Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego  (Przeczytany 4238 razy)

Offline Lebioda

Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:18 »
…, a pachole rosło i umacniało się w Panu


Moja przygoda z Organizacją zaczęła się na przełomie roku 1946/47 jeszcze w szkole podstawowej, chodziłem do 4-tej klasy szkoły podstawowej, miałem w tedy 14 lat. Już na początku tego opowiadania muszę wyjaśnić, ponieważ dla wielu współczesnych może być to nie zrozumiałe. Nie, takim ostatecznym nieukiem nie byłem, jedynie należałem do roczników zapóźnionych z powodu dopiero co zakończonej wojny, a w mojej klasie należałem do wiekowo młodszych, bo byli nawet osiemnastolatkowie. Żeby nie robić długiego wstępu, od razu przejdę do konkretów, a jeżeli mogłyby powstać jakieś niejasności, proszę się tym nie przejmować, bo w trakcie dalszej lektury wszystko się wyjaśni. A więc do rzeczy. W wieku 16 lat byłem już dopuszczany do różnych funkcji w Zborze, w prawdzie wtedy jeszcze nie funkcjonowało pojęcie Zbór, bo nazwę tą kojarzono raczej za obcą, związaną z religią „fałszywą” chociażby np. ewangelicką lub innymi wyznaniami z podszeptu diabła. Wtedy były Grupy. Na czele Grupy stał Sługa Grupy, zastępca Sługi Grupy, Sługa Terenu, Sługa Skarbnik. To był podstawowy skład Komitetu, w Grupach przeciętnych. W większych Grupach, dochodził jeszcze Sługa Studium Strażnicy, Sługa Studium Książki i byli też zastępcy tych sług. „Grupy” zostały zdecydowanie przemianowane na „Zbory” po roku 1950-tym. Powodem odejścia od tej pierwotnej nazwy, było zmylenie władzy, bo „grupy” kojarzone były raczej z podziemiem zbrojnym. Zresztą nie tylko ta nazwa zniknęła, ale również pismo wewnętrzne do celów instruktażowych, wychodzące pod nazwą „Informator” zostało przemianowane na „Służba Królestwa”, jako, że informator mógł się władzom kojarzyć z informacją wojskową no i  wywiadowczą. Przepraszam za tę dygresję, wracam do głównego wątku. (takie dygresje będą się często powtarzać, więc od razu przepraszam hurtowo, na zaś)

Ponieważ w mojej Grupie, Sługą Grupy był pół analfabeta, (słowo „analfabeta” nie jest tu użyte w znaczeniu pejoratywnym, tylko, jako stwierdzeniem samego faktu, bo jako człowiek, był postacią bardzo pozytywną i jak na jego wykształcenie -postępową), więc w wielu sprawach właśnie go wyręczałem. Przygotowywałem zebrania, materiały do zebrań, w imieniu jego wygłaszałem nawet wykłady. Z chwilą, gdy skończyłem szkołę podstawową w wieku lat 16 przyjąłem symbol, i Sługę Grupy zastępowałem już prawie w pełnym wymiarze, lecz jako niepełnoletni, nie mogłem jeszcze zostać ordynowanym sługą, z uwagi na reprezentowanie Grupy wobec władz na zewnątrz. W ten sposób całą działalność w zborze prowadziłem osobiście, jedynie skarbnikiem była „siostra”, która wprawdzie mogłaby prowadzić całą Grupę, bo miała odpowiedni wiek, posiadane wykształcenie oraz doświadczenie. Z uwagi jednak na to, że niewiasty (niewiasta, to oficjalnie obowiązująca nazwa kobiety w tamtym czasie) w Grupach nie mogły pełnić funkcji kierowniczej, więc lepszy był taki gołowąs jak ja. Bardzo jest mi żal, że nie są mi znane ostateczne losy tej „siostry”, bo mimo dużej różnicy wieku, potrafiliśmy ze sobą prowadzić tak obszerne rozmowy i wywody biblijne w oparciu o Strażnicę oczywiście, ale czasem udawało nam się „zbłądzić” i zahaczać o tematy, że tak powiem, na wyrost. Czy ja wiem? Czy te rozmowy nie były już początkiem końca? Siostra przyszła ze zboru ewangelickiego, więc z biblią była już bardziej oswojona, oczywiście bardziej ode mnie i pewne kwestie umiała wyczytać z biblii poza Strażnicą, co bardzo mi się podobało, a nawet zacząłem ją w tym trochę naśladować. Ta wzajemna wymiana myśli i rozumowania, oczywiście w obrębie Strażnicy, w pewnym okresie pomogła mi wyjść obronną ręką z opresji, ale nie sięgajmy tak daleko do przodu. Szkoda, że nie znam jej dalszych losów. W latach 55/56 otrzymałem od niej około trzech listów, potem kontakt się urwał, a po wyjściu z więzienia, jej już nie zastałem na miejscu i tak naprawdę jakby za zmową milczenia, nikt z tych, co coś wiedzieli, nie chcieli lub nie mogli nic konkretnego mi powiedzieć. Wróćmy jednak do mojej opowieści. Ach ta dygresja.

A pacholę rosło i umacniało się…, jak by o mnie powiedział prorok. Rok 1949, na początku jakoś nic na razie nie zwiastował, ale już w połowie, zaczęły przenikać pewne wieści o nadchodzącej „zimie”. Zwykli głosiciele jeszcze o niczym nie byli informowani na domiar jakby dla zmyłki, w połowie roku odbywały się jeszcze oficjalnie obwodowe zgromadzenia, tzw. Konwencje. W tym mniej więcej czasie, nastąpił też podział Polski na cztery Okręgi zamiast dotychczasowych dwóch. Dwa zachodnie okręgi zostały obsadzone przez Sługę Okręgu Jana Lorka i Sługę Okręgu Zygfryda Adacha. Wschodnia część Polski została obsadzona przez Tadeusza Chodarę, oraz Edwarda Kwiatosza.(?) Na jednym takim zgromadzeniu obwodowym, Sługa Okręgu Jan Lorek, zebrał główny aktyw Obwodu na specjalne zebranie. Po omówieniu zwykłych bieżących spraw, oznajmił, aby na dalszą część zebrania pozostali tylko bracia po symbolu. Była trochę konsternacja, gdy ja nie opuściłem pomieszczenia razem z innymi odchodzącymi. Z uwagi na mój gołowąs musiałem oznajmić, że jestem po symbolu, co ostatecznie potwierdził Sługa Obwodu, Edward Kierszka oraz rodzony brat Kwiatosza Alfred. Jan Lorek zabrał głos i oznajmił, że Organizacja musi się przestawić na inny niż dotychczasowy nurt pracy. Wszelkie dotychczasowe kontakty z biurem krajowym mieszczącym się w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24, mają zostać ograniczone tylko do potrzeb oficjalnych, natomiast wszelkie informacje organizacyjne od tej chwili będą trafiać do Grup dwiema drogami, tj. oficjalną z biura z Łodzi, jeżeli będą miały charakter oficjalny, będą wysłane np. jeszcze ostatnie strażnice o nr-ach (…) –powielane jeszcze legalnie, inne wydawnictwa będą rozesłane już drogą kurierską. Wszelkie następne wskazówki będą podawane na specjalnych zebraniach niejawnych z pominięciem łódzkiej siedziby biura.

Nadszedł czas bezpośredniego przygotowania Organizacji do pracy w podziemiu. Wprawdzie nikt nie wiedział, na czym ma polegać zapowiadana nadchodząca „zima”, przynajmniej dla mnie, była to jakaś bliżej nieokreślona przyszłość. Intensywnie przystąpiłem do precyzyjnego wykonania zalecanych działań. Pierwsze zadanie, polegało na wyselekcjonowaniu osób „pewnych” i „nie pewnych”. Jednym należało wyznaczyć zadania specjalne, tych drugich należało odizolować od tych działań. Powstały małe grupki składające się z trzech do czterech osób, zwanych odtąd „kółkami”, w których odbywały się normalne zebrania jak dotychczas w Grupie. W każdym kółku posługiwał Sługa Kółka. Całością kierował dotychczasowy Sługa Grupy, z tym, że tu nastąpił pewien podział na oficjalnego Sługę i „uśpionego”, którego zadaniem było wkroczenie, dopiero wówczas, gdy zabraknie tego pierwszego. Tego rodzaju konspiracyjne działania powstawały na obszarze Zborów (od tego miejsca będę używał już tej nowej nazwy), ale również na wyższych szczeblach zarządzania, aż do krajowego zarządu w Łodzi włącznie. Wszędzie działały specjalni ukryci łącznicy, których zadaniem było nawiązać łączność podziemną na wypadek przewidzianych lub nieprzewidzianych działań ze strony władzy w Polsce. W ten sposób została już bardzo wcześnie przeniesiona cała infrastruktura do podziemia, a okres względnego spokoju, został wykorzystany do jego rozruchu i naniesienia ewentualnych poprawek. Moje zadanie było włączone w ten drugi obieg. Na odpowiedni znak, miałem po prostu uruchomić wariant ”b” działalność w Zborze.

Początek roku 1950-go nic jeszcze nie zwiastował, chociaż na pół obrotach działało podziemie. Czerwone światło zapaliło się już na wiosnę, gdy nastąpiło aresztowanie głównego kierownictwa w Łodzi, ze Sługą Kraju Wilhelmem Scheiderem na czele. Od tego momentu oficjalna łączność z biurem została zerwana, mimo, że formalnie biuro istniało z nie pełną obsadą wprawdzie, ale jednak. Główne uderzenie nastąpiło latem w nocy, 2/3 (jeżeli się nie mylę ostatnio spotkałem się z inną datą ?) lipca. Już od samego rana wszystkie poranne dzienniki radiowe i poranna prasa podała, jako komunikat główny, że władza ludowa tej nocy, udaremniła wszelką działalność wrogiej i szpiegowskiej organizacji, pod przykrywką religijnej działalności, na zlecenie amerykańskich mocodawców, występujących w kraju pod zwodniczą nazwą „ Stowarzyszenie Świadków Jehowy -Badacze Pisma Świętego”. Komunikat cytuje z pamięci, więc treść może odbiegać od oryginału. Tej nocy na obszarze całej Polski, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego oraz Milicji Obywatelskiej dokonali przeszukań wszystkich siedzib zborów, oraz aresztowań wszystkich znanych władzom działaczy. Był to pewien cios, który unieruchomił organizacje, pomimo już wcześniejszego przygotowania, ale nie na tyle, żeby nie można wykonać żadnego ruchu. Od zaraz należało policzyć straty, i odczekać na ewentualne ruchy przeciwnika. Po trzech miesiącach pozornego przyciszenia, i zebrania pewnych danych z terenów, otrzymuję od brata Janka J., wiadomość abym przybył, na wskazane miejsce spotkania. Kim był Janek J. i jaką miał do odegrania rolę, opowiem w innym miejscu. Teraz zadanie było bardzo krótkie. On jedzie w jemu tylko znane miejsce, celem nawiązania łączności z nową kierowniczą komórką. Ja dostaję wytyczne, do kogo mam się zwrócić i jak uruchomić plan „b”, gdyby jego misja się nie powiodła i nie wrócił wciągu trzech dni. Plan „b” nie był już potrzebny, bo Janek wrócił z bratem…? No powiedzmy „Józefem”. Od tego czasu przestają istnieć nazwiska, są tylko imiona i to nie zawsze prawdziwe. W zborach wstąpił nowy duch, pojawiły się nowe egzemplarze strażnicy w bardzo prymitywnym powielaczowym wydaniu, na razie jedna na zbór, ale to było już symptomem i zapowiedzią, że przygotowanie organizacji do działalności podziemnej wypaliła w miarę dobrze. Pojawienie się ”Sług Objazdowych”(ta nazwa nie była używana, to jest moje określenie, bo ci wtedy nie mieli określonego miana) pobudziło Zbory do większej witalności. Moje nowe zadanie polegało na zapewnie łączności między Zborami i przewożenie Sług do tych Zborów. W między czasie, Obwody zostały podzielone na dzielnice i wtedy otrzymałem zadanie obsługiwania jednej z takich dzielnic. Moja niwa, to obszar między Wieluniem -Oleśnicą –Namysłowem -Kępnem –Twardogórą. W późniejszym okresie, doszło Olesno Śląskie ,aż w okolice Krzepic.

Aby rozruszać takie gigantyczne dzieło, organizacja potrzebowała też odpowiedniego zaplecza. Musiały przede wszystkim ruszyć powielacze, które przezornie były już wcześniej odpowiednio rozmieszczone na obszarze Polski. Jak ta machina poligraficzna, działała, tego nie jestem wstanie opisać, ponieważ w konspiracyjnej działalności, każdy z nas znał swój przydzielony odcinek, za który odpowiadał i nie mógł się dzielić z tym z kimkolwiek, nawet, jeżeli byłby to jego bezpośredni brat nadzorujący, a ten zakres nie należał do jego kompetencji. Oczywiście, wiedziałem ogólnie o zakresie tego przedsięwzięcia i jego problemach, ale to wszystko. Powielarnie, które były otrzymały kryptonim, -„piekarnie”, potrzebowały podstawowych materiałów takich jak papier, farby matryce. O te materiały było wyjątkowo trudno, bo materiały te podlegały szczególnej kontroli przez służbę bezpieczeństwa Państwa. W branżowych sklepach można było nabyć niewielkie ilości tych materiałów, ale to było kroplą w morzu potrzeb. Te materiały musiały być dostarczone do tych „piekarń” i również odbierane w nierzucający się sposób. Do większego problemu należało dostarczenie samego źródłowego tekstu redakcyjnego. Tekst, który powstawał tu w Polsce, nie przysparzał większych trudności, trudnością było sprowadzenie tekstu z zagranicy –Brooklynu, co wymagało już pewnego zabiegu. Strażnica, a raczej jej tekst, nie był redagowany tu w Polsce. Oryginalne Strażnice w dwóch wersjach językowych, polskim i angielskim przez Berlin dostarczane były do NRD. Przemyt przez granicę był brany pod uwagę, ale ze względów bezpieczeństwa, był ograniczony, dlatego uruchomiono normalną pocztę. Na terenie Niemiec, Strażnice były rozdzierane na pojedyncze kartki i zwykłym listem przesyłane na różne adresy w Polsce (każda pojedyncza kartka do innego odbiorcy). Tu w kraju były łączone i odpowiednio obrabiane poligraficznie. Jako ciekawostką jest to, że tu w Polsce nie wykorzystywano oryginalnej Strażnicy w polskiej wersji językowej, lecz korzystano z wersji angielskiej tłumaczonej przez polskich tłumaczy.

