potrzebujemy kolejnego skandalu…
- Dobra, zdejmę. Robię to tylko dla ciebie! A przy okazji powiedz mi co się stało z Marią?
- Maria znowu jest na zwolnieniu lekarskim. Duszności, kłopoty z oddychaniem. Ma to od momentu, gdy pracowała przy budowie osiedla w Warwick… Wiesz, jednak ziemia tu jest skażona, a ona pracowała prawie że gołymi rękami, bez maseczki na twarzy…
- Tak jak inni budowlańcy…
- Zgadza się. Tylko ci inni są już rozproszeni po USA i leczą się na własny koszt. A Maria jednak została u nas w biurze… często korzysta z naszego ubezpieczenia zdrowotnego  i  zastanawiam się co z tym fantem zrobić…
- A może by ją tak w teren z mężem wysłać? Żeby zaznawała radości jako pionierka specjalna, albo stała…?
- No nie wiem… jej mąż jest dobrym kucharzem… Ale jak ona cały czas nam tak będzie chorować, to nie będziemy mieli wyjścia… Świętą służbę może przecież pełnić w różnych zakątkach USA… Z korzyścią dla braci z tej miejscowości… Tak, to trzeba poważnie przemyśleć!
- Trochę by mi szkoda było gdyby odeszła, jednak Maria jest bardzo doświadczoną sekretarką… Pracuje ze mną od samego początku, jeszcze jak mieszkaliśmy w Brooklynie… Ale skoro Jehowa chce, aby zaznawała radości z głoszenia na innym terenie, to chyba nie możemy jej zatrzymywać…
- Też tak myślę Dżefrej! Słuchaj… jeszcze jedna sprawa… Może to drobnostka, ale chcę ci ją pokazać….


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #6 dnia: 11 Listopad, 2018, 19:46 »
Watson wyciągnął z kieszeni tajemniczy przedmiot, który wyglądał jak duży termometr.

