Zważcie, przyjaciele, że ludzkość od dawna nie może się zdecydować, czy jedna żona to błogosławieństwo, czy raczej ograniczenie potencjału. Niektóre religie — i stojące za nimi porządki społeczne — postanowiły więc nie krępować ambicji.
W Islamie sprawa została rozwiązana elegancko: można mieć dwie, trzy, a nawet cztery żony. Warunek jest prosty i uroczo wymagający — należy traktować wszystkie absolutnie sprawiedliwie. Jeśli ktoś czuje, że może nie podołać temu eksperymentowi z zarządzania czasem, emocjami i budżetem… cóż, wtedy pozostaje mu skromna, jednoosobowa wersja małżeństwa.
Buddyzm z kolei nie wchodzi w takie szczegóły. Zamiast tego rzuca dość niewygodne hasło: nie krzywdź innych. Jak się okazuje, to jedno zdanie potrafi skuteczniej ograniczyć fantazję niż całe tomy przepisów.
W Hinduizmie historia pokazuje, że im wyższa pozycja społeczna, tym większe możliwości „rodzinne”. Królowie i bohaterowie z Mahabharata najwyraźniej nie uznawali minimalizmu. Zwykli ludzie, jak to zwykle bywa, musieli jednak pozostać przy bardziej przyziemnym modelu — jednej żonie i całej reszcie obowiązków bez królewskich przywilejów.
Taoizm natomiast wzrusza ramionami i zdaje się mówić: rób, co chcesz, byle świat się od tego nie rozpadł. Limitów brak, instrukcji brak — pełna swoboda, czyli w praktyce i tak wszystko rozstrzygają pieniądze, prawo i cierpliwość zainteresowanych.
A współczesne systemy prawne w większości tzw. rozwiniętych krajów? Oficjalnie stoją na stanowisku, że jedna żona (lub jeden mąż) to absolutny szczyt ludzkich możliwości organizacyjnych i emocjonalnych. Reszta? Cóż, prawo — jak na ironię — bywa znacznie mniej dociekliwe, o ile wszystko dzieje się poza urzędowym formularzem.
Krótko mówiąc: ideały sobie, przepisy sobie, a życie i tak pisze własne, znacznie mniej uporządkowane scenariusze.