Niestety taka działalność była narażona na wpadki, i takie wpadki się zdarzały. Tu i ówdzie, taką „piekarnie” władze czasem wykryły. Był to chwilowy uszczerbek, ale nigdy nie sparaliżowało to działalności na większą skalę. Wpadali kurierzy, wpadali też i terenowi działacze, wpadłem też i ja. Pierwszą wpadkę zaliczyłem w dniu 2 listopada 1952 roku we wsi Sosnówka koło Twardogóry. Miałem szczęście wyzbyć się przedtem wszelkiej trefnej literatury i innych niewygodnych notatek, adresów itp. Przekazano mnie do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, w Sycowie skrócie –„UBP”. Ten powszechnie znany skrót tej instytucji, nie kojarzył się nikomu zbyt przyjemnie. Nie będę opisywał w szczegółach tego „miłego” tam pobytu, bo miałem trochę trudności w „przekonaniu” tych „smutnych” panów, z jakiego powodu, znalazłem się tak daleko od mojego miejsca zamieszkania. We wciskany im kit o tym, że przyjechałem do narzeczonej (w domu, w którym mnie zatrzymano była młoda dziewczyna- „siostra”), nie mieli zamiaru uwierzyć, bo jakże to możliwe szukać narzeczonej w takiej odległości, jakby bliżej nie było dziewcząt, a dodatkowo „narzeczona” nie znała mojego nazwiska. Wreszcie ci „smutni” panowie, doszli do wniosku, że lepiej będzie, gdy „uwierzą” w moje bajery i zwolnią mnie, ale dadzą mi „ogon”. Była to, jak się domyślam decyzja przedstawiciela wojewódzkiego funkcjonariusza UBP z Wrocławia, który przeprowadził zemną „przydługą” rozmowę. Rzeczywiście po wyjściu, „ogon” towarzyszył mi na każdym kroku, musiałem przycichnąć, jak i ograniczyć kontakty. Były też inne powody wynikające z ostrożności organizacji, była to swoista kwarantanna mająca na celu przetestowania osobnika, czy jest „czysty”. Musiało upłynąć jeszcze około sześć miesięcy, gdy z pewną ostrożnością włączyłem się od nowa w działalność. Od tej chwili zaczyna się drugi rozdział mojej konspiracyjnej działalności w Organizacji.

Na drodze stanęła poważna alternatywa. Jesienią 1953 roku otrzymałem powołanie do odbycia zaszczytnej służby wojskowej w obronie Ludowego Państwa Polskiego. Po odpowiedniej rozmowie w kręgu Organizacji, miałem do wyboru właściwie trzy możliwości. Iść i odsłużyć zaszczytną służbę, co równałoby się z wykluczeniem z Organizacji i narazić się na ostracyzm, oddać się w paszcze lwa i odsiedzieć, czym Polska Ludowa bogata, lub? Wybrałem to „lub”. Otwartą paszczę lwa zostawiłem na okres późniejszy, na zasadzie, co ma wisieć nie utonie. Więc to „coś” zaczęło na mnie wisieć i tak sobie dyndało. Była to możliwość ukrywania się, którą gwarantowała Organizacja, za świadczenie usług na jej potrzeby. Takich delikwentów jak ja, było wielu, a chętnych jeszcze więcej, ale Organizacja nie brała wszystkich jak leci. Preferowani byli szczególnie ci, którzy działalnością byli zaangażowani wcześniej.

Dostałem inny teren działania, gdyż na poprzednim byłem spalony. Nowy teren to mniej więcej Kluczbork – Olesno – Krzepice. Zadanie takie samo jak poprzednio. Późną jesienią lub wczesną zimą na przełomie 1953/54 otrzymałem polecenie wyjazdu na organizowany kurs dla Sług Obwodów. W wyznaczonym dniu miałem dojechać i wysiąść na stacji kolejowej Bukowno. W holu dworca Katowice, przepraszam w Stalinogrodzie, spotykam Janusza Scheidera, syna Sługi Kraju, który odsiadywał już wyrok dożywotniego więzienia za szpiegostwo i wywrotową działalność w kraju na, zlecenie imperializm amerykańskiego. Prokurator żądał dla niego kary śmieci, ale sąd ostatecznie zesłał go na dożywocie. Porozumiewamy się bez słów, ale nie witamy się w obawie, czy nie mamy przypadkowo „ogonów”, szczególnie Janusz taki ogon mógł ciągnąć za sobą. W pociągu wchodzimy do tego samego przedziału. Wydaje się nam, że „ogonów” niema, i rzeczywiście, nie było. Nigdy nie miałem sposobności rozmawiać z nim osobiście dłużej, mimo, że znaliśmy się już od dość dawna. Byłem przekonany, że jadę z wielkim autorytetem, bo nazwisko raczej do tego skłaniało, tymczasem w rozmowie Janusz okazał się bardzo zwykłym młodym chłopakiem, ze wszystkimi przypadkami, jakie przysługują temu wiekowi. Był moim rówieśnikiem, miał te same rozterki, te same nurtujące go niepewności i też nie znał wszystkich odpowiedzi na stawiane sobie pytania. Wdaliśmy się w zawiłe dociekania, oczywiście na tyle „zawiłe”, ile mogą dysponować wiedzą dwudziestoletni młodzieńcy, którzy odkrywają świat na nowo i mających własną wizję. Zaimponował mi bardzo, kiedy na wiele stawianych pytań, odpowiedział po prostu -NIEWIEM.

Stacja Bukowno jest małym, przystankiem osobowym. Ludzi jest tu w miarę dużo, ale są to tylko przejezdni, w większości powracający z pracy, ponieważ jest już późne popołudnie, więc właściwie tylko wchodzą z peronu na poczekalnie i wychodzą. Nie wiemy co ze sobą zrobić, zbyt mocno rzucamy się w oczy, czujemy się trochę nie swojo. W perony wjechał następny pociąg, wysiadło z niego sporo ludzi, a wśród nich brat Romek vel „Roman” z okręgu i jeszcze ktoś, kogo nie znamy, ale wyraźnie zauważamy, że są razem. Trochę się zatrzymali, niby przy rozkładzie jazdy. To ich zachowanie odczytaliśmy, że mamy przyzwolenie, aby iść za nimi. Oczywiście zaraz za nimi wychodzimy, ale trzymamy ich na odległość wzrokową. Domów jest tu niewiele, stoją w znacznej odległości od siebie, robi już się trochę szaro, więc wytężamy wzrok, żeby ich nie zgubić. Weszli do jednego budynku, który stał w znacznej odległości od innych. Zwalniamy kroku, bo już wiemy gdzie wejść. Jeszcze parę kroków i już jesteśmy na miejscu. Brat Romek zrobił nam reprymendę, że powinniśmy zostać na stacji dopóki ktoś po nas nie przyjdzie. Ostatecznie zostajemy. Wciągu wieczora doprowadzani są następni kursanci i wreszcie jesteśmy w komplecie. Wśród kadry wykładowców, oprócz znanego mi „Romana”, jest jeszcze w starszym wieku prawie legendarny brat „Jakub”, o którym już wiele słyszałem, ale teraz poznaje go osobiście po raz pierwszy. Nigdy już potem więcej go nie spotkałem, ale ten pseudonim będzie tu jeszcze wymieniany w różnej konfiguracji. Pozostałych widzę tu po raz pierwszy i nie będzie to spotkaniem ostatnim.

Zajęcia rozpoczynają się od rana dnia następnego, bowiem jesteśmy na pierwszym historycznym zorganizowanym po zakazie, ogólno-krajowym kursie dla sług obwodów. Wykładowcy przekazują nam materiał instruktarzowy, dotyczący różnych zagadnień pracy sług obwodów: -właściwa postawa w zborach, problemy w zborach, w tym postępowanie w różnych sytuacjach z głosicielami, sługami zborów, pionierami, jak prowadzić dochodzenia w stosunku do niezdyscyplinowanych, czy wręcz do „grzeszników” w znaczeniu szeroko pojętym. Nasz stosunek do „sióstr” zwłaszcza młodych wiekiem oraz wzajemny stosunek młodzieży obojga płci między sobą, chodzi szczególnie o moralność itd., itp. wskazówek. Dowiadujemy się też, jakie spadają na nas obowiązki z zakresu gospodarowania mieniem należącym do Organizacji. Każde inne niedociągnięcie może być potraktowane z pewny zrozumieniem, natomiast każde nie rozliczenie się z pieniędzy należących do Organizacji, będzie potraktowane, jako ciężkie naruszenie dyscypliny, z natychmiastowym zwolnieniem ze służby, a nawet wyłączeniem z Organizacji. Otrzymujemy bardzo rygorystyczny instruktaż rozliczania pieniędzy pochodzących z darowizny, czyli datków comiesięcznych od braci w zborach, znanych pod kryptonimem „rosa”. Z zebranych pieniędzy mamy pozostawić sobie, wydatki na podróże. Wydatki te są limitowane, podlegają rozliczeniu na osobnym wykazie. Co miesiąc odpowiednią sumę możemy uzupełniać do posiadanego limitu. Przekroczenie limitu, wymaga pisemnego wyjaśnienia. Co miesiąc mamy prawo do pozostawienia dla siebie na cele osobiste, sto złotych, z których nie musimy się rozliczać. Nie bardzo wiem, jaka to była suma w przeliczeniu na dzień dzisiejszy, ale przypuszczam, że była to wartość około 50 współczesnych złotych. Resztę „rosy” należało przekazać Organizacji. Istniało jeszcze jedno uciążliwe rozliczenie, to miesięczne rozliczenie czasu naszej pracy w obwodzie (chodzi o rozliczenie się z każdego dnia co robiliśmy), potem to rozliczenie zostało zniesione. Wikt i opierunek mamy zapewniony na miejscu w zborach i ten ciężar spadał na braci, którzy mają „przywilej” nas goszczenia. Był pewien problem z odzieżą, która ulegała niszczeniu, ale o tym później. Na razie, na kursie mamy zapewnienie, że te sprawy będą rozstrzygane indywidualnie na zasadzie, „każdemu według. potrzeb”. No cóż, jak na konspiracyjne możliwości, całkiem przyzwoicie. Otrzymujemy przydziały do obwodów, i… w teren!

Pierwszy miesiąc, oswajam się z nową pracą. „Stary” sługa obwozi mnie po terenie, zapoznaje z braćmi, on jest zdającym, ja przyjmującym teren. Teraz mam możność z autopsji zapoznać się jak należy robić sprawozdania dla okręgu itp. wymogi. Na koniec miesiąca, bracia Słudzy Zborów, przywożą sprawozdania, tzw. „owoc” ze znaną nam już „rosą”. Stary sługa zapoznaje mnie ze wszystkimi i odbiera od każdego przywieziony „owoc”. Wnika w każdy szczegół i ocenia: -Tak bracie: -masz wzrost w godzinach, ale nie przybyło ci głosicieli. Masz tyle samo, co w ubiegłym miesiącu, no nie postarałeś się. Czy nie udało się jeszcze coś wyrwać? Sługa Zboru przedstawia swoje możliwości i wyjaśnia, że mam jednego, ale ten jeszcze się nie nadaje, trzeba poczekać, może w przyszłym miesiącu. No, to ile planujesz  pozyskać głosicieli w przyszłym miesiącu? Pyta go „stary” sługa, - no, może tego jednego…, oddaje „rosę”, jest wolny. Podchodzi następny delikwent. Rozmowa toczy się podobnie. Ooo, ty masz wzrost dwóch głosicieli zachwyca się „stary” sługa, no widzisz jak ładnie? Klepie sługę zboru po ramieniu…, i godzin też więcej ciągnie dalej. A na przyszły miesiąc ile planujesz? Sługa zboru się zastanawia, trochę myśli, potem dodaje –na razie nic nie przewiduje może coś się uda, ale nie mogę gwarantować. Ale coś musisz zaplanować, pomyśl. S|ługa Zboru myśli chwilę, potem mówi nooo, może jednego. Bez słowa odbiera „rosę”. Tak mniej więcej przebiega rozmowa z pozostałymi sługami zborów.

Przygotowanie sprawozdania dla okręgu polega na zestawieniu zebranych danych. Sprawozdanie jest lekko dodatnie w godzinach, ale w głosicielach jest stagnacja. Trochę nie dobrze, powinien być wzrost komentuje mój wprowadzający mnie w tajniki tych zagadnień. Jak inni słudzy obwodów będą mieli podobne wyniki, to jakoś przejdzie, ale jak będzie inaczej, trzeba będzie wysłuchać trochę przykrości –skomentował na zakończenie.

Jedziemy na spotkanie w okręgu. Jest nas około 15 sług. Przekazanie naszego „urobku” odbywa się mniej więcej podobnie jak opisałem to wyżej, lecz trudniej przebiega wyjaśnienie, dlaczego tak mało głosicieli. No bracie L. zwraca się już do mnie brat „Janek” sługa okręgu. Masz tam duże zadanie na tym terenie. Tam są duże możliwości, ale trzeba trochę popracować, mamy w tobie nadzieje, że podołasz. Główna reprymenda jest dopiero w wykładzie podsumowującym. Każdy obwód podlega indywidualnej ocenie. Są wykresy, na których każdy obwód zajmuje tu swoje przynależne miejsce w zależności od wzrostu czy spadku. Od następnego miesiąca, ja będę ponosił odpowiedzialność. Obwody i Słudzy Obwodów, warci są tyle ile przyniosą do okręgu na koniec miesiąca. Łatwiej jest rozliczyć pieniądze z „rosy”. Tu wystarczy dobrze policzyć pieniądze, przedstawić wymagane rozliczenia i wszystko jest OK. Jeżeli nie masz wzrostu w głosicielach, godzinach, rozpowszechnionych publikacji, jesteś na pozycji straconej, masz przechlapane, i wcale nie jest ważne, że w ubiegłym miesiącu przywiozłeś ileś tam więcej, to byłeś gloryfikowany i klepany po plecach przed miesiącem. W tym miesiącu się nie popisałeś, więc reprymenda ci się należy jak psu zupa.