- Co to takiego? – zapytał zaskoczony Dżefrej.
- Test ciążowy. Dostałem dzisiaj od pokojówki, która pracuje w pawilonie D.
- Kontynuuj…
- Wiesz o tym, że przeszkoliłem całą obsługę sprzątającą, aby zwracała uwagę na wszystkie podejrzane przedmioty w pokojach beletczyków. Niezły magazynik mi się już z tego zrobił… co chwilę dostaję coś nowego…
- Kontynuuj…
- Mam już całe pudło wibratorów – brązowe, różowe, niebieskie, zielone, małe, duże, długie, krótkie, grube, chude – do wyboru, do koloru. Do tego kilka gazetek pornograficznych i kajdanki z futerkiem. Ale najgorsze znalezisko, to książka Raymonda Franza!
- No i co z tym zrobiłeś?
- Tych od gazetek i wibratorów przeniosłem na niższe stanowiska – z biura do czyszczenia kibelków i tak dalej. A ten od książki tego samego dnia wyleciał za bramę. Daliśmy mu 100 dolców na bilet w jedną stronę i może dojedzie do domu jakimś autostopem.
- Dobrze zrobiłeś Watsonie! Nie będziemy tolerować odstępców w naszych szeregach! A co z tym testem ciążowym?
- Wynik pozytywny. Pawilon D, pokój 325. Młode małżeństwo. On w obsłudze technicznej, ona pracuje w pralni.
- Co z nimi robimy?
- To co zwykle. Awans na teren oddalony. Albo pojadą albo sami zrezygnują z usługiwania w Betel.
- Kiedy chcesz z nimi rozmawiać?
- Dam im miesiąc czasu na to żeby przyszli sami się przyznać. Jeśli nie przyjdą sami, ja pofatyguję się do nich…
- Dobrze Watsonie, zrób to co konieczne. Niestety nie możemy sobie pozwolić na utrzymywanie całych rodzin. Organizacja i tak jest w coraz większym kryzysie finansowym…
- No wiesz Dżefrej… te kilkadziesiąt milionów zaskórniaków z 10 banków w raju podatkowym jakoś by się znalazło…
- Ale to są pieniądze na czarną godzinę! Dobrze o tym wiesz Watsonie! Gdyby Armagedon nie przyszedł rychło, to musimy przecież z czegoś żyć na emeryturze!
- No pewnie! Jasne! Aaaa… zapomniałbym ci powiedzieć… byłem z rana w Dziale Prawnym. Powoli dogadują się z tymi ofiarami molestowania przez nadzorcę obwodu z Bostonu. Sprawa sprzed 15 lat. Załatwimy to polubownie; może po pół miliona na głowę wystarczy…
- A ile jest tych głów?
- Osiem…
- Cholera jasna! Skąd ja teraz wezmę 4 miliony dolców?! Zrób rozeznanie które biuro oddziału na świecie wisi nam kasę. No i musimy zrobić jakieś cięcia w budżecie. Trzeba wycofać budowę kilku sal…
- Już to sprawdziłem. Najmniej nam płaci Wenezuela… to się ich przyciśnie listami żeby wpłacali więcej kasy na nasze konto. A budowy możemy zatrzymać w Afryce! Przecież tam jest ciepło przez cały rok – nie muszą mieć sal! Altanka z dachem skleconym z liści palmowych im wystarczy! Polska też ostatnio marne grosze nam wysyła… To się zaoszczędzi na ich personelu w Betel…
- No i dobrze… Uzbieramy te 4 bańki na odszkodowania?
- Jeszcze to sprawdzę, ale myślę, że tak. Oczywiście trzeba będzie jakoś uzupełnić tę lukę finansową. Proponuję dołożyć do Strażnicy jeden artykuł z informacją o rożnych formach darowizn, które można przekazywać na Towarzystwo Strażnica…
- A ja bym uderzył z grubej rury! Strażnicy nikt teraz nie czyta… ale można to wrzucić do najnowszego brudkastingu! Jak wrócimy z urlopu, to zrobimy dokrętkę pod tytułem: Wszyscy możemy zaznawać radości z dawania!
- Dobre! A ja bym jeszcze to uwypuklił na najbliższym zgromadzeniu obwodowym..
- A tam obwodowym! Damy to na kongres letni! Hasło przewodnie: Jehowa miłuje dawcę rozradowanego! – Dżefrej był wyraźnie zadowolony, ze swojego pomysłu i zacierał ręce..
- A co z tamtymi? – Watson wskazał ręką na wozy transmisyjne przy bramie Warwick, z których wyszło już kilkoro dziennikarzy i kamerzystów.
- A tamtym to się powie przez domofon, że nie udzielamy komentarzy i pojadą w cholerę! Aha… i koniecznie powiedz tym z obsługi technicznej żeby włączyli zraszacze! Musimy podlać wszystkie trawniki bez wyjątku! A jak przy okazji zmoknie jakiś kamerzysta, no to trudno… W końcu wdarli się nieproszeni na nasz teren…!
- Tak jest szefie! No to udanego urlopu! Widzimy się za dwa tygodnie.
- Do zobaczenia… lecę się pakować teraz. Nie będę czekał aż do obiadu.
- Okej. Co prawda mam jeszcze kilka spraw do omówienia z tobą Dżefrej, ale teraz nie będę zawracał ci tym głowy. Pamiętaj żeby zjechać windą towarową i wyjść tylnym wyjściem. Te hieny dziennikarskie nie mogą cię zobaczyć.
- W porządku, będę uważał! Trzymaj się Watsonie i trzymaj rękę na pulsie. Pilnuj naszego Warwick jak oka w głowie. Musimy bronić naszej Twierdzy! W niej pokładamy naszą nadzieję!

Dżefrej wyraźnie zadowolony wyszedł czym prędzej ze swojego biura. Zaczął już planować w myślach co spakuje na swój wyjazd i którą kartę kredytową weźmie na pokrycie kosztów swoich urlopowych rozrywek.

Dżefrej lubił, gdy problemy dotyczące organizacji były od razu rozwiązywane. Wcześniej, jeszcze jako pionier, stosował różne strategie, głowił się i wysilał, aby obronić dobre imię organizacji. Odkąd natomiast trafił do Betel dowiedział się, że najlepsza i najskuteczniejsza jest jedna strategia… milczenie i zamiatanie wszystkiego pod dywan.
Ta strategia podobała mu się najbardziej i zadecydował, że będzie zawsze z niej korzystał.
Dżefrej przemierzał przez korytarze pawilonu biurowego C i wesoło nucił pod nosem pieśni królestwa. Tym razem podśpiewywał sobie: „…więc wysławiaj WŁADCĘ ŚWIATA, jego się miłością ciesz…”.

