Brat Marianek, dotąd jedynie poczciwy cień przemykający pod ścianami Sali Królestwa, w chwili mianowania na koordynatora przeszedł makabryczną metamorfozę.
Nominacja zadziałała na niego jak zapalnik pędzącego ''obłędu''; w jego ciasnym umyśle zrodziło się przekonanie, że ta funkcja to Jehowy pieczęć na każdym jego urojeniu.
Gdy tylko ogłoszono decyzję, spokój zboru „Zacisze” został rozerwany głosem pychy.
Brat Marianek, dawniej pokorny chłopek roztropek, wpadł na podium z furią, niemal przestawiając mównicę, gdy potykając się o stopnie, runął nagle jak mury Jerycha.
Powoli wstał spocony, z twarzą purpurową jak u dojrzałego indora. Napuchł od własnej ważności tak bardzo, że jego przykrótki garnitur z lumpeksu zdawał się pękać w szwach.
Nie było już w nim śladu dawnej skromności – przemierzał podium zamaszystymi krokami, oszalały z władzy, którą sam sobie dopowiedział do otrzymanego przywileju.
Z każdym zdaniem jego fanatyzm przechodził w czysty absurd.
Schodził z podium, niemal tratując braci w pierwszym rzędzie, byle tylko czuli na twarzach jego gorący, świszczący oddech.
– Bracia i siostry! Moja nominacja to koniec waszej samowolki! Ja tu jestem teraz wyrocznią! – ryczał głośno, wierząc święcie, że sam Jehowa przemawia przez jego usta.
Pot ściekał mu po czerwonym nosie prosto na tani krawat w kształcie żałobnej wstążki, poplamiony olejem ze szprotów z „Biedronki”. Zaślepiony wyniosłością, widział w sobie Mojżesza zstępującego z skalistej góry do motłochu.
Gdy tak górował nad zgromadzonymi, atmosfera w sali gwałtownie stężała. Słuchaczy zmroził widok pozostałych braci starszych, którzy siedli w nienaturalnym bezruchu.
Ich sztywne, surowe ubiory – ciężkie, staromodne marynarki o kanciastych ramionach i białe koszule o kołnierzykach twardych jak blacha z wiszącymi jak nitki krawatami – sprawiały, że wyglądali jak posągi wykute z lodu. Ta nieustępliwa, ponura estetyka ich strojów odebrała resztę ciepła z pomieszczenia, budując wokół brata Marianka aurę niepodważalnego, bezlitosnego trybunału.
Nagle jego wzrok, płonący religijną furią, padł na siostrę Mirandę. Przerażona kobieta, której szkła w oprawkach przypominały denka od wina, trzęsącymi się rękami próbowała zakryć twarz ''Srebrzanką'' (PNŚ), ale brat Marianek był już przy niej, dysząc z wściekłości.
Mierzył w nią krogulczym palcem niczym oskarżycielskim mieczem, grzmiąc, że jej „optyczna ekstrawagancja to duchowa krótkowzroczność i rynsztokowy brak pokory”, a jej perfumy o zapachu piwonii to „wonny bunt” i perfidny owoc „szatańskiego myślenia i zmysłowości”.
Siostrom natomiast kazał natychmiast pozbyć się wszelkich jaskrawych kolorów, argumentując, że takie barwy zakłócają fale duchowe płynące z podium.
Kiedy siostra Genowefa ośmieliła się pisnąć, że jej reumatyzm wymaga długich spódniczek, brat Marianek zmroził ją wzrokiem i stwierdził, że „wiara silniejsza niż ból powinna ogrzewać jej stawy, a nie nędzna długa po kostki wzorzysta wełna”.
Grzmiał z mównicy, jak klakson pośród tłumów kongresowych.
- Parkowanie tyłem pod Salą Królestwa to manifestacja pychy i chęci szybkiej ucieczki przed prawdą!
To jawne, obrzydliwe szatańskie myślenie!” – wrzeszczał, wymachując pięściami nad głowami osłupiałych wyznawców.
Brat Marianek, nie tracąc ani sekundy na zaczerpnięcie tchu, przeszedł do kolejnego etapu swojej świętej ofensywy, ogłaszając z furią powołanie ''Duchowej Straży Bagażnikowej''.
– Bramy raju nie otworzą się przed tymi, którzy w kufrach swoich rdzawych rydwanów przemycają owoce nierządnicy z wielkich marketów!” – ryczał, a pot z jego purpurowej twarzy skapywał na podłogę niczym plagi egipskie.
Wyciągnął z kieszeni poplamionego garnituru listę produktów zakazanych, którą sporządził w nocy na odwrocie ulotki z „Biedronki”, i zaczął wygrażać pięścią w stronę okna.
Według jego nowej wykładni, każda puszka napoju gazowanego o „światowej” nazwie była ukrytym toastem dla demonów, a trzymanie w bagażniku parówek z promocji stanowiło jawne bałwochwalstwo i brak zaufania do manny, którą zapewnia sam Jehowa.
Z obłędem w oczach zapowiedział, że po zebraniu osobiście przeprowadzi inspekcję każdego pojazdu, niczym Gedeon przesiewający wojowników przy wodzie, tyle że brat Marianek zamierzał przesiewać siatki z zakupami w poszukiwaniu „szatańskich” kodów kreskowych.
Ostrzegł, że kto odmówi otwarcia klapy, ten zostanie uznany za współczesnego Achana, który ukrył przeklęte dobra pod namiotem, i spotka go los równie marny, jak wykluczenie z zboru.
Cała Sala Królestwa zamarła, patrząc na jego trzęsące się ręce i krawat z wielką plamą po szprotach, podczas gdy brat Marianek przedstawiał siebie jako anioła z płonącym mieczem, stojącego na straży czystości bagażników przed każdą formą konsumpcyjnego odstępstwa.
Szczyt dyktatorskiej buty nastąpił, gdy brat Marianek, zaślepiony własną wielkością i blaskiem poliestrowego garnituru, - ogłosił, że jego mianowanie uprawnia go do kontroli „czystości intencji” nawet w toalecie.
Twierdził z obłąkańczą pewnością, że to „bezpośrednie zlecenie od samego Jehowy”, mające na celu wyplenienie „szatańskiego myślenia”, które rzekomo pączkuje podczas samotnych posiedzeń z błękitnym ekranem smartfona.
W zborze zapanowała atmosfera terroru wymieszana z histerycznym śmiechem rozpaczy. Nikt już nie widział w nim pasterza, a jedynie groźnego szaleńca z przykrótkimi nogawkami z lumpeksu, który z każdego spłukania wody w toalecie potrafił wyczytać kodowaną wiadomość od odstępców.
Kiedy w końcu dumnie wyprostował marynarkę, ocierając pianę z ust i poprawiając krawat w kaczuszki, przez całą Salę Królestwa – od kabin w ubikacji aż po ostatnie rzędy – poniósł się miażdżący, zbiorowy szept: ''zbzikowany brat Marianek''.
CDN paranoi ''zbzikowanego brata Marianka''