Cztery Okręgi, o których wspomniałem już wcześniej, w międzyczasie uległy rozdrobnieniu, a za tym, poszły również i Obwody. Miało to usprawnić działalność w tej nowej sytuacji, tym bardziej, że Organizacja otrzymała drugi poważny cios. Zostało aresztowane ciało kierownicze z tego drugiego obiegu już w podziemiu, na czele, którego stały takie postacie jak: znany nam już – Jan Lorek, Tadeusz Chodara, Józef Cyrański, i Władysław Szklarzewicz. Kwiatosz Edward był aresztowany razem z Scheiderem, ponieważ na krótko przed likwidacją Organizacji w roku 1950-tym, to właśnie oficjalnie Kwiatosz Edward występował na czele komitetu kierownictwa w Łodzi przy ul. Rzgowskiej 24. Było to związane ze złożeniem wniosku o rejestracje. Jestem zobowiązany wyjaśnić, że na przełomie 1949/1950, władze polskie wymagały, aby wszystkie organizacje, zrzeszenia, stowarzyszenia, związki różnego rodzaju, w tym wszystkie związki wyznaniowe działające na terenie PRL (wtedy jeszcze RP), wystąpiły z wnioskami o formalne zarejestrowanie swojej działalności. W złożonym wniosku, decydującą rolę o jego przyjęciu lub odrzuceniu, była klauzula o uznaniu przez składającego wniosek, że jedyną kierowniczą rolę w Polsce, spełnia partia, którą jest PZPR. Takiej klauzuli zabrakło we wniosku złożonym przez „Towarzystwo Świadków Jehowy (Badacze Pisma Świętego)”. Właśnie brak tej klauzuli, ówczesne władze polskie wskazywały, jako główną przyczynę rozwiązania, jak i zakazu działalności na całym obszarze Polski.

Aresztowanie tych osób (tego „drugiego garnituru”), było dość poważnym ciosem. Trzeba było sięgnąć po „trzeci garnitur”. Z jakiej półki był zdjęty ten następny lub nowy garnitur, jest mi już nieznane. Nazwiska nigdy się już nie pojawiały, występowały natomiast imiona: Edward (Edek), „Romek” i dość często pojawiało się imię „Jakub”, a w tle pojawiał się jeszcze „Andrzej”. Do tych postaci jeszcze wrócimy już z nazwiskami przy innej okazji, szczególnie dużo miejsca zajmie nam „Andrzej” znany szerzej jako „Olek”. Znałem jeszcze wiele innych osób z okolic kierowniczych, o różnych imionach, których nie pamiętam, ale nigdy te postacie nie „miały” określonych funkcji, przynajmniej o tym się nie mówiło. Wymienione imiona były zawsze poprzedzane słowem „brat”. Brat „Jakub”, którego widziałem tylko raz na wspomnianym już kursie, musiał być w tedy kimś szczególnym, bo z jego opinią bardzo się liczono. O bracie „Jakubie” w późniejszych latach było jeszcze dość głośno, ale wymieniany był już bez początkowego zwrotu „brat”. Do tego brata „Jakuba”, czy tylko „Jakuba”, jeszcze wrócę, Znowu ta dygresja, ale jest to potrzebne żeby zrozumieć tamte czasy i poznać tajemnicze postacie mające wpływ co działo się w ogóle w Organizacji na samej górze i na samym jej dole.

Niepohamowana pogoń za ciągłym wzrostem stawała się wtedy obsesją, udzielającą się prawie wszystkim –to było wprost chorobliwe. Jedyne rozmowy jakie toczyły się między wyższą hierarchicznie postawioną postacią, a tą niższą, dotyczyły tylko osiąganego wzrostu i jego przewidywaniu. O wzroście należało śnić, ze wzrostem należało żyć, o wzroście należało pamiętać i to nie w przenośni, ale dosłownie. Należało pamiętać ile mam głosicieli, ile przybyło, ile godzin, odwiedzin, rozpowszechnionej literatur. Jeżeli czegoś nie pamiętam, i korzystam z notatki, jestem po bratersku upomnianym, że zaniedbuje sprawy Królestwa. Bywały przypadki, i to wcale nie rzadkie, że delikwent, który nie zadowolił swojego pryncypała z okręgu, jechał szukać brakujących głosicieli na swoim terenie, aby wciągu jednego, czasem dwóch dni dostarczyć brakujących do statystyki głosicieli. Nasza pozycja w okręgu, czy może jeszcze wyżej, zależała od dostarczania (wyciskania od sług zborów) upragnionych głosicieli, inne walory miały znaczenie drugorzędne. Ta presja na ciągły wzrost zaczęła ciążyć. Dwóch moich kolegów, przepraszam –pojęcie kolega, nie funkcjonowało, było to zbyt światowe. Po prostu zrezygnowało z bycia Sługą Obwodu. Dochodził jeszcze dodatkowo, swoisty zamordyzm, polegający na tym, że jakakolwiek wymiana myśli między sobą, najczęściej kończyła się rozmową i reprymendą braci z okręgu. O tym przekonałem się osobiście, przestałem ufać komukolwiek, przestałem się zwierzać z osobistych rozterek i kłopotów, czy nawet spostrzeżeń, bo jak się przekonałem, nie o wszystkim powinienem wiedzieć i się interesować, nawet jeżeli -to jest w zasięgu moich obowiązków. Poniżej opowiem o pewnym incydencie, za co po bratersku pogrożono mi palcem.

Na terenie obwodu, na którym miałem przywilej służyć (tak to się w tedy wzniośle określało), na terenie jednego Zboru, mieszkała rodzina. Własny duży, obszerny dom. Dobrze utrzymany na zewnątrz i wewnątrz, zresztą na Śląsku, w tedy nie było to czymś nadzwyczajnym. Rodzina składała się z ojca, matki i córki. Ojciec pracował (gdzie?), Matka, jako gospodyni w domu. Córka dorosła, podobno miała problemy zdrowotne, zarabiała na siebie pracą w domu, trudniła się malarstwem, reprodukcje itp., w każdym razie czasem też korzystałem z jej pracy. Córka bardzo dystyngowana dama, zresztą matka też, ale tylko córka była Świadkiem Jehowy, tymczasem matka i jej ojciec nie przejawiali w tym kierunku zainteresowania. Córka bardzo rzadko opuszczała dom, na zebrania do Zboru przychodziła też bardzo sporadycznie, ale swoje godziny z pracy „głoszenia prawdy” jakoś dostarczała, do dziś nie mam pojęcia jak to robiła, tym bardziej, że Sługa Zboru był w tym domu non persona grata. Jak można zauważyć same znaki zapytania -odpowiedzi? Żadnej. Kto i w jakich okolicznościach mnie tam zaanonsował, już nie pamiętam, dość na tym, że miałem tam wstęp nieograniczony, z którego raczej korzystałem oszczędnie. Zawsze wpuszczała mnie gospodyni domu i otwierając drzwi do pokoju córki, anonsowała –Basiu masz gościa! –Zaraz potem zamykała drzwi i przepadała w przepastnych zakamarkach domu. Ojca widziałem raz lub dwa, ale nigdy nie widziałem jego twarzy. Siostra Basia była bardzo miłą osobą, niewiele mówiła, nie zadawała też zbędnych pytań, ale gdy rozmowa potoczyła się na jej rzemiosło, stawała się ożywiona i chętnie pokazywała swoje prace. Nigdy nie przebywałem tam więcej niż godzinę, czasem przedłużyło się do półtorej godziny, ale to już szczyt. Pewnego razu siostra Basia pyta mnie tak zupełnie w swobodnej rozmowie -czy czasem spotykasz się z… bratem Olkiem? Nie widziałem w tym pytaniu nic nadzwyczajnego, bo na tym terenie tu był jeszcze przede mną, a znając go osobiście, byłbym raczej zdziwiony, gdyby ten dom przeoczył. Rzuciła też jakby zupełnie normalnie, o tym, że przebywał tu nawet ze swoją żoną.( o Olku będzie tu jeszcze więcej bo to szczególna postać) W pewnej chwili podeszła do sekretarzyka, wyjęła z niego album ze zdjęciami i podała go mnie do obejrzenia. Zdjęcie Olka z żoną, które zobaczyłem, nie było dla mnie czymś dziwnym, pomimo, że może te zdjęcia były trochę zbyt pretensjonalne. Zdziwiło mnie tylko to (jak go znałem), że ze względów konspiracyjnych kamery raczej unikał, a tu taka zmiana? Wrażenie zrobiło na mnie dopiero to, gdy na następnych zdjęciach zobaczyłem, nie mniej nie więcej, ale moich bezpośrednich przełożonych braci z okręgu w dość, niedwuznacznym ubiorze jak na braci przystało, których spotykałem na comiesięcznych odprawach i często odbieram od nich reprymendę.

Próbuje kojarzyć pewne przypadki i w pewnej chwili przypomina mi się dość dziwne spotkanie z bratem „Romkiem”, na ulicy miasta. Zastanawiam się skąd się tu znalazł. Przecież normalnie powinienem o tym wiedzieć. Zauważył moją konsternację, może i sam poczuł się w niezręcznej sytuacji. Pomimo, że o nic go nie zapytałem jak bym śmiał, wyjaśnił, że jest tu zupełnie przypadkowo i nic ode mnie nie potrzebuje. O tym spotkaniu zupełnie zapomniałem, dopiero zdjęcia, przywołały z pamięci to dziwne zdarzenie na ulicy, ale dalej było to dla mnie zagadką, której nie potrafiłem wyjaśnić. Zagadkę udało mi się rozwikłać dopiero drogą dedukcji w późniejszym okresie.

Nad moją głową zaczęły zbierać się czarne chmury, gdy pewnego razu w rozmowie z bratem „Tadeuszem” rozmawialiśmy o tym, jak podnieś wydajność -chodziło konkretnie o ilość godzin, które zdaniem braci w okręgu poważnie się zaniżały. Wyjaśniam, że brat „Tadeusz” też jeden ze Sług Obwodu, pełnił rolę takiego dziekana wśród proboszczów, taki nad sługa. Chodziło konkretnie jak rozruszać tych „jednogodzinnych” głosicieli, bo ci bardzo zaniżali współczynnik średniej. Wtedy, trochę z nadgorliwości, a trochę chciałem się wykazać, palnąłem: -jak można podrywać do wydajniejszej pracy, gdy… i tu powiedziałem o widzianych zdjęciach u siostry Basi, a Sługa Zboru do niej niema dostępu, ona daje jedną godzinę na miesiąc, albo i na dwa miesiące.

Odzew tej rozmowy, miałem już przy najbliższej miesięcznej odprawie w okręgu. Nie powiedziano mi wprost, o co konkretnie chodzi, ale padające „odpowiednie” wstawki, były wyraźną aluzją do rozmowy z bratem Tadeuszem. Zdawałem sobie sprawę, że w konspiracji nie we wszystkie przypadki powinienem być wprowadzony i tak ostatecznie tą rozmowę potraktowałem. Tymczasem było to pogrożenie palcem. Następnie oznajmiono mi, że przyjedzie do mnie brat „Sławek” i będzie mi pomagał, w usprawnianiu pracy, aby zwiększyć wydajność. Brata „Sławka” znałem z comiesięcznych odpraw, był takim samym jak wielu z nas, no, ale, jak ma uzdrawiać… pewnie bardziej doświadczony, więc…

Brat „Sławek” nie robił nic, po za tym co robiłem sam dotychczas, z tym tylko, że teraz było nas dwóch. Jedyne, co było różne miedzy mną, a nim to tylko to, że on „musiał” często wyjeżdżać. Gdzie i po co? Po pewnym czasie z orientowałem się, że brat Sławek jest po prostu moim aniołem stróżem i każde moje zachowanie, czasem zupełnie ludzkie, takie jak zmęczenie, lub nawet moje reakcje na jakieś tam drobiazgi znane są braciom w okręgu. Był to drobiazgowo zbierany materiał, tylko, że ja nie miałem zielonego pojęcia poco. Różne myśli kłębiły mi się w głowie, ale w dalszym ciągu nie wiedziałem, co może być grane. Zmieniło się tylko nastawienie, co do wydajności, bo od czasu, gdy brat Sławek był zemną, w okręgu, nie miałem już tego problemu, co przedtem.

W między czasie rozwikłałem tajemnicę siostry Basi. Braci objazdowych na moim terenie pojawiało się często, więc nie było to niczym nadzwyczajnym, że często kwaterowaliśmy razem w tej samej rodzinie braci gospodarzy. Te nagłe zjawianie się braci z okręgu, czy tylko? Były czasem uzależnione od sytuacji politycznej w kraju, zwłaszcza wybory, czasem od jakiejś akcji milicyjnej, itp. Wtedy ci bracia korzystali z kwater „stuprocentowych”. Znaczyło to, że tu można było przeczekać najtrudniejszy okres, będąc pewny, że nikt w nocy nie zapuka, aby sprawdzić stan mieszkańców, albo dom był tak przygotowany, że kryjówka była nie do wykrycia. Takie akcje miały często miejsce, i właśnie w takiej jednej okolicznościowej akcji milicyjnej, zostałem zatrzymany, ale o tym później. Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Najbezpieczniejszą kryjówką był dom lub mieszkanie, gdy ktoś z domowników nie będąc Św., Jeh., ale był zatrudniony blisko organów władz partyjnych lub ścigania, w myśl przysłowia –najciemniej jest pod latarnią. Jak z tego widać, nie wszyscy „światusy” byli zdeklarowanymi przeciwnikami, a bywało, że stąd pochodziły nawet przecieki o planowanych akcjach. Właśnie dom siostry Basi był jednym z takich pewnych miejsc azylu dla braci z górnej półki, a ja nie wiedząc o tym, zwróciłem uwagę starszyźnie, że coś wyniuchałem, o czym nie powinienem wiedzieć. Takich „oaz świętego spokoju” było trzy –dwie na moim terenie, ale tylko o jednej miałem, jakie takie pojęcie, druga była na terenie mojego sługi przełożonego „Tadeusza”, a o domu siostry Basi dowiedziałem się całkiem przypadkowo od brata z górnej półki, który wygadał się nie wiedząc, że nie jestem wtajemniczonym.

Nie miałem pretensji, do nikogo, że takie miejsca istniały, o których nie wiedziałem, w konspiracji jest to zupełnie zrozumiałe, natomiast było mi przykro, że z tego powodu miałem przykrości, nie mniej, nie więcej, tylko od swoich braci w wierze. Zresztą nie sam fakt wejścia w posiadanie takiej wiedzy przeze mnie, było przyczyną moich kłopotów, w końcu posiadałem różną wiedzę konspiracyjną. Kłopot moich braci polegał na tym, że odkryłem coś, co nie przystawało z głoszoną poprawnością, a dotyczyło braci z górnej półki. Na wykładach, i w Strażnicy, przekazywane są wytyczne, jak doskonale powinniśmy nienawidzić naszych nieprzyjaciół ze świata, a tymczasem im nie przeszkadzało, tam szukać azylu. Stąd moi „aniołowie stróże”, mieli wysondować, jakie jest moje nastawienie do takiej –dość niezręcznej sytuacji, wręcz hipokryzji. Dodam, że na tak dosadne określenie pozwalam sobie dzisiaj, wtedy takiej sprzeczności jeszcze nie widziałem, a nawet przypominało mi to wybiegi samego Dawida z okresy jego banicji.