Cdn.


Offline Gandalf Szary

  • Pionier specjalny
  • Wiadomości: 1 181
  • Polubień: 1816
  • Najbardziej boję się fanatyków.
Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #7 dnia: 11 Listopad, 2018, 20:02 »
[/center]Odcinek 3. Scena 2 – Dylematy egzystencjalne brata Dżefreja.

Dżefrej po powrocie z dwu tygodniowego urlopu od razu chciał rzucić się w wir pracy. Tego dnia wstał bardzo wcześnie rano i po porannej toalecie bezpośrednio udał się natychmiast do swego gabinetu. Nie miał ochoty na towarzystwo braci oraz śniadanie we wspólnej stołówce, pomimo serwowanych smakołyków. Nawet ze wspólnego rozważania tekstu dziennego zrezygnował.
Chciał w samotności popracować, ale nie mógł się na pracy skupić. Był zmęczony po nieprzespanej nocy, pomimo, że sprawy Pana były palące, nie miał głowy, aby przedrzeć się przez stos zaległych papierów leżących na biurku. Miał z tego powodu wyrzuty sumienia, gdyż pomimo podjęcia kilkudziesięciu prób zmuszenia się do umysłowego wysiłku, nie mógł się otrząsnąć i zabrać do pracy. Jego myśli zaprzątały zupełnie inne sprawy, bardziej egzystencjalne.
Nie był już młodym człowiekiem, a dziś w nocy jego ciało dało o sobie znać. Bóle żołądka nie dały mu spać i większą część nocy zamiast spędzić przy swojej ukochanej, drugiej żonie spędził w toalecie. Z resztą nie chciał jej budzić ani niepokoić swoim stanem zdrowia.
- Tak, szepnął do siebie. Niedługo mój ziemski bieg może dobiec końca, a wówczas połączę się z Królem Królów i Panem Panów, będę panował wraz z nim nad całym światem. Jest tu nas jedynie resztka z małej trzódki  - ok.  15 000 z 144 000 wybranych. 
Pomimo takiego sposobu myślenia, gdzieś w głębi duszy odczuł lekkie ukłucie niepokoju.
- No tak ja pójdę do nieba. Szepnął sam do siebie. A co z moją młodą małżonką? Ona ma nadzieję ziemską. W tym momencie jego wyobraźnia zaczęła pracować i wyobraził sobie jak umiera i idzie do nieba, a jego druga żona wychodzi za mąż za pioniera specjalnego lub jakiegoś Betelczyka.  Bezwiednie wziął ze sobą filiżankę z kawą, którą przygotował brat William i podszedł do wielkiego okna. Zaczął obserwować przepiękny widok, który roztaczał się po Warwick, a który można było podziwiać przez przeszklone ramy okna z jego gabinetu. W sercu czuł dalej ukłucie zazdrości.
- Taaaak, znów szepnął do siebie. I ja z nieba, jako brat Króla będę musiał patrzeć jak idą ze sobą do łóżka. W tym momencie serce ścisnęło mu się w klatce piersiowej i coś zaskowytało w gardle, a łzy popłynęły z oczy.
- Cholera jasna nie mogę się rozklejać. Co to będzie, jak miękki się okaże podczas Armagedonu? Odpuszczę wszystkim niewiernym? Idziemy przecież po zwycięstwo! Co tam żona, przecież chodzi o życie wszystkich ludzi. A ja, jako król będę rządzić całym światem!!
Jeszcze raz spojrzał przez okno. Jego oczom ukazał się widok zwierząt podchodzących pod ogrodzenia posiadłości Warwick. Scena była przepiękna i bardzo naturalna. Dżefrej nie mógł wzroku od niej oderwać. Wielki staw migotał różnymi kolorami w promieniach wschodzącego słońca i te zwierzęta podchodzące do wodopoju. Takie kolory musiał oglądać Noe po potopie.
- Przepiękny widok! Szepnął Dżefrej znów do siebie, a jego myśli powróciły do dzisiejszego poranka, gdy opuszczał swą sypialnie. Podobnie jak teraz, gdy od podchodzących zwierząt do wodopoju nie mógł oderwać wzroku, tak rano nie mógł wzroku oderwać od swej młodej pięknej żony. Jej szatynowe włosy leżące na poduszce w kompletnym nieładzie. Jej jędrne  piersi odsłonięte przez zsuniętą kołdrę  rytmicznie falujące podczas oddechu. Lekko zaokrąglony płaski brzuszek…. Nawet teraz podświadomie czół smak jej persi w swoich ustach i zapach jej ciała, pomimo, że jej nie było w jego gabinecie. Przez jego ciało przeszedł dreszcz podniecenia, a twarz się zaczerwieniła.
- Wszystko to utracę na rzecz rządzenia z Jezusem w niebie, pomyślał Dżefrej. W tym miejscu jego myśli skupiły się na sprawozdaniu Biblijnym, gdzie Synowie Boży schodzili i brali sobie kobiety ludzkie za żony. Gdzie to napisano? Próbował sobie przypomnieć!! A tak na samym początku w 1 Mojżeszowej przed potopem.
 - Teraz to rozumiem. Cholera jasna, co tu wybrać!!
 - A może ?? Poproszę Pana, aby moją żonę także obdarzył przywilejem rządzenia z nim w niebie. Nie oddam jej innemu!!! A jak nie, to może ja zrezygnuje z królowania i poproszę o życie wieczne tu na ziemi, najlepiej w Warwick, gdyż wszystko jest już urządzone.
 - To by było wspaniałe. Żyć z ukochaną osobą tutaj, w tym raju na ziemi. Inni mogą zniknąć byle tylko nie moja druga ukochana żona. Nawiasem mówiąc drugie owce też się postarały w zaprojektowaniu otoczenia wokół Warwick.  Ale te osoby muszą zniknąć. Nie chcę z nikim dzielić się swoim szczęściem. Niech się zagospodarują w innej częściach globu. Nie muszę dzielić się wszystkim ze wszystkimi. A jako pomazaniec może uproszę sobie ten zakątek ziemi i zamieszkam na nim.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że mając nadzieję ziemską nie może mówić o sobie jako o pomazańcu. 
- Ale wtopiłem pomyślał, stojąc przy oknie i obserwując wspaniały wschód słońca. Jako pomazaniec tracę moją ukochaną żonę i możliwość mieszkania na tej dzikiej nieodgadnionej kuli ziemskiej. Jako druga owca tracę możliwość rządzenia z Chrystusem całym wszechświatem.
Złe samopoczucie pogłębiło się i Dżefrej nie był wstanie zebrać myśli do kupy. Pociągnął bezwiedni łyk chłodnej już kawy z filiżanki, którą trzymał w dłoni. Na całe szczęście jego myśli zostały przerwane pukaniem do drzwi. To brat William zaglądnął czy czegoś nie potrzeba. Równocześnie poinformował go o zaplanowanym spotkaniu po południu z resztą Ciała Kierowniczego w gabinecie spotkań.
Dżefrej położył się na wygodnym szezlongu, aby wypocząć przed spotkaniem ze współbraćmi Króla i z nostalgią, zatopiony we własnych myślach dalej obserwował świat ze swego dużego okna.
« Ostatnia zmiana: 11 Listopad, 2018, 20:28 wysłana przez Gandalf Szary »