Przepraszam, że tą część poprzedzam dość przydługim wstępem, z pozoru odbiegającym od tematu. Poniżej chcę się ustosunkować do czytania wydawnictw Organizacji, a szczególnie do Strażnicy. Czytanie Strażnicy jest tyle „budujące”, co „niebezpieczne” właśnie dla zdeklarowanych Ś. J.. Budujące czytanie jest wtedy, gdy Strażnica jest „rozbierana” na zebraniach przeznaczonych do studium Strażnicy.(teraz słowo „rozbieranie strażnicy” pewnie nie funkcjonuje, ale w tamtym czasie używano go w wielu zborach prawie nagminnie) Niebezpieczna jest dopiero wtedy, gdy czytana jest indywidualnie w ciszy i spokoju, bo wtedy można przeczytać to, co jest w niej napisane, ale jest czas na zastanowienie się nad tym, czego tam niema. Stąd moja rada dla gorliwych, Strażnice czytaj tylko przed pójściem na zebranie studium Strażnicy, przygotuj się do odpowiedzi na postawione w niej pytania i na tym poprzestań. Według mojej najświeższej wiedzy, w/g najnowszego zalecenia CK, -należy zaniechać nawet tę moją ostatnia poradę. 

Strażnica to instruktażowy podręcznik, do udowodnienia postawionej tezy. Spostrzegawczy czytelnik zauważy, że każdy artykuł w niej napisany, zawsze oparty jest na pewnym technicznym szablonie, sugerującym czytelnikowi, że przedstawiony materiał jest tu rzetelnie i obiektywnie udowodniony: -1) wstęp, -2) część główna, -3) zakończenie. Część główna ma zawsze dwie wartości, pozostałe dwie, na początku i na końcu, posiadają po jednej wartości. W części pierwszej zawsze jest postawiona teza, którą należy udowodnić. W pod części pierwszej,- części główniej, są wyłuskane problemy, które chcą uchodzić za prawdziwe. W pod części drugiej, części głównej, następuje druzgocąca rozprawa z fałszywymi dokumentami. W część ostatniej –zakończenie, następuje tryumf zwycięstwa prawdy nad kłamstwem.-. Ten zbyt techniczny wywód, może uchodzić trochę za zagmatwany, ale taki szablon, występuje w każdym numerze Strażnicy. 

Dalsza obróbka każdego poruszanego tematu, to opracowane pytania i odpowiedzi. Każdy akapit zaopatrzony jest w pytanie, na które należy odpowiedzieć. Znalezienie odpowiedzi nie stanowi trudności, bo można ją bez trudności znaleźć w akapicie. Jak już napisałem w pierwszym rozdziale tych moich opisów, z wymienioną tam siostrą, zawsze potrafiliśmy wychodzić po za ramy takiego szablonu, co niby poszerzało naszą wiedzę. Taką metodę wprowadzałem też przy tzw. „rozbieraniu” Strażnicy, czyli studium, zawsze, gdy na takowym byłem. Takie studiowanie, bardzo się podobało, bo bardziej było ożywione i pozwalało na bardziej osobisty i abstrakcyjny sposób myślenia. Muszę się jednak bić w piersi, że nie wiedząc, wchodziłem na grząski grunt, ale wtedy dawało to niezłe rezultaty, w każdym razie to pomogło mi wyjść z opresji, i rozwiać czarne chmury, gdy te zgromadziły się nad moją głową. 

Zostaliśmy powołani na specjalny kurs dokształcający Sług Obwodów. Nie wiedziałem, że ta podróż miała być z założenia, podróżą w jedną stronę. Były to dwa dni, dość nie zwykłe, bo niebyły to tradycyjne wykłady, lecz coś w rodzaju sprawdzianu. Były prace w zespole polegające na wspólnym rozwiązaniu jakichś postawionych problemów, należało ustosunkować się do jakiegoś nietypowego zagadnienia, trzeba było wypełniać jakieś przygotowane formularze, coś w rodzaju testów. Każde wykonane zadanie było potem omawiane i najczęściej zespołowo oceniane. Ostatni dzień był najtrudniejszy, bo należało już całkowicie pracować na własny imag. Prowadzący zajęcia, rzucał jakiś temat, i nie wywoływał kogoś z kursantów do odpowiedzi, lecz kursant, jeżeli uważał, że potrafi się znaleźć w danym temacie, zgłaszał się sam. Nie wiem jak wypadłem w poprzednich testach, lecz tutaj byłem prawie w swoim żywiole. Padały takie zagadnienia, jak ewolucja, sprawa córki Jeftego i innych trochę kontrowersyjnych postaci, czy innych zagadnień, których nie mogę już pamiętać. Tu liczyło się wszystko: czas, w jakim zgłosił się delikwent do odpowiedzi, prawie natychmiastowe znalezienie odpowiedniego cytatu w biblii, oraz uzasadnienie podanego przez siebie wywodu. Tutaj okazała się pomocna moja znajomość, z wiedzy o -Strażnicy, o czym musiałem we wstępie zanudzać czytającego teraz, ten opis. Wzorem Strażnicy, doskonale umiałem żonglować różnymi wsparciami ze trony różnych „autorytetów” jak też i przekładami biblii. W tamtym czasie, gdy nie było, jeszcze przekładu N Ś, taką żonglerką można było udowodnić każdy niewygodny temat. W tym akurat byłem dobry, a może nawet zbyt dobry, bo właśnie czytanie Strażnicy stało się powodem moich dociekań, a potem już prostą drogą do opuszczenia Organizacji. Pamiętam stare powiedzenie mojej Babci -kto umie na piśnie ten do piekła się ciśnie.   

Na zakończenie kursu, każdy z nas był odwoływany na osobną rozmowę i tam mógł dowidzieć się o wyniku. Mnie zawołano, jako ostatniego. Byłem trochę pod wrażeniem, czułem ciężar kłębiących się nade mną chmur, nie wiedziałem tylko, co usłyszę, a samo wezwanie mnie, jako ostatniego zwiastowało coś, zagadkowego. Niepokój mój się potęgował, bo nie zostałem poproszony zaraz, jako następny, lecz upłyną pewien czas. Wreszcie mogę wejść. Brat, nie winem, który jest tu starszy, bo tego nigdy się nie podawało, imion też nie pamiętam, gdy usiadłem odzywa się mniej więcej tak: -cytuje z pamięci -bracie L, ty nas tu wszystkich oczarowałeś -w pierwszej chwili nie wiedziałem, co ta wypowiedź miała dla mnie znaczyć, byłem nawet pewny, że czeka mnie nowa reprymenda, tylko, za jakie przewinienie. Szybko w myślach szukałem, o co może chodzić i równocześnie podświadomie szukałem, czym mogę się obronić. –nie posiadamy się z zachwytu z posiadanej przez ciebie wiedzy. Musimy ci powiedzieć, że tu mieliśmy sprawdzić twoje kwalifikacje i powiedzieć ci, że nie nadajesz się na Sługę Obwodu, tymczasem ty okazałeś się prymusem. Przyznajemy, że coś innego wiedzieliśmy o tobie. Ten zwrot -„coś innego wiedzieliśmy o tobie” dał mi do zrozumienia i wyjaśnił wszystko, co opisałem wcześniej. -Zaraz dostaniesz przydział na inny obwód, bo tu już nie możesz zostać. To ostatnie zdanie było dla mnie bardzo wymowne, domyśliłem się skąd pochodziła ta „wiedza” o mnie. 

CDN


Offline Lebioda

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #1 dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:24 »
Rzeczywiście już w najbliższym czasie otrzymałem nowy przydział. Obwód ten przylegał akurat do mojego poprzedniego. Był tam wakat, bo akurat z tego terenu wskutek aresztowania został zdjęty mój poprzednik. Miał to być przydział tylko tymczasowy, ale jak się później okazało ostatnim moim przydziałem –w ogóle.

Jesień szybko się skończyła i rozpoczęła się zima 1955 roku, a potem pierwsze oznaki zbliżającej się wiosny. Początek wiosny okazał się dla mnie wpadką. Pech, czy co? Dwóch Sług Obwodu zdjętych w tak krótkim czasie? Zbliżała się Pamiątka, więc byłem zaangażowany w to przedsięwzięcie. Trzeba przygotować miejsca, mówców do obsługi takich zgromadzeń, no i najważniejsze, poszukać przede wszystkim głównego atrybutu – czerwonego wina gronowego, którego w tamtym czasie nie zawsze można było osiągnąć. Zrobiłem rozeznanie ile tego trunku potrzeba, następnie spisałem gdzie i komu należy taką porcję dostarczyć, i taką zwiniętą karteluszkę przezornie włożyłem w kieszonkę do zegarka od spodni. Nawał, jaki był z tym związany, w znacznej mierze osłabił moją czujność osobistą. Chciałem wszędzie być, doglądnąć i dopracować każdy szczegół. W tym czasie, władze robiły jakieś porządki związane z ewidencją ludności. Czego one dotyczyły konkretnie nie pamiętam, dość, że milicjanci przychodzili do mieszkańców, sprawdzając ewidencje na gruncie. W jednym takim przypadku, dość zręcznie udało mi się wyjść z takiej opresji, zresztą takich momentów w swojej „krajerze” miałem więcej i każda mogłaby posłużyć za oddzielne opowiadanie, ale to jest temat na inną okazję.

Było to na wsi u brata Św. J. Problem mój polegał na tym, że był to domek składający się tylko z jednej izby. W pewnym momencie przed oknem przewinęła się sylwetka milicjanta, gdyby była druga izba, mógłbym natychmiast tam przejść. Niestety takiej możliwości nie było. Milicjant –oficer w randze porucznika zainteresował się moja osobą. Nie miałem się czymkolwiek wylegitymować. No to pójdziecie zemną –powiedział i wycelował we mnie pistolet. Znalazłem się w sytuacji bez żadnej możliwości wydostania się z opresji. Nagle zdałem sobie sprawę, że moja sytuacja jest taka, jak widać, natomiast gospodarz jest równie w niezręcznej sytuacji, bo jak wyjaśni moją obecność w jego domu nie znając nawet mojego nazwiska. Zadziałał jednak mój refleks. Muszę tu naprowadzić gospodarza, jak powinien zeznawać w śledztwie. Zaczynam milicjantowi wstawiać bajer, opowiadam, że z gospodarzem znamy się z konwencji Św. J., która odbyła się w Częstochowie -rzeczywiście taka była jeszcze krótko przed zakazem -a teraz przyjechałem pierwszy raz go dzisiaj odwiedzić. Milicjant szybko jednak przerwał mi ten bajer –nie gadajcie, to wszystko powiecie już w komendzie. Gospodarz od razu pojął, w czym rzecz. Ja wiedziałem, że podana przeze mnie wersja, jest dla gospodarza komfortowa. Jak się potem okazało w śledztwie, ta podpowiedź uratowała i jemu i mnie wiele przykrych sytuacji. Na komendzie odebrano mi sznurówki, pasek do spodni, wyłożyłem wszystko, co miałem w kieszeniach. Nagle przypomniałem sobie, że przecież w kieszonce przy spodniach mam trefną listę, o której już wspomniałem na początku, że ją tam schowałem. Muszę się jej pozbyć. Manipuluje przy spodniach, tak jest, wydobywam i przerzucam za moje kalesony. Milicjant zwrócił uwagę na moje dziwne zachowanie, -co wy się tak ruszacie –zwrócił się w moją stronę –aa, boo zaczynam dukać, bo bez paska spodnie mi opadają i musze je jakoś podtrzymać –odparłem. Acha –uwierzył –no to teraz się nauczcie nosić spodnie bez paska, bo to długo jeszcze potrwa –zakończył tryumfalnie.

Jestem w celi sam. Ponuro tu, przyjemnie to tu nie będzie –rozmyślam i zastanawiam się teraz, jaki bajer im wstawić i co oni są wstanie kupić. Rozwiązanie podsunęła mi sama milicja i pomogła mi ich ukierunkować. W pewnym momencie otwierają się dziwi, do mojej celi wchodzi jeszcze jeden nieszczęśliwiec taki sam jak ja –macie tu jeszcze jednego odezwał się do mnie, milicjant i natychmiast zamknął drzwi z powrotem. Przybyły wita się zemną i psiocząc na milicje i na co tylko się da psioczyć. Opowiada jak go dzisiaj zwinęli, nie przypominam sobie szczegółów jego opowieści, daje jednak mi do zrozumienia, ze jego sytuacja jest bardzo trudna i nie wie jak to się dla niego skończy. Jego rozmowność daje mi do myślenia, że facet bajeruje i na pewno będzie chciał wiedzieć coś o mnie. Dobrze opowiem mu. Udaję, że jestem bardzo przejęty moją sytuacją –pierwszy raz się tu pojawiłem i już mnie złapali, a mam poważny kłopot, bo się ukrywam, bo nie stawiłem się do jednostki wojskowej, bo w domu już się bałem dłużej ukrywać, bo sobie przypomniałem, że mam tu znajomego, bo tu mnie nie znajdą, bo tu się mogę ukrywać. Tak zasuwam mu to, „bo”, ponieważ takie proste zdania, łatwiej zapamiętać i będzie mógł dość wiernie przekazać swoim wysłannikom, jeżeli sam nie jest po prostu po ludzku milicjantem. Sam się zdziwiłem, że ten mój bajer pomógł mi ominąć wiele nie wygodnych dla mnie pytań. Dość szybko zorientowałem się w mojej sytuacji w zetknięciu się z milicjantem przy aresztowaniu. Trefnych materiałów przy mnie nie znalazł, alibi mam, bo podrzuciłem gospodarzowi jak ma się tłumaczyć, a to, że mnie szukają z powodu nie stawienia się do jednostki, nie musze się wypierać, bo sami szybko o tym się dowiedzą i z tego się nie wykręcę, po prostu jak to już napisałem wcześniej, tu dokonało się to moje „lub” i koniec, kropka.