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #8 dnia: 11 Listopad, 2018, 21:04 »
Tymczasem w Nadarzynie...


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #9 dnia: 11 Listopad, 2018, 23:45 »
Tymczasem w Nadarzynie…

Odcinek 4 – Dylematy brata Wiktora – ciąg dalszy

Wiktor zatopił się w swojej lekturze bez reszty. Osiemnasty rozdział opasłego tomu wciągnął go tak bardzo, że nawet nie zauważył iż w drzwiach jego gabinetu od jakiegoś czasu stoi i przypatruje mu się brat Gracjan. Dopiero gdy Gracjan chrząknął, Wiktor zdał sobie sprawę z jego obecności i aż podskoczył na fotelu. W tej samej chwili z rąk wypadła mu na podłogę książka, którą Gracjan usłużnie mu podniósł. 

- Kry…zys...su…mie…nia… - Gracjan przesylabizował tytuł książki.
- Dzięki, nie trzeba. Sam sobie mogłem podnieść! – Wiktor czerwony na twarzy o mało nie wyszarpał książki z rąk Gracjana.
- Chciałem pomóc szefie! Się szef nie gniewa… - Gracjan zadumany zaczął drapać się po brodzie… - Ja już gdzieś ten tytuł widziałem…
- Nie interesuj się Gracjan za bardzo! To są sprawy ludzi z wyższego szczebla. To materiały szkoleniowe są! Znaczy to są dowody rzeczowe na komitet sądowniczy… - Wiktorowi zaczął plątać się język…
- Aaaa rozumiem… - Gracjan teraz drapał się po głowie…
- Wyszorowałeś się porządnie?! – zmienił temat Wiktor, chcąc uciąć w zarodku tę niezręczną dyskusję.
- Tak szefie… miałem szczęście, że miałem jeszcze trochę  mydła, co mi mamusia w paczce wysłała. Bo odkąd tutaj są te cięcia kosztów, to już nawet papier toaletowy muszę kupować na mieście.
- Gracjan… cięcia są na całym świecie. Wiesz jak jest. Sytuacja jest trudna. Bracia na świecie ubożeją i nie mają z czego płacić datków. Musimy na czymś robić oszczędności. Widzisz… ja też nie mam łatwo. Kiedyś mieliśmy kapsułki do ekspresu ciśnieniowego, a teraz cały dział zrzuca się na paczkę kawy Turek – Wiktor wskazał ręką na niewielki aneks, w którym znajdował się zwykły czajnik, kubki i pół paczki wspomnianej kawy…
- A cukier? – dociekał Gracjan.
- Cukier jest szkodliwy. Przestaliśmy słodzić. Gracjan jeszcze raz ci powtórzę, że nie jest łatwo! Wróg chce nas wykończyć i obedrzeć ze wszystkich pieniędzy! A wiesz kto jest naszym największym wrogiem…
- Tak, wiem. To jasne! Odstępcy!
- No właśnie Gracjan! I dlatego ciebie tu dziś wezwałem. Musimy omówić parę spraw… - Wiktor skinął ręką wskazując Gracjanowi krzesło, na którym miał usiąść…
- Tak jest szefie! O co się rozchodzi?
- Gracjan… pamiętasz naszą ostatnią rozmowę o tym jak złamać odstępców?
- Tak jest… pamiętam… mamy stosować różne metody, żeby ich przechytrzyć.
- No właśnie.. różne metody. I dostałeś polecenie, żeby zalogować się na odstępcze forum i napisać komentarze, które przyciągną ludzi z powrotem do organizacji Jehowy!
- Tak jest szefie! Tak zrobiłem!
Wiktor widząc beztroską twarz Gracjana czuł, że zaraz puszczą mu nerwy.
- Wiem, że zrobiłeś… ale czy musiałeś cymbale logować się z naszego biurowego komputera?! Odstępcy nas namierzyli idioto i śmiali się z tego, że nadarzyniacy szpiegują ich forum! A najgorsze jest to, że cała wina spadła na mnie! – Wiktor teraz już nie wytrzymał i ostatnie zdanie wykrzyczał na cały głos. – Czy ty zdajesz sobie sprawę ile się przez ciebie wstydu najadłem?!

Gracjan siedział na krześle wpatrując się posępnym wzrokiem w podłogę. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
- Przecież miałeś zalogować się z kawiarenki internetowej! Dostałeś pieniądze na Internet i na bilety do Warszawy!
- Tak szefie, wiem… ale rozchodzi się o to, że w tym dniu pomagałem przy pompowaniu szamba i już nie zdążyłem pojechać do Warszawy. To pomyślałem, że jakby skorzystać z komputera w biurze, to że się nic takiego nie stanie…
- Od myślenia jestem tutaj ja! – wrzasnął Wiktor.
- Ale ja… ale ja chciałem.. ale ja…- Gracjan zaczął łkać i się jąkać.
- Dobra… wiem, że chciałeś dobrze… Ale to spaprałeś. Dlatego dzisiaj rozmawiamy. Rozmawiamy po to, aby to już się NIGDY więcej nie powtórzyło… rozumiemy się?!
- Tak szefie…
- A teraz mi powiedz jak tam twoja działalność na forach… bo na kilku się zarejestrowałeś, prawda?
- Tak szefie. Całkiem dobrze mi idzie, chociaż na dwóch mam już bana, a na trzecim dopiero dali mi moderację…
Wiktor znowu zaczął się trząść, ale obiecał sobie, że tym razem nie wybuchnie. Nie potrzebował, żeby do biura zbiegli się inni Świadkowie.
- Za co ciebie zbanowali Gracjan?
- Szefie… no bo oni atakowali organizację Jehowy! To im napisałem co o nich myślę! I się wkurzyli…
- Ale przecież ty nie miałeś ich wyzywać Gracjan! Miałeś się tylko zarejestrować po to, żeby pisać do użytkowników prywatne wiadomości i wyłudzać ich dane osobowe. Czy to tak trudno zrozumieć…?!
- Wiem szefie, ale oni naprawdę pisali takie rzeczy o Nadarzynie i o Ciele Kierowniczym, że aż wstyd powtórzyć. Gorliwość o Jehowę mnie wtedy pożarła!

Wiktor w tym momencie zdał sobie sprawę, że powierzanie tak prostego… jakby się wydawało… zadania Gracjanowi, było jego największym życiowym błędem. Gracjan nawarzył mu piwa, a on teraz musiał za niego je wypić.
- Dobra…. Odpuśćmy sobie te trzy fora. Są jeszcze inne przecież… Na ilu się zarejestrowałeś?
- Na ośmiu…
- Wszystkie odstępcze?
- Większość, ale niektóre z różnymi dyskusjami biblijnymi.
- Okej… tego się trzymajmy… Jakiego masz nicka?
- Co chwilę zmieniam nicki. Miałem już Gorliwego Sługę, Bicz Boży, Armagedon, a ostatnio Tenisówka.
- Tenisówka?
- Tak… takie obuwie. Specjalnie tak wymyśliłem żeby wyszło na to, że jestem kobietą i żeby się z trampkiem nie kojarzyło…
- No i jakie efekty? Ile adresów zdobyłeś? Ile imion, nazwisk, nazw zborów?
- Ani jednego…
- Jak to? Wydałeś kupę forsy na internet, na dojazdy… i wszystko na marne?
- No bo ci odstępcy to tacy nieufni są. Jak do nich pisałem: „Cześć, jestem odstępcą. Z jakiego jesteś miasta? Czy chcesz się spotkać na piwie?”, to albo nie odpisywali, albo mi kazali się puknąć w czoło.

Wiktor w tym momencie zdał sobie sprawę, że to zadanie o niebo lepiej wykonałaby przeciętna sprzątaczka z Betel niż osiłek Gracjan, który chwalił się przychodząc do Nadarzyna, że był w swoim wiejskim zborze na przywileju sługi pomocniczego.

- Gracjan… nie mam do ciebie więcej pytań. Uznajmy, że nasza rozmowa już się zakończyła. Na razie wracaj do swoich spraw, do swoich obowiązków, do czyszczenia szamba, do przetykania sraczyków… i uznajmy, że póki co masz urlop od dodatkowych zadań u mnie… Dobrze?
- Ale szefie… przecież miałem obiecane, że jak się spiszę, to awansuję do usługiwania w Dziale Prawnym! Nawet z tego powodu już sobie nowe buty kupiłem, żeby elegancko tu wyglądać. Mamusia też ma taką nadzieję… bo mi z własnej rentki uskładała pieniądze, byleby mi tylko na te buty mi je wysłać.
- Gracjan… wyraziłem się jasno! Miałeś awansować do biura jak się spiszesz! A na razie to tylko narobiłeś Nadarzynowi kupę wstydu! Od dziś masz zakaz działalności na jakichkolwiek odstępczych forach internetowych! Rozumiemy się? A teraz idź już do siebie. Weekend jest! Idź się przygotuj do niedzielnej Strażnicy czy rób co tam chcesz…
- Ale… ale.... ale ja naprawdę chciałem pomóc… – Gracjanowi szkliły się łzy w oczach.
- Wiem Gracjan… ale wyszło jak wyszło. No już… ganiaj do swojego pokoju!

Gracjan wstał z krzesła i powoli zmierzał w kierunku drzwi. Czuł się wykorzystany i upokorzony. Obiecywał sobie w środku, że Wiktor jeszcze go popamięta. Postanowił, że zaraz po powrocie do pokoju zapisze sobie na kartce tytuł książki Wiktora, a później poszuka jej w Internecie. Miał jeszcze parę groszy od mamusi, więc postanowił pojechać do Warszawy.

Tymczasem Wiktor…


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #10 dnia: 12 Listopad, 2018, 00:41 »
Tymczasem Wiktor starannie zamknął za Gracjanem drzwi swojego gabinetu i przekręcił klucz w zamku. Usiadł przy biurku i wyciągnął z drugiej szuflady swój osobisty tablet. Odpalił urządzenie razem z wykupionym przez siebie dodatkowym pakietem internetowym.