Śledczy w Zawierciu, bo tam znalazłem się po zatrzymaniu mnie, doszedł do wniosku, że zemnie jest tu niewielki pożytek, a ponieważ dokonane przeze mnie „przestępstwo” nie stawienia się do poboru, nastąpiło nie w jego rejonie, więc zostałem przetransportowany do Wielunia. W sobotę wieczorem byłem już na miejscu. Noc spędziłem w podziemiach komendy powiatowej Milicji Obywatelskie. Była niedziela. Do podziemnej celi od samego rana przez zakratowane okna przedzierał się widok marcowego błękitu nieba, a około południa, wdarł się nawet promień wiosennego słońca. Ostry zgrzyt klucza otwierającego się zamka, uprzytomnił mi, że ten widok za okratowanym oknem nie jest dla mnie. –Wy! Chodźcie! –Zwrócił się do mnie milicjant dyżurny pełniący dzisiaj służbę. Wprowadził mnie do gabinetu oficera w randze porucznika, który w tę niedziele nudził się z braku innych zajęć, więc postanowił „uciąć” sobie zemną pogawędkę, ale jak się potem okazało, był to tylko jego monolog. Przez dwa duże okna, marcowe słońce wypełniło swoim blaskiem cały gabinet, za oknem dostrzegłem jak promienie tego słońca zlizywały już ostanie ostoje śniegu tamtej zimy. Wszystko parowało. –Siadajcie –wskazał mi krzesło. –no i co K… -zwrócił się do mnie –czy wy K…, tak zupełnie dobrowolnie chcecie się w p****ć do kryminału? Czy wam tak dobrze być zamkniętym w tej piwnicy, –tu wskazał palcem na podłogę –gdy tam za oknem słońce co raz wyżej, a wiosna co raz bliżej, czy was nic nie wzrusza, że marnujecie sobie najpiękniejszy okres waszego życia, waszą młodość, dla jakichś tam wmówionych wam utopii? Namyślcie się! Pomogę wam wyjść z tego w co się wpakowaliście, daję wam czas do jutra rana, potem już wam nikt nie pomoże. Wiedziałem że tym pięknym głosem przemawia do mnie Szatan, ale ja się nie poddałem.

Aby nie zanudzać czytelników zbędnymi i nieistotnymi w tym przypadku szczegółami śledztwa, powiem tylko tyle, że znalazłem się w więzieniu śledczym w Łodzi przy ulicy Sterlinga 16. Tam czekałem do rozprawy. W połowie lub pod koniec kwietnia, przybył do mnie oficer prokuratury wojskowej i przedstawił mi jakie ciążą na mnie zarzuty. Dokładnie przeczytał, co zostało ustalone w śledztwie. Zostałem oczyszczony z zarzutów dotyczącej działalności podziemnej na rzecz przestępczej organizacji podziemnej, działającą pod kryptonimem „Świadkowie Jehowy”. Następnie już ustnie, wyjaśnił mi, że wszystkie moje zeznania dotyczące podejrzeń mnie w tym zakresie zostały uchylone, ponieważ moje zeznania potwierdzili wszyscy przesłuchani świadkowie. Jedyny zarzut, który ciąży na mnie, to uchylania się od służby wojskowej, dlatego śledztwo przeciwko mnie zostało zamknięte. Byłem usatysfakcjonowany. Moja strategia podjęta już przy zatrzymaniu, wypaliła w całej rozciągłości. W połowie maja 1955 roku, Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego na sesji wyjazdowej w Łodzi, tak brzmiał pełny tytuł tego poważnego organu, skazał mnie na cztery lata więzienia, za odmowę wypełnienia zaszczytnego, obywatelskiego obowiązku. Muszę jeszcze dodać, że sąd dał mi jeszcze jedną szansę, że jeżeli zdecyduję się zmienić zdanie, wyrok zostanie zawieszony. Na początku czerwca, spacerowałem już na spacerniaku w Sieradzu.

Po trzech miesiącach widzenia nieba tylko przez grube kraty wiezienia śledczego w Łodzi, Sieradzkie Centralne Więzienie Karne przyjąłem jak wybawienie. Spędzić tu cztery lata, nie będzie żadnym koszmarem. Uzbroiłem się w cierpliwość, którą rozłożyłem w czasie -no to git, jakoś wytrzymam. Przecież nie jestem sam, któremu przyszło cierpieć za prawdę, bracia, których przyszło mi zostawić, przecież nie na zawsze, pomogą mi w tych chwilach osamotnienia -mam, na kogo liczyć. Nie jestem przecież zapomniany od Boga i ludzi. Mogę też liczyć na pomoc materialną, czyli parę złotych na wypiskę w kantynie. Wytrwam tu do końca, a Jehowa mi w tym pomoże, w co nie mam wątpliwości. Z takim nastawieniem ducha nie miałem wątpliwości, ze wytrwam i nie załamię się –szatan mnie nie zwycięży. 

Już na drugi dzień, pobudka jest o godzinie 6-tej rano, bo na godzinę 7, 00 wychodzimy do pracy. Na terenie Zakładu Karnego jest Zakład Konfekcji Odzieżowej, gdzie zatrudnieni są więźniowie. Od dziś jestem pracownikiem tej szwalni. Całą naszą grupę przywiezioną razem z Łodzi, zatrudniono przy obcinaniu nitek z ubrań, które wychodzą gotowe spod maszyn krawieckich. Siedzimy na wyznaczonych miejscach, robimy, co nam każą, zerkamy tylko spod czoła, i boimy się zrobić jakikolwiek ruch, aby nie podpaść klawiszowi, który co chwila przechodzi obok nas. Starym więźniom jakoś nie przeszkadza jego obecność. W pewnej chwili podchodzi jeden ze starych więźniów i nie bacząc na czujne oko klawisza, po prostu bezceremonialnie pyta nas cośmy za jedni, za co nas zapuszkowali i takie tam jeszcze. Każdy wymienia swoje „grzechy” i ja też mówię, że jestem Ś. J. Aaa -to masz tu swoich kolegów. Idź tam do tej maszyny –widzisz tego?… -no tam. Boje się, że klawisz tylko na to patrz, aby mnie ukarać za takie samowolne przemieszczenie się. –Dobrze, zaraz tam pójdę to mu powiem. Za chwilę podchodzi do mnie więzień, uśmiechnięty, od razu wiedział, że to ja, bo tamten już mu o mnie wszystko powiedział. Spoglądam na niego, i… -kogo ja widzę? Nie mniej, nie więcej, tylko samego brata Jana Lorka. 

Przy śniadaniu dopiero możemy rozmawiać, więc muszę opowiedzieć o sobie. Brat Lorek ze zrozumiałych względów, nie jest wstanie mnie pamiętać, ale gdy wymieniłem różne wydarzenia, zaraz się przekonał, że wszystko się zgadza. Kolejno potem podchodzą do nas bracia: Tadeusz Chodara, Władysław Szklarzewicz, i Józef Cyrański. Oczywiście się nie znamy, ale dla mnie wymienione nazwiska nie są obce. Ze względu na moje ubożuchne menu, śniadaniowe składające się tylko z kawy i czarnego chleba, pada pytanie: czy mam pieniądze na wypiskę? Opowiadam, że to, co miałem przy aresztowaniu już zużyłem, teraz na razie nie dysponuje, ale jak tu sobie zarobię, to już będę miał –odpowiedziałem z optymizmem. Aaa…, bracia ci jeszcze nie przysłali? Z domu się nie mogę spodziewać, bo im też jest ciężko, więc radzić sobie muszę sam –nie odpowiadam wprost na pytanie, chociaż wiem, o co jestem pytany. No dobrze. Jutro coś ci podrzucimy, a pieniądze pewnie teraz ci podeślą, bo już będą znać twój adres. 

Więzień żyje w cyklach od wypiski, do wypiski. W kantynie, jeżeli masz pieniądze, możesz kupić: konserwy mięsne i rybne, soloną słoninę, kiełbasę masło, smalec, czosnek i cebule –bardzo cenne warzywo, w sezonie były też jabłka i pomidory, a ponadto czekoladę cukier i cukierki, z okazji świąt, nawet kawę ziarnistą, no i papierosy w kilku gatunkach, chociaż ten ostatni asortyment nie był w moim zainteresowaniu. Jak na czasy, gdy na półkach sklepowych był tylko ocet, można było sobie przyjemnie podniebienie po łechtać. Na razie te przysmaki nie były jeszcze w moim zasięgu, ale w następnym miesiącu mogłem sobie już na tę rozpustę pozwolić, bo wpłynęły pierwsze pieniądze za przepracowany miesiąc. Nie było tego dużo, ale to już coś!

Więźniowie zatrudnieni w tym zakładzie szwalniczym, należeli do wybrańców, byli „elitą”, ale dla nas Świadków J. stanowiło to też pewien problem. Szyto tu różny asortyment, ale bywało, że też mundury wojskowe. Tutaj pewną pomocą służył nam pewien więzień, w prawdzie kryminalista wysokiej klasy w hierarchii tej branży przestępców, był zatrudniony w charakterze „kierownika” hali. Darzył nas jakąś znaną tylko sobie sympatią, dlatego zatrudniał nas, oszczędzając przy szyciu mundurów wojskowych. Mimo wszystko byliśmy na cenzurowanym, dlatego nie wszystko od niego zależało. O ostatecznym nas tu zatrudnieniu, decydował pion polityczno-wywiadowczy „pol-wych”. Dlatego z pracą na szwalni, mówiąc delikatnie, bywało różnie, jeżeli zależało temu pionowi aby nas Ś. J., „połechtać” za „niesubordynację”. 

Na pawilonie dla niepracujących, wyżywienie wyraźnie –używając poprawnie tego słowa -delikatnie, odstawało. Gdy na koncie „wypiskowym” już nic nie było, pozostawał tylko wikt kazionny, składający się z pół bochenka, około 400 gram, czarnego chleba i miska czarnej kawy na cały dzień. W porze południowej, miska zupy bliżej nie nieokreślonego pochodzenia, na kolację coś podobnego, lecz bardzie zaspakajało to pragnienie, niż głód. Z wypiskowych zapasów, pozostało jeszcze parę cebul, które w takiej sytuacji było zbawieniem i o tym wiedział każdy więzień. Podkradanie sobie wzajemnie tego warzywa i chleba było nagminne i ja, jako Ś. J. najczęściej padałem ofiarą, bo było powszechnie wiadomo, „oni” się nie odezwą. Tak mijały dni i miesiące, lecz ja nie miałem odwagi napisać do domu: Kochani rodzice przyślijcie, chociaż 50 złotych, nawet dwadzieścia by mnie urządziło, -wystarczyłoby przynajmniej na cebulę. Nie tego nie zrobię. Sam sobie taki los zgotowałem, chciałem wiernie służyć Jehowie, więc muszę służyć i nie utyskiwać. I nie utyskiwałem, byłem pełen wiary. „Pol-wych” liczyli na moje załamanie, nie dałem im takiej satysfakcji. 

W marcu 1957 roku, na spacerniaku, podszedł do mnie więzień, kierownik kantyny i zwraca się do mnie: –a czemuż to nie przychodzi pan po wypiskę? -Przecież ja mam puste konto, a zapachami się nie na karmie -odpowiadam. -Ależ skąd? Pieniędzy ma pan jak lodu. Nie uwierzyłem. -A jednak niech pan przyjdzie. Rzeczywiście, miałem prawie 500 złotych. Zachodzę w głowę skąd te pieniądze? Nie mam pojęcia. Zaczynam intensywnie myśleć, i dopiero kojarzę fakty. Był to już rok 1957. W kraju nastąpiło wiele zmian politycznych. W miedzy czasie ogłoszona została amnestia dla więźniów politycznych, przecież sam na własne oczy widziałem ze spacerniaka, jak cała czwórka, czyli: Lorek, Chodara, Szklarzewicz i Cyrański, machali mi rękami na odchodne –szli na wolność. Te 500 złotych, to pokłosie ich wolności. 
Byłem Krezusem -ale tylko przez trzy miesiące.

Wbrew pozorom, pobyt w wiezieniu nie jest wcale takim miejscem przykrym, mimo, że fizycznie takim jest naprawdę, ale gdy odrzucimy wszystkie te dolegliwości, które odczuwane są przez ciało, wtedy mamy komfort dla ducha, którego nie mieliśmy przedtem. Człowiek zabiegany i ciągle zajęty tylko tym, co ma do zrobienia, lub tym, czego jeszcze nie zrobił, zawsze brakuje mu czasu do zastanowienia się nad sensem własnego istnienia. Jak to?  Ja? Jako Świadek Jehowy, nie znam swojego sensu? Tyle czasu spędziłem w podtrzymywaniu na duchu braci w Zborach, sam dawałem innym radę, aby nie wątpili. Ile to wykładów w tym celu wygłaszałem. No…, na przykład ten ostatni temat, tak bardzo wymowny o biskim końcu tego systemu rzeczy. Każdy z nas Sług Obwodów z plakatem, na którym widniał zegar wskazujący godzinę za pięć minut dwunasta, objechaliśmy każdy Zbór. Słudzy Zborów byli nawet zobowiązani do zapewnienia odpowiedniej frekwencji, żeby każdy głosiciel wiedział, że jego praca nie jest daremna. Jakie to dreszcze emocji spływały po ciele, gdy na plakacie obok tykającego zegara widniała kupa bezładnie rozrzuconych ciał ludzkich, którzy nam nie uwierzyli, gdy im mówiliśmy, o Królestwie Bożym, o Nowym Świecie, o miłości Jehowy do nich, a oni nam nie uwierzyli, wręcz nami wzgardzili i okrutnie nas prześladowali, no i teraz mają za swoje. Dalej to już lud Boży w długiej kolumnie zmierza, w kierunku jasności, która pojawia się na horyzoncie, a dalej, Jezus, jako Król wyciąga swoje ramiona by przyjąć nas do swojego Królestwa.

Teraz, ty ubrany w więzienny drelich, chcesz się zastanawiać nad sensem swojego istnienia? Tak, rzeczywiście. Nie dopuszczam do siebie żadnej myśli, która by, dawała satysfakcje moim wrogom, których muszę doskonale nienawidzić. Zwycięstwo będzie moje, wzgardzam moimi prześladowcami, ich los to kupa bezładnie rozrzuconych ciał służących już tylko do użyźnienia ziemi po Armagedonie. Więc…, o czym chcesz myśleć? Nie, nie myślę o sobie, po prostu moim celem jest wytrwanie.

Leżę na piętrowej więziennej pryczy ze wzrokiem wlepionym w sufit. To pewnie najlepsze miejsce do wpatrywania, bo ta pokryta smolistymi oparami tytoniowego dymu sufitowa biel, całkowicie rozprasza jakiekolwiek pojawiające się myśli. Ale ta sufitowa biel, w pewnej chwili zaczyna do mnie przemawiać jakby własnym językiem, chce mi coś pokazać. Widzę jakieś jaśniejsze, to ciemniejsze punkty. Wcześniej ich nie dostrzegałem, ale teraz mój wzrok zaczyna bawić się tymi szczegółami. Te kropki, wklęsłości i wzgórki, powoli zaczynają się układać w jakieś graficzne kształty. Dostrzegam jakieś figury geometryczne, które w szkole podstawowej musiałem kreślić kredą na tablicy i nauczyciela przekonywać, że wiem, co to jest kąt prosty, gdzie leżą przyprostokątne, gdzie przeciwprostokątna. Przy innym układzie punktów, widzę pantofelka z lekcji biologii, albo jakiś kontynent, lub jego zarys poznany na lekcji geografii. Niby taki monotonny brudny sufit, a ile tu można znaleźć ciekawości wystarczy wytężyć własną wyobraźnię. Teraz zaczynam już sam tworzyć własne figury. Jak ten czas leci, a ja mam tyle jeszcze do odkrycia na tym suficie. Błądzę oczami po suficie, ciągle się wpatruje, dostrzegam gwiazdozbiory, apokaliptyczne sceny z objawienia św. Jana, widzę wielką nierządnicę, wielki Babilon, siedmiu aniołów na czterech węgłach Ziemi i… Nagle… -jakby przeszedł dreszcz po moich plecach. Z pewnych „kresek” pionowych i poziomych, po dłuższym wpatrywaniu, wyłonił się hebrajski Tetragramaton יהוה

Zarzekałem się, że miałem o niczym nie myśleć, aż tu nagle, natłok tyle myśli naraz. No…, bo co miałoby to znaczyć? Czyżby jakieś objawienie? Może Jehowa chce przemówić do mnie i mam być tym przekazicielem? Nie znałem jeszcze powszechnie znanej teorii Freuda, ale po pewnym przemyśleniu dochodzę do wniosku, że jeżeli nie masz żadnego zajęcia, i wparujesz się bezmyślnie w cokolwiek, możesz zobaczyć tylko to, co znasz, lub kiedykolwiek się z tym spotkałeś. Z takich kresek, cieni, półcieni, wypukłości i wklęsłych miejsc w suficie, możesz sobie wyszukać kształty, jakie przyjdą ci do głowy. Tu zrozumiałem, skąd biorą się te wszystkie objawienia u ludzi, którzy nagle widzą Matkę Boską na szybie, albo odnowienie obrazów tak często występujące za moich młodych czasów. Przecież ta bogobojna katolicka kobieta nie mogłaby zobaczyć takich czterech hebrajskich liter, bo po prostu ich nie znała. Nagle przychodzą mi na myśli sny proroków, czy widzenia za pomocą, których przemawiał Jahwe do swoich mężów. Ojej, nie wolno ci takich skojarzeń porównywać z proroctwami z biblii, przecież tamte były naprawdę, gwarantuje to powaga samego pisma świętego –tak Pisma Świętego. Co ci przychodzi do głowy, ty chcesz się zmagać z takim autorytetem uznanym przez wszystkie religie Judeochrześcijańskie? Tego określenia „Judeochrześcijańskie” jeszcze wtedy nie znałem, ale coś podobnego miałem na myśli.

Tam za kratami i więziennym murem, spotykasz się ze skondensowaną populacją ludzką, z którymi na wolności nigdy wasze drogi by się nie skrzyżowały. Tu pod jednym sufitem celi, mieszka pospolity złodziej, prymitywny gbur z pod ciemnej gwiazdy, nauczyciel biologii, profesor humanista, starozakonny Żyd i Świadek Jehowy. Gdy więźniowie się sobie przedstawiają, istnieje taka zasada, że podaje się swoje imię i nazwisko i należy odpowiedzieć na a sakramentalne pytanie: -za co siedzisz? Raczej, –za co pan siedzi? Nie wiem, może teraz takie etykiety nie obowiązują za tym ponurym murem, wtedy było to raczej normą, jedynie klawisz zawsze zwracał się do każdego: -a wy, za co siedzicie? Na takie pytanie, współwięźniowie zawsze skrótowo opowiadali swoje tarapaty z prawem. Gdy ja się przedstawiam, -jestem Świadek Jehowy, zawsze pada ten swoisty wyraz zrozumienia: -achaaa, co znaczy, że ze szczegółów jestem zwolniony. W jednej celi nigdy nie przebywało się od początku, do końca z tym samym zespołem, zawsze należało być przygotowanym, że któregoś dnia mogą się otworzyć drzwi, i klawisz z kartki wyczytuje nazwisko więźnia, a gdy ten się przedstawia, pytanie dalsze: -to, wy? Imię ojca? –Tak, spakujcie się! I delikwent się pakuje: -koc prześcieradło zagłówek, ręcznik, łyżkę, miskę, kubek, resztę rzeczy osobistych, to już według uznania, bo jakby odchodził na wolność, zazwyczaj pozostawia dla tych, co zostają. Bywają też przerzutki planowe, wtedy wszyscy z całym własny tobołem schodzą na parter i następuje wyczytywanie, ze wskazaniem, do jakiej celi został teraz przypisany. W celi następuje proces przedstawianie się sobie nawzajem i podział prycz. Ponieważ jestem młodym, więc z zasady zajmuje prycze na piętrze. Przedstawiam się wszystkim: ja jestem Świadek Jehowy, oczywiście żadnych dodatkowych wyjaśnień. Witamy się. Podchodzę do starszego pana, wyciągam rękę na przywitanie, widzę, że jakoś mu z tą ręką nie śpieszno, w końcu się ostatecznie zdobywa na ten gest powitania, ale zastrzega: -ja bardzo nie znoszę Świadków –nie dodając drugiego członu tej pełnej nazwy. Intensywnie myślę i zastanawiam się -kto to może być? Dochodzę do wniosku, że to pewnie ksiądz. No to mam przechlapane.

Ksiądz, nie ksiądz, ale pod jednym sufitem w tej samej celi, trzeba jakoś wspólnie ten wózek ciągnąć. Przez cały tydzień wszyscy jakoś musimy się zgrać, ustalamy dyżury, a przy tym, prawimy sobie uprzejmości –dziękuję, przepraszam, czy nie przeszkadzam, ależ nie, proszę bardzo, pan będzie uprzejmy itd. itp. Ciągle zerkam w stronę księdza, ale ten nie zachowuje się zupełnie jak ksiądz. Wprawdzie ma jakieś dziwaczne dwie książki, które włożył do swojej szafki, ale prawie nigdy tam nie zagląda. Trochę tylko zdania, które wypowiada, dźwięczą jakoś tak zabawnie. Ja nie domyślam się niczego, ale jeden ze współwięźniów dyskretnie przykłada grzbiet dłoni do swojej brody, przebierając palcami, wskazuje na faceta. Aaa…, to już wiem. Wcale mi to nie przeszkadza, ale skoro wyraził się oficjalnie, że nie znosi Świadków Jehowy, więc niczym mu się nie narzucam i traktuje go jak pasażera w przedziale pociągu, w którym przyszło nam podróżować, w tym samym kierunku i w tym samym czasie.

Po tygodniu, może parę dni później, przechadzam się po spacerniaku, podchodzi do mnie mój współlokator i pyta, czy może mi towarzyszyć.
- czemu nie –odpowiadam
- pan Świadek to jakiś nie rozmowny? Czy co?
-jak nie mam nikogo, kto chciałby zemną rozmawiać, to jak pan widzi, chodzę sobie sam, zresztą pan mi kiedyś powiedział, że nie cierpi Świadków Jehowy, to się też nie narzucam.
-O, co pan, panie Świadek, jak jest taki Świadek jak pan, to i pogadać można.
-a inni, to, są gorsi? –pytam
-inni to może nie gorsi, ale… wie pan, panie Świadek. Taki Lorek to i pogadać można, albo Chodara, też pogadać można i Cyrański też, ale pan Szklarzewicz, to ja wytrzymać nie mogłem. Cztery miesiące w jednej celi i Szklarzwicz, to ja do Tworek się nadaje.
-co panu zrobił Sklarzewicz, że jest pan na niego tak niekorzystnie nastawiony, a przez to nie cierpi pan innych?
-ja panu Świadek mogę powiedzieć, bo widzę, że z panem to inaczej…- Tu przestane już żydłaczyć, bo nie wychodzi mi to zbyt dobrze, ale opowiem, jakie zarzuty postawił bratu Szklarzewiczowi.

Mój rozmówca był Żydem, nie pamiętam jego prawdziwego nazwiska, więc nazwie go umownie po prostu -Apelbaum. Apelbaum, jak się później domyśliłem, był człowiekiem, który miał dość rozległą wiedzę ogólną, znał w mowie i piśmie język hebrajski, a ponadto z biblią był rozeznany jak nikt, że dorównać mu trudno, dlatego rozmowa z nim była bardzo ciekawa, a w wielu przypadkach nawet, trudno było się z nim nie zgodzić. Jeżeli pozostałych braci wspominał bardzo ciepło z szacunkiem, a nawet z pewną dozą sympatii, bo z każdym z nich spędził jakiś czas we wspólnej celi. Brata Szklarzewicza nie cierpiał, bo jak mi opowiadał, nie mógł się pogodzić z jego nachalnością, narzucania swoich przekonań. Ja mogę -jak mi relacjonował-zrozumieć każdego, kto wyznaje jakąkolwiek religię, ale niech mówi z sensem. Ja nie sprzeciwiam się nikomu, jeżeli wierzy w Jezusa i ten Jezus może być Chrystusem. Nie przeszkadza mi, że ten jego Chrystus został ukrzyżowany i zmartwychpowstał, więcej, ja mogę w to uwierzyć, nawet, że tego Jezusa Chrystusa zamordowali Żydzi. Bo Żydzi mordowali się wzajemnie od zawsze i mordowali się okrutnie, ale nie mogę się zgodzić z tym, że Żydzi wydali Żyda swojemu wspólnemu wrogowi, aby Rzymianie go potem zamordowali. Żydzi się spierali ze sobą, teraz też się spierają, ale chodzili do tej samej synagogi, temu samemu Bogu składali te same ofiary. Oni mogli sami zabić tego Jezusa, ale nigdy nie mogli kazać zabić go swojemu wrogowi. Szklarzwicz obraża mnie, jako Żyda.

Brat Szklarzewicz był bardzo gorliwym, nawet ponad miarę, typowym Świadkiem Jehowy. W jego towarzystwie, z jego żarliwością wiary w to, co robi, było nawet trudno wytrzymać nawet mnie. Lubiłem go, jako brata w wierze, ale jakoś nie chciałem przebywać z nim tylko razem w duecie. Miał w sobie jakąś dziwną potrzebę wspierania duchowego innych współbraci w wierze. Mogę się w tej ocenie mylić, ale tak odczuwałem osobiście, jego obecność przy mnie. Potrafił wykorzystać każdą chwilę do budującej rozmowy. Ta budująca rozmowa właściwie sprowadzała się do nieprzerwanego monologu i nie było sposobu, by mu w tym przerwać, a wykorzystywał, każdą nadarzającą się okazję. Takich okazji nie było za wiele, bo nigdy tak się nie zdarzyło, aby dwóch Świadków umieszczono w jednej celi, o tym dbali już sami funkcjonariusze „pol-wych”, ale spacery na spacerniaku, dawały już taką możliwość, czasem razem szło się do łaźni. Ale bywało, że takie spotkanie było możliwe raz w tygodniu w niedziele, i to na około dwie godziny. Raz w niedziele szliśmy do kina. Pierwszy raz, gdy nas wypuszczano do kina, miałem obiekcje czy mnie, jako Świadkowi Jehowy wypada tracić czas na taką diabelską rozrywkę, ale jak się potem okazało, wszyscy Świadkowie do kina chodzili. Muszę również zaznaczyć, że swoje opowiadanie odnoszę tylko do tej czwórki z byłego kierownictwa, ale było tu więcej osadzonych Świadków Jehowy. W kinie mogliśmy bardziej się poznać. Jedynego spotkania, którego bez okazywania niechęci, każdy się wzdragał, to siedzieć na ławce obok Szklarzewicza. Jedyny pożytek był z tego, że diabelski obraz z ekranu, nie zmącił mu jego wiary. Brat Władzio był bardzo ceniony przez nas, ale jego pouczenia biblijne stawały się już zbyt uciążliwe. Można nawet zaryzykować i odwrócić ewangeliczne powiedzenie, że: -nie tylko samym słowem Bożym człowiek żyje…

Zupełną odwrotnością, byli pozostali bracia. Brat Lorek, często nawiązywał do obejrzanego filmu, zwracał uwagę na epokę, z której pochodziła akcja filmu, a nawet na wypowiedziane kwestie w dialogach. Można nawet wnioskować, że doskonale znał klasykę francuską i polską, bo akurat filmy opiewały tę dziedzinę, były też zwyczajne produkcyjniaki z socrealizmu, ale te traktowaliśmy z przymrużeniem oka. Ja w literaturze w ogóle, a już w klasyce, byłem zupełnie zielony, więc chętnie te jego oceny sobie przyswajałem. (Może na moją zgubę?) Bracia Chodara jak i Cyrański, odnosili się do cotygodniowych seansów filmowych z pewną dozą aprobaty, jako odskocznią od więziennej codzienności.

Po każdym obejrzanym filmie, w celi wrzała dyskusją. Ja właściwie nie wiele mogłem się włączać w te kulturalne spory, bo mnie interesowała raczej fabuła, a niezawarta w niej treść. Ale zbiegiem czasu, gdy z biblioteki więziennej, pochłaniałem coraz więcej dotąd nieznanej dla mnie literatury, doszedłem do wniosku, że czytanie, nie jest wcale zaniedbywaniem spraw Królestwa, i co bardzo ważne, mogłem już zabierać głos w dyskusjach. Po prostu zafascynowałem się dziedziną, którą dotąd otrącałem, jako balast będący przeszkodą na drodze do Królestwa Bożego. Przepraszam, miałem opowiadać o Apelbaumie, a opowiadam o filmie i klasyce literackiej. Wracam do przerwanego tematu.
Mimo początkowego zastrzeżenia, Apelbaum przylgną do mnie dość szybko, nawet nie wiem, dlaczego. Może przyczyną było to, że mimo wszystko miał zemną temat do rozmowy. Kiedyś pytam go, dlaczego pan do mnie zwraca się zawsze pan Świadek i nie kończy pan drugiego członu pełnej nazwy. Apelbaum zastanowił się i mówi: -ja będę do pana zwracał się po imieniu, bo poco mam mówić pan Świadek, a teraz powiem panu, dlaczego ja nie mówię dalej, i tu wyłożył mi wykładnie wyrazu „Jehowa”. Brzmiało to mniej więcej tak.