Wiktor sprawnie zalogował się na forum internetowym i zaczął przeglądać nowe posty. Przy okazji zobaczył, że w skrzynce pocztowej czekają na niego trzy nowe wiadomości. Przejrzał je pobieżnie i zobaczył, że są głównie od młodych, zagubionych sióstr, które potrzebują rady i pocieszenia.

Wiktor miał nosa żeby założyć to forum o zachęcającej nazwie: Zagubione Owce. W ciągu trzech miesięcy miał zarejestrowanych już 350 użytkowników, a ciągle dochodzili nowi.

Na forum Wiktora można było dyskutować o wszystkim. Nawet wulgaryzmy i wzajemne bluzgi były dozwolone. Chodziło tylko o to, aby przyciągnąć na nie aktywnych Świadków Jehowy, którzy zaczynają mieć odstępcze myśli.

Wiktor był wyrozumiałym administratorem i starał się pocieszyć każdą błąkającą się owieczkę. Wystarczyła wymiana kilku wiadomości, a Wiktor miał już od nich wszystkie potrzebne mu namiary: imię, numer telefonu, nazwa zboru, funkcja pełniona w zborze itp. Zdobycie ich nazwiska było już tylko czystą formalnością. Wiktor notował sobie wszystkie informacje w tabelce w Excelu i w wolnej chwili odszukiwał numery telefonów do poszczególnych zborów. Później dzwonił do zboru niby to w innej sprawie, ale przy okazji nadmieniał, że chodzi tam aktywny odstępca o następującym imieniu. Starsi zboru szybko kojarzyli fakty i podawali jego nazwisko łącznie z adresem domowym. Ponadto zaczynali bacznie przyglądać się „zagubionej owcy” i na wszelki wypadek zbierali przeciwko niej różne dowody. Zdjęcia, smsy itp. Jeżeli to było za mało, aby udowodnić im winę, Wiktor usłużnie wskazywał starszym zboru pod jakim nickiem piszą na odstępczym forum.
Bracia starsi mogli więc wydrukować sobie wszystkie wpisy delikwenta i z twardymi dowodami w ręku zaprosić go na komitet sądowniczy.

Wiktor skrupulatnie liczył ile osób udało mu się w ten sposób udupić.
Póki co zdobył dane 45 osób, z czego 16 już miało rozmowy ze starszymi, a pozostali jeszcze o niczym nie wiedzieli, bo dopiero były zbierane na nich dowody, aby móc zastosować przy wykluczaniu ich świętą regułę „dwóch świadków”.

Pomysł Wiktora z założeniem forum był świetny, ale na wszelki wypadek nikomu się tym nie chwalił. Nie wiadomo czy ktoś nie zrozumiałby opacznie jego dobrych intencji.
Wiktor chciał, aby organizacja oczyściła się z odstępców, będących przecież poplecznikami Szatana. Wiktor głęboko wierzył w to, że swoim postępowaniem czyni dobro i że jest niczym „bicz Boży”, który wymierza sprawiedliwość osobom niepokornym i nielojalnym.

Wiktor miał co prawda, poprzez udział w dyskusjach na forum, dostęp do różnego rodzaju odstępczych materiałów, ale uznał, że dla dobra organizacji musi ponieść takie ryzyko. Kupił też kilka odstępczych książek, ale tylko po to, aby podczas komitetów sądowniczych móc wyczuwać skąd dany odstępca czerpał wiedzę na temat organizacji. Wystarczyło tylko, że ktoś wypowiedział jedno hasło, jedną myśl, a Wiktor już wiedział czy to jest cytat z książki Franza czy z Bednarskiego.

Wiktor znał wiele zarzutów przeciwko organizacji, ale uznał, że żadna religia nie jest doskonała. Poza tym zainwestował w pracę w Betel tyle swojej energii i młodzieńczych lat, że podważanie tego czy działał w słusznej czy niesłusznej sprawie byłoby dla niego niczym policzek w twarz. Oddał organizacji całego siebie i liczył na to, że organizacja mu to wynagrodzi.