O Bogu Abrahama można mówić Adonai, albo Elohim, kładł szczególny akcent na dwie końcowe litery tego ostatniego. Brzmienie słowa „Jehowa” jest nieznane. W biblii występuje tylko graficzny zapis tego imienia Bożego, i występuje w zapisie czterech znaków graficznych, występujących w alfabecie hebrajskim w postaci:  יהוה  . Dźwięki poszczególnych zgłosek, należy odczytać od prawej do lewej: „id” „haj” „wuw” „haj”. W alfabecie hebrajskim nie występują litery samogłoskowe, z czego wynika trudność odczytania odpowiedniego wyrazu. Odczytywany zespół znaków występujący w danym zapisie, mógł otrzymywać brzmienie w zależności od kontekstu zdania, które przekazywało zapisaną myśl. Odczytujący mógł wstawić odpowiedni wyraz, którego znał dźwiękowe jego brzmienie, ale trudność występowała, gdy odpowiedni zapis graficzny liter hebrajskich, nie był znany dźwiękowo odczytującemu. Podobna sytuacja zachodzi w tedy, gdy ktoś chce nauczyć się języka obcego tylko z zapisów literowych danego języka, bez lektora, który z danego układu graficznego liter nie odczyta właściwego dźwięku. Ostateczny wniosek jest taki, że umiemy zapisać graficznie imię Boga Abrahama, ale nie potrafimy wypowiedzieć tego dźwiękowo, bo go nie znamy. Są tacy, co piszą JHWH, JEHOWA, albo JAHWE. Może jest tu jakaś poprawność? Albo niema żadnej. Kto to udowodni? Jeżeli niema takiej możliwości, to, kto może być Świadkiem kogoś, kogo naprawdę się nie zna. Taki Świadek nie jest wiarygodny. Z tym wywodem trudno mi było się pogodzić, ale nie mogłem zaprzeczyć logiki tego rozumowania.

Zainteresował mnie ten wywód, więc postanowiłem, trochę z przekory, trochę z ciekawości, drążyć zapoczątkowany temat, który, poróżnił go ze Szklarzewiczem. Więc mówię, że Szklarzewicz jednak miał rację z tym oskarżeniem Jezusa przed Piłatem, bo w końcu on tego przecież nie wymyślił, tak jest zapisane w ewangeliach. Apelbaum się zdenerwował, chwilowo miałem wrażenie, że wytrąciłem mu poważny argument. Ale mój rozmówca się rozluźnił, i powiada: -zastanawiam się, co panu odpowiedzieć, nie chciałbym pana urazić, bo pana szanuję, ale to, co napisane jest w ewangelii, to nie wszystko jest tak jak tam pisze. To mnie trochę obruszyło, mimo to, pytam -co mu się nie zgadza i daje mu do zrozumienia, że będąc Żydem, więc ewangelii nie czyta i ma też prawo nie wierzyć, co tam jest napisane, ale ja jednak mam inne zdanie. Apelbaum ponownie chwilę się zastanowił, potem pyta mnie, czy słyszałem coś o Filonie z Aleksandrii. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, bo rzeczywiście nic mi o nim nie było wiadome, ale podkreślam, że w mądrość tego świata nie wierzę, a jedynie w to, co jest napisane jednak w ewangelii. No to ja nic więcej nie powiem, jak tylko to, co jest napisane w ewangelii -ciągnie dalej Apelbaum. Filon z Aleksandrii, to taki starszy kolega w wierze z Jezusem. Żyli oboje w tym samym czasie, tylko, że Jezus w tym czasie był bardzo znany w całej Palestynie, a Filon był w tedy tylko skromnym opisywaczem dziejów historycznych, w tym też i Palestyny z tego okresu, i wie pan co?  Ten Filon opisał wszystkie ważne wydarzenia, a nawet i małoważne takie jak ścięcie Jana, i o uczcie z Salome i o jego głowie na tacy, a wie pan, czego ten Filon nie napisał? No Nie wiem –odparłem. Ano tego, że w tym czasie żył taki kaznodzieja, którego znali wszyscy kapłani w Świątyni Heroda, ani tego, że kilku rybami i chlebami nakarmił tysiące ludzi, że ten sławny mistrz wskrzeszał ludzi z grobów, ani też tego, że jak umierał na krzyżu, to w Świątyni kotara rozerwała się na pół. Czy pan wie, jakie to rozdarcie miałoby znaczenie dla Żydów? No, tak, ale ludzie nieprzychylni Jezusowi, to i o nim nie pisali, bo przecież Żydzi Jezusa nie lubili, bo im prawdę mówił –odparłem. Jeżeli nie chciał o nim pisać prawdy, to mógł o Jezusie nakłamać, a on milczy. Czy to panu cos nie mówi? -Zapytał mnie na zakończenie. Nie odpowiedziałem.

CDN



Offline Roszada

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #2 dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:29 »
Lebiodo pięknie, ale...
Musze niestety rozłożyć sobie na raty przeczytanie, bo za bardzo nie lubię tak długich postów. :-\
(sam też kiedyś pisałem długie ale zauważyłem, że lepiej krótsze i częściej, bo czytelnicy nie mają czasu i cierpliwości)

A dwa, to w pierwszej chwili myślałem, widząc tytuł wątku, że to o książce pt. Od raju utraconego do raju odzyskanego(ang. 1958; pol. 1960) a tu widzę coś inny tytuł: "Od raju uzyskanego, do raju utraconego".


Offline Lebioda

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #3 dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:39 »
Rozmowy z Apelbaumem mnie irytowały i byłem wściekły, że nie posiadam argumentów, żebym mógł mu dać odpór, ale ciekawość jego wiedzy i argumentacji, coraz bardziej mnie ciekawiła, tym bardziej, że z takim krytycznym spojrzeniem na biblię, spotkałem się po raz pierwszy, uważałem początkowo to za świętokradztwo, nawet myślałem jak wycofać się z tych rozmów, ale ciekawość była silniejsza. Rozważyłem ostatecznie taką możliwość. Poznam jego argumenty, które pomogą mi go lepiej rozpracować, wychodziłem z założenia, że aby pokonać przeciwnika, trzeba najpierw rozpoznać jego siły i środki, którymi dysponuje. Gdy znajdę się kiedyś na wolności, zwrócę się do braci starszych, bardziej doświadczonych, bardziej ugruntowanych, nawet w końcu poślę pytania do Ciała Kierowniczego, bo kto, jak kto, ale tam znają na wszystko odpowiedź, i takie Apelbaumowe argumenty złamią jak suchy patyk. Teraz jednak do rozmowy został mi tylko Apelbaum. O czym myśmy tu nie rozmawiali, nawet uczyłem się od niego języka hebrajskiego. Nie na wiele się to zdało, bo, któregoś dnia, otworzyły się drzwi, klawisz odczytał moje nazwisko, i sakramentalne powiedzenie: Koc, łyżkę miskę i wyskakuj! Taki los więźnia, ledwo się zaprzyjaźnisz, a już w inne celi jesteś nowym, i [/font]wszystko zaczyna się od początku. Ustalasz dyżury, wybierasz pryczę, i odnowa rozpracowujesz nowe znajomości.

Nasze życie w służbie dla Jehowy było zupełnie podobne do żołnierza na wojennym froncie. Każdy przeżyty dzień, był dniem szczęśliwym, i za każdy taki dzień dziękowaliśmy Jehowie za ochronę, za pomoc wyjścia z opresji. Każdy dzień następny, nawet każda następna chwila, mogła być ostatnią na wolności. Każde wejście i wyjście do, lub z domostwa braci było ryzykowne, dla nas i dla domowników. Nie było gwarancji, czy to miejsce nie jest pod specjalna „ochroną” służby bezpieczeństwa. Trzeba było w zależności od sytuacji umiejętnie się kamuflować i używać wszelkiego rodzaju sztuczek, aby zmylić przeciwnika, jeżeli udało go się wcześniej rozpoznać. Rejterady przez okna należały do częstego repertuaru sztuczek, sam skorzystałem z tego rodzaju pomocy, około siedem razy -dokładnej ilości już nie pamiętam. Również nocowanie w polu lub lesie, zaliczyłem trzy takie przypadki. Czasem z nadmiaru ostrożności dochodziło do tragi-komicznych sytuacji, gdy wzajemnie się podejrzewaliśmy, nie wiedząc o sobie, a potrzeba nam było wejść do tego samego domostwa. Brat Olek Rutkowski, o którym  już lakonicznie wspomniałem, przeze mnie w listopadzie przesiedział pół nocy w kopcu na ziemniaki, ponieważ po ciemku nie zostałem rozpoznany prze domowników, gdy przyszedłem na umówione spotkanie. W rezultacie on w ziemiance, a ja w drwalniku, doczekaliśmy rana.

Dręczyły nas też takie prozaiczne drobnostki, z którymi przychodziło nam się zmagać, o które trzeba było się starać, bo bez nich nie dało się obejść. Potrzebna była jednak odzież, niestety tylko Izraelitom na pustynie się nie darła, mnie się darła. Jeżeli bieliznę osobistą, czy skarpety mogłem uzupełnić z mojego kieszonkowego, to już na buty i ubranie nie starczyło. Na odbytym kursie dla S.O., upewniano nas, że w tej dziedzinie będziemy wspomagani. Wprawdzie raz byłem zapytany o moje potrzeby, to prawda. Wyliczyłem, nadchodzi zima i potrzebowałbym cieplejszą kurtkę, bo ta, którą posiadam nie jest na ten okres przydatna. Potrzebne jest mi nowe ubranie i buty. Rzeczywiści, brat z okręgu zapowiedział, ze będą coś mieli do rozdania. W zetknięciu z rzeczywistością, tak się złożyło, że marynarka pasowała na brata Tadeusza, a spodnie jak ulał były w rozmiarze brata Sławka, w moim rozmiarze był akurat szalik, a rękawiczki z włóczki były w sam raz dla brata Zenka z sąsiedniego obwodu. Na moje buty złożyli się Słudzy Zborów, materiał na ubranie otrzymałem z mojego domu, Matka uzbierała w tajemnicy przed Ojcem trochę pieniędzy. Z otrzymanego materiału uszył dla mnie ubranie krawiec -brat, za darmo. W cienkiej kurtce przechodziłem całą zimę tą i następną. Jak widać Jehowa zadbał o moje potrzeby i nie musiałem już zabiegać o rzeczy doczesne. Grypę przechodziłem -jakoś samo przeszło. Ale! Nagle pomyślałem, a co by było gdyby ten wyrostek…? Ano właśnie… Bez pieniędzy, bez ubezpieczenia, bez dokumentów i na domiar jeszcze ścigany listem gończym? Przestałem myśleć. Pewnie w zamyśle Bożym było, abym… szpitalu więzienny w Łodzi przy ulicy Kopernika…? Niepojęte są plany Boże. Trzeba zawsze ufać, i ufałem.

Dni więzienne wlokły się powoli, jedyna rozrywka to praca w pralni, i coniedzielna wyprawa do kina, dawały jakąś odskocznię od codzienności odrywając od natłoku własnych myśli, a te bardzo cisnęły się z chwilą doręczenia mi mojego egzemplarza biblii. Apelbaum tak mi poprzestawiał w mojej głowie, że czytanie zawartej w niej treści, jakoś nagle przestawiały się w nową jakość. Zauważyłem, że teraz dostrzegam to, czego przedtem nie zauważałem i przechodziłem do porządku. Przedtem wszystkie ewangelie nie sprawiały mi żadnego problemu, ba -widziałem jak się wzajemnie uzupełniają, bo czego jeden ewangelista nie napisał, następny go w tym uzupełnił. W pewnym momencie zwróciłem uwagę, jak dawniej te różnice pomagały mi w udowadnianiu pewnych tez, zawsze mogłem znaleźć odpowiedni cytat, który potwierdzał to, co chciałem udowodnić. Nagle zauważam, że nie potrafię wskazać co to była za kobieta, która wylała olejek na głowę Jezusa i kto tak naprawdę się zgorszył przy tej okazji. Niby prozaiczne wydarzenie, nigdy nie zastanawiałem się nad tym, bo niby dlaczego miałbym być tak bardzo dociekliwy? Albo przemiana Szawła, w Pawła. Wiadomo, że miało to miejsce w drodze do Damaszku i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby nad tym wydarzeniem rozdzierać szaty. Teraz mam dylemat, bo ten sam autor, to wydarzenie przedstawia w trzech wersjach, a już list do Galatów? Zaczynam myśleć i poważnie się zastanawiać, czy ja czepiam się drobiazgów, czy nie jest to podszept samego szatana, który korzysta z chwilowej mojej słabości i podsuwa mi takie myśli? Przypominam sobie kuszenie Pana Jezusa na pustyni... Do kogo ty się przyrównujesz? Człowieku, zastanów się. –Ty marny prochu chcesz się porównać z Mistrzem?
Biblia, po którą pisałem do domu, aby mi ją przysłano w celu wsparcia duchowego, jest wyjątkowej wartości. Nią posługiwałem się codziennie podczas mojej pracy służbowej, była zemną zawsze i wszędzie w terenie i miała mi być ostoją w przyszłości. Miała jeszcze, a właściwie ma do dzisiejszego dnia, jeden bardzo ważny walor. Jest pamiątką osobistą podarowaną mi przez Aleksandra Rutkowskiego –Olka. Jest to mały format kieszonkowy, który w tamtym czasie miał znaczenie „strategiczne” i prawie każdy w terenie posługiwał się takim miniaturowym formatem. Właśnie z myślą o mnie, gdzieś „wydobył” ten egzemplarz. Teraz, tu w celi, zamiast mi pomagać w wytrwaniu, staje się zaczątkiem moich problemów z samym ze sobą. Odkładam biblię, przestaję do niej zaglądać o dziwo, dlatego żeby przypadkiem nie stracić resztki wiary modlę się przed taką ewentualnością. Zagłębiam się w literaturę „pogańską”, którą zamawiam w więziennej bibliotece. Nadrabiam zaległości w tej dziedzinie, a jest co nadrabiać. Czytanie wypełnia teraz moją pustkę wewnętrzną, jest mi teraz z tym dobrze. Teraz czytam świeckie książki –„świeckie książki” -jak to dziwnie brzmi, i co gorsza nie mam wyrzutów sumienia. Co się zemną dzieje? Modlę się. Tą ostatnią czynnością usprawiedliwiam się przed samym sobą, bo chcę wierzyć, że modlitwa mnie uchroni przed zgubną drogą, w końcu, gdy poznam literaturę świecką, w której właściwie nic zdrożnego się nie doczytałem -pomyślałem -lepiej będę rozumiał wydawnictwa „Strażnica”, więc czy to źle? Przecież brat Lorek tak bardzo potrafił korzystać z tej literatury, ciągle brzmiały w moich uszach jego trafne porównania. Czy to może dla mnie być szkodliwe, że poznam tą literaturę? No tak, a jeżeli to są moje doświadczenia, z którymi Bóg każe mi się uporać osobiście przed Armagedonem? Tylko, co ja mam zrobić, jeżeli ten Armagedon, jeszcze nie teraz…, a może oddali się w bliżej nieokreślony czas? Owszem były pewne symptomy, związane z wydarzeniami poznańskimi, potem węgierskimi, które mogły być zaczątkiem Armagedonu, ale tylko mogły... Widocznie opóźnia Pan przyjście swoje. Głęboko wewnętrznie przestawiam zwrotnicę na inny tor.