Nadarzyn bankrutował… wszyscy już to widzieli, ale na wszelki wypadek nie dyskutowali na ten temat. Zaczęło się od drastycznych cięć kosztów i wyrzucenia na bruk długoletnich pracowników Betel. Jedni przyjęli tę zmianę z godnością, inni wpadali w panikę, że bez mieszkania, ubezpieczenia zdrowotnego i dobrej pracy nie poradzą sobie w tym szatańskim świecie po dwudziestu latach życia w nadarzyńskim raju.
Niektóre z wyrzuconych par małżeńskich łkały, że praca w Betel bezpowrotnie zabrała im możliwość posiadania dzieci i wnuków. Inni z kolei narzekali, że pracując w Betel za marne pieniądze nie byli w stanie odłożyć sobie większych oszczędności i zamiast teraz mieszkać w swoim domu czy mieszkaniu, muszą szukać jakiegoś lokum do wynajęcia.

Wiktor przyglądał się tym lamentom, ale sam czuł, że jest na bezpiecznej pozycji. W Betel bardzo ceni się każdą osobę z wyższym wykształceniem, więc wiedział, że w Dziale Prawnym i tak jest niezastąpiony.
Kiedy jednak cięcia zaczęły dotyczyć również jego i po kilkunastu latach kompleksowej obsługi nagle musiał zacząć sprzątać swój pokój, prasować swoje koszule i kupować za własne pieniądze mydło i papier toaletowy, uznał, że dzieje się coś niedobrego.
Betel w Nadarzynie to przecież tylko budynek… można go sprzedać, zamienić na supermarket czy magazyn. A Ciało Kierownicze szuka oszczędności na całym świecie.

Wiktor uznał więc, że dalsze przebywanie w Nadarzynie może być dla niego wysoce nieopłacalne. Tylko czekać jak sprzedadzą budynek, a jego razem z całym personelem poślą na zieloną trawkę…

Wiktor postanowił więc, że musi zrobić wszystko, aby jakoś się odznaczyć w organizacji i awansować wyżej. A że w Polsce osiągnął już wszystko co tylko było możliwe, uznał, że musi powalczyć o więcej. Stąd jego pomysł na to, aby zostać zawodowym tropicielem odstępców!

Wiktor rozsiadł się wygodnie w fotelu, nogi wyłożył na biurko i zaczął rozmyślać o lepszym świecie… o raju w amerykańskiej Centrali w Warwick…



Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #11 dnia: 12 Listopad, 2018, 08:12 »
-----------------------REKLAMA------------------------------------

Czy brat Wiktor awansuje do Warwick?

Czy brat Dżefrej pójdzie do nieba?

Tego być może dowiecie się z kolejnych odcinków DYLEMATÓW WARWICKO - NADARZYŃSKICH !

Zapraszamy! :)

------------------------REKLAMA------------------------------------


Offline PoProstuJa

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #12 dnia: 12 Listopad, 2018, 09:30 »
Brat Dżefrej i brat Wiktor już przebierają nogami, żeby wystąpić w kolejnych odcinkach...  ;D

Może jednak drodzy Forumowicze nie zżyli się z tymi postaciami i wolą sobie poczytać najnowszą Strażnicę bądź inny odstępczy duchowy pokarm?  :)

Kto chętny na dalszą akcję - daje lajka.

Kto niechętny, strząsa proch ze swoich sandałów i idzie dalej...  :P

Ładny dziś mamy dzionek...  :D


Offline Villa Ella

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #13 dnia: 12 Listopad, 2018, 18:04 »
Ja lajkuję wytrwale każdą scenę. Nawet reklamę zalajkowałam. Jesteście oboje niesamowici. I want more, MORE AND MORE
Obojętnie czy postąpisz według czyjejś rady, czy według własnego uznania, konsekwencje zawsze poniesiesz  ty sam.


Offline Roszada

Odp: Z cyklu: DYLEMATY WARWICKO-NADARZYŃSKIE
« Odpowiedź #14 dnia: 12 Listopad, 2018, 18:08 »
Ja powiem otwarcie.
Lubię prawdziwe historie z życia.
Życie dostarcza tak wiele, że nie ma potrzeby fantazjować, chyba że ktoś lubi i są tacy co lubią to czytać.
Nigdy w fantastyce nie gustowałem.

Podobnie z kryminałami.
Zawsze lubiłem prawdziwe opisy kryminalne (i takie czytam jak się napatoczą), a nie takie wymyślane.