Pisząc o tych więziennych „przygodach”, a było ich sporo, można by opisywać każdą oddzielnie, bo każda niosła inny bagaż wspomnień. Na przykład moje bardzo nie sympatyczne perypetie z pierwowzorem filmu, Kazimierza Kuca „Pułkownik Kwiatkowski”, ale to już nie mieści się w tym wątku. Jedno, co sprawia mi trudność, to ułożyć je w chronologicznej kolejności. Po przeszło pół wieku od tamtego czasu, pewnie nikt by z tym sobie nie poradził. Jedyną datę, którą znam, to dzień, w którym funkcjonariusz Pol-wych przyniósł mi do celi egzemplarz mojej Biblii, przysłaną mi z domu -był to 21 wrzesień 1956 roku. Tak szczegółowej daty nie zapamiętałbym, gdybym na niej, nie miał wpisu dokonanego przez owego -Pol-wych, stąd wiem, nawet, w której w tedy celi przebywałem –był to nr 19. Ten wpis pomógł mi ustalić w miarę dokładnie, co działo się później.

Druga połowa roku przyniosła już pewną odwilż w kraju, która jakby rykoszetem odbiła się na stosunkach władz więziennych w stosunku do więźniów w ogóle, a dotychczasowa ansa do Świadków Jehowy, nagle jakby zniknęła. Nie robiono już przeszkód w zatrudnianiu nas, a dzięki pracy, dni stawały się bardzie urozmaicone, tym samym ta więzienna monotonność przestała działać tak przygnębiająco. Dodatkowym, walorem, przynajmniej dla mnie, miało znaczenie, znacznie bogatsze wyżywienie, przysługujące pracującym. Przeliczyłem sobie, że od marca 1957, pozostało mi jeszcze równe dwa lata do odsiadki, więc jeżeli ten trend się utrzyma, a raczej nic nie wskazywało, że wróci poprzedni dryl więzienny, to spokojnie dotrwam do końca.

Wielu więźniów z oskarżenia politycznego już powychodziło, a innym znacznie poskracano wyroki. Świadkowie Jehowy odsiadujący wyroki za działalność, wypuszczono wszystkich bez względu na wysokość zasądzonej kary. Jak przeliczyłem, to zostało nas tylko trzech do dalszej odsiadki, ponieważ nas, za odmowę służby wojskowej, nie obejmowała żadna „łaskawość”. Pewne obowiązujące zasady w państwie, w którym przyszło nam mieszkać, obowiązują, a my też o tym wiedzieliśmy i z własnej nieprzymuszonej woli, temu państwu się sprzeciwiliśmy, więc bez utyskiwania trzeba się pogodzić i nastawić się do odbycia reszty kary i już. Koniec, kropka.

Cały październik przyszło mi spędzić w więziennym szpitalu w Łodzi przy ulicy Kopernika, na oddziale chirurgicznym, z uwagi na konieczność wycięcia mi wyrostka robaczkowego. Jak na warunki więzienne, to gdyby nie kraty w oknach, mógłbym przypuszczać, że przyśnił mi się piękny sen i oby mnie nikt nie zechciał obudzić zbyt wcześnie. Cały listopad przebywałem w Sieradzu na pawilonie szpitalnym, jako rekonwalescent. Jak na warunki więzienne, dwa miesiące przebywania w takich „luksusach”, to istny los „szczęścia”. W grudniu wróciłem już z powrotem do pracy w pralni, i zaczęły się normalne, noce i dni w więziennej rzeczywistości.

O czym myśli każdy więzień w więzieniu? Ano o tym żeby z tego więzienia wyjść. Takie myśli drążą wszystkich, ale przychodzi też refleksja nad samym sobą to, co przeszło i to, co będzie. Jeżeli o przeszłości wiemy już wszystko, to przyszłość, ma tylko pytania, na które niema odpowiedzi, ale po przewertowaniu przeszłości, możemy przynajmniej wytyczyć pewien szkic tej przyszłości. Stanąłem właśnie przed takim dylematem, jak narysować ten szkic, jak się do niego zabrać? Musiałem wiele przemyśleć z tej przeszłości, a tego trochę się nazbierało.

Idąc do pracy na Niwie Pańskiej w latach mojej młodości, byliśmy pełni wiary w ogóle, a wiara w nadchodzące Królestwo Boże, które zostanie poprzedzone wielkim zniszczeniem w Armagedonie, było głównym bodźcem pchającym nas, aby jak najbardziej i jak najwięcej przysłużyć się Jehowie. To nie tylko my młodzi, ale wielu starszych braci i sióstr ruszyło w teren, lub w inny sposób angażując się w nurt pracy Pańskiej. Takim był już na początku wspomniany przeze mnie brat Janek, gdy razem przywracaliśmy łączność po wprowadzonym zakazie. Taką była też siostra Hela, oddana bez reszty Organizacji. O tych dwóch postaciach, jako symbolach wierności dla Jehowy i poświęcenia się dla organizacji, napiszę oddzielnie, bo są to symbole, których przynajmniej ja zapomnieć nie mogę nigdy, jeżeli dla organizacji przestali znaczyć już cokolwiek.

Jeżeli piszę tu -„my”, to mam na myśli wszystkich, tych z najwyższej półki, ze średniej półki i tych na samym dole, czyli cała rzesza głosicieli. Wszyscy wierzyliśmy w Goga i Magoga, symbolizujących Króla Północy i Króla Południa, którym miała przypaść ostatnia rola wystąpienia i starcia się z Barankiem i ostatecznie upaść w bitwie u Jego stóp. Tak mniej więcej pisała Strażnica i budowała w nas wiarę. Wszystkie złe wieści, jakie docierały do nas z całego świata, były nam balsamem na nasze obolałe zakazem serca. Dopingowało nas również głoszone roczne hasło, dla wszystkich Braci na całej kuli ziemskiej, a brzmiało: „Słysząc złe nowiny, nie boi się, stateczne serce jego, ufa Jehowie”. Dla każdego roku ogłaszano nowe hasło, ale żadne nie utrwaliło się w mojej pamięci, tylko to jedno jedyne jestem w stanie wyrecytować do dzisiejszego dnia. Gdybym w nie, nie wierzył, czyżbym je zapamiętał? Gdy byłem na wspomnianym już kursie dla Sług Obwodów, każdy z nas musiał wypełnić deklaracje o tym, na jaki okres deklaruje się służyć pełno czasowo, ja bez wahania wpisałem –do Armagedonu. Nikt z braci starszych nie zakwestionował takiej deklaracji, wszyscy wierzyli, w bliskość Armagedonu, wszyscy byliśmy pod wrażeniem proroctwa, „gdy będą mówić pokój i bezpieczeństwo, wtedy nagłe zginienie na nich przyjdzie”. Mając taką wiarę, wszystkie trudy stawały się już mało istotne.

Wprawdzie nie było przeszkód, aby Królestwa Bożego doczekać w domu i jego pieleszach, nic się na tym nie traciło. Za parę „utłuczonych” godzin w miesiącu, też była gwarancja przejścia na drugą stronę Armagedonu, więc właściwie, po co iść i narażać się? No tak, ale tej rzeszy wiernych głosicieli potrzeba dostarczyć „pokarmu na czas słuszny”, podtrzymać ich wiarę, a kto miał to zrobić, jeżeli my tego byśmy się nie podjęli? Więc poszliśmy. Każdy na swoje stanowisko, a że była to praca niebezpieczna, też każdy z nas zdawał sobie sprawę. Pamiętam słowa wypowiedziane przez brata Jakuba - do nas idących w tereny: -gwarantujemy wam możliwie wszystko, co wam będzie potrzebne w tej pracy, jednego, czego nie możemy wam gwarantować, to waszego bezpieczeństwa. O tym ostatnim wiedział każdy z nas.

Może brzmi to trochę egoistycznie, ale zamiast Boga, stawiam teraz na pierwszy miejscu samego siebie. Czuję się trochę nie swojo w tej nowej egoistycznej roli, ale zaczynam się usprawiedliwiać przed samym sobą. Ciągle wracam do początku, aby prześledzić moją dotychczasową drogę, ale najbardziej zastanawiam się jak urządzić się po wyjściu. Po przedyskutowaniu ze sobą samym, wszystkich za, i przeciw, dochodzę do, bardzo wstrząsającego wniosku, że postąpiłbym bardzo nie rozsądnie, gdybym pozwolił się z powrotem zaciągnąć w teren. Czy aby nie grzeszę takim radykalnym i egoistycznym postanowieniem? Znowu mam przypływ wątpliwości, od nowa przebłyski „otrzeźwienia”. Ale gdy przypomniałem sobie już zupełnie na jawie, pewne zasady, które obowiązują w Organizacji, pomyślałem o pięknych i wzruszających przeżyciach braci niosących bratnią pomoc, braciom potrzebującym, ale o tym można się tylko naczytać w publikacjach Towarzystwa i usłyszeć w opowieściach, braci, którzy robili za statystów, na specjalnie wyreżyserowanych akcjach. Takie opowiadanie, a raczej „doświadczenia” jak się w tedy mówiło, było potrzebne do podniesienia ducha Bożego, w rzeczywistości, jesteś pozostawiony sam sobie. Jeżeli masz w miarę zasobną bliską rodzinę, to ewentualnie jeszcze możesz liczyć, że przynajmniej ktoś o tobie pamięta, bo Organizacja po twoim aresztowaniu, szybko odcięła ciebie od swojej pępowiny, abyś nie był jej ciężarem. Tu, zdany tylko na siebie, nauczyłem się żyć bez niczyjej pomocy. Na burczący pusty żołądek piłem wodę, zawsze to na chwile trochę pomogło. Wieczorem trzeba jak najszybciej usnąć, więc noc masz z głowy. Rano otrzymany chleb, od razu rozłożyć, aby go nie pochłonąć od razu. Resztę chleba noś przy sobie, aby ci go, kto inny nie podebrał. Zbiegiem czasu żołądek się skurczył i problem miałem z głowy. Trzeba sobie radzić samemu i nigdy na nikogo nie liczyć, nawet jeżeli ktoś ci coś zapewnia, to wiedz, że ten ktoś jest tylko człowiekiem i nie wszystko „pamięta”, co mówił, a tym bardziej obiecał.

Wtedy tam w celi sam wpadłem na ten sam pomysł, który podrzucił mi dopiero w XXI wieku tu, na tym Forum, jeden bardzo „przesympatyczny” i „genialny” Forumowicz -Świadek Jehowy zresztą. Cytuje te maksymy:

„Każdy ma dwie ręce i rozum. Jezus radził obliczyć koszty” - „No cóż. Zbór to nie komunia ani kibuc. Jak wychowali cie rodzice („Organizacja”-- dopisek mój) takim człowiekiem jesteś. Jeśli wychowali cie niezaradnie, to miej do nich pretensje a nie do Ciała Kierowniczego”.

Nie, do Ciała Kierowniczego też postanowiłem nie wnosić pretensji, a koszty, też obliczyłem i wyszło mi, że z tym Armagedonem, to Ciało Kierownicze jakby ciut się pomyliło, więc nieco wyprzedziłem dobrą radę wyżej cytowanego Forumowicza, który trochę spóźnioną, ale warto tę radę zacytować:

 -„Inna sprawa, że za "komuny" pracy było w bród(…) „

Też, na to wpadłem dość wcześnie nawet przed urodzenie mojego przesympatycznego doradcy, i postanowiłem z tej oferty skorzystać, bo jak czytam dalszą maksymę: -„

I pomimo przejściowych problemów zawsze Jehowa daje wyjście z sytuacji„ i dalej czytamy: „Natomiast sprzeciwiam się obwinianiu za wszystko organizacji. Bo organizację tworzymy my, szeregowi ŚJ„

Tak, zgadzam się, i ja, taki niezdara, jakim mnie wychowano, no cóż takich miałem wychowawców w Organizacji, wreszcie wziąłem sprawę w swoje ręce i przestałem liczyć na kogokolwiek, w tym również na Organizację, ale z tą maksymą miałem pewną trudność, bo przedstawiciele tejże Organizacji, ponownie usiłowali mnie „wychowywać”. Było to już po moim uwolnieniu.

W marcu 1957 roku bardzo byłem mile zaskoczony, gdy na moim koncie znalazło się 500 złotych, acha, o tym już pisałem. To była interwencja samego brata Lorka, w prawdzie tego się tylko domyślam, bo On najbardziej się moim stanem zasobów materialnych interesował. Były to już dwie wpłaty, pierwsza wpłynęła jeszcze w lutym, ale o tym nic nie wiedziałem i gdyby nie wiadomość przekazaną mi przez kierownika kantyny, pewnie niedowidziałbym się w ogóle, ponieważ do kantyny zapomniałem już którędy droga prowadzi. No cóż, pomyślałem –lepiej późno niż wcale, ale ta hojność mimo wszystko, już ducha wiary w Organizację mi nie przywróciła, i postanowienia też nie miałem zamiaru zmienić. Pomimo pełnych dwóch lat, które przyszło mi tu jeszcze przebywać miałem z grubsza opracowany plan jak się będę urządzał po wyjściu stąd. Na razie wszystko działo się bez zmian. Program dnia miałem ułożony, więc każdego dnia wiedziałem, co może się wydarzyć. Praca w pralni, spacer na spacerniaku, potem czytanie lektur, wieczorem rozmyślanie lub wspominanie o lepszych czy gorszych dniach na wolności, a w niedziele oglądanie kobiety na płótnie, jak w tutejszym żargonie określano pójście do kina.

Po południu, 11 może 12 maja 1957 roku, zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach staną oddziałowy klawisz, wymienia moje nazwisko. Zgłaszam się –to wy? Imię ojca? Podaje. Chodźcie. Klawisz prowadzi mnie do pomieszczenia urzędującego „pol-wych”. Wejście do tego pomieszczenia, nigdy nie wróżyło nic dobrego, dlatego od razu przypominam sobie wszystko, co mogło mi się przytrafić -ktoś mnie zadenuncjował, albo po prostu sam chce zemnie zrobić kapusia. -Wy się nazywacie? -Zaraz pyta mnie przy wejściu. -Imię ojca? –Podaje wszystkie dane, które chce wiedzieć -to siadajcie. Podaje mi pismo –przeczytajcie sobie i podpiszcie. Czytam. Wojskowa Prokuratura w… -nie pamiętam gdzie jest jego siedziba -zwraca się do Sądu Poznańskiego Okręgu Wojskowego w Poznaniu o wcześniejsze przedterminowe zwolnienie od odbywania reszty kary dla –tu moje imię i nazwisko i imię ojca. -Przeczytaliście? -To podpiszcie. Możecie odejść. W pierwszym momencie nic do mnie nie dotarło, dopiero, gdy znalazłem się w celi i opowiedziałem przyczynę mojego wezwania do „Pol-wych” (każda wizyta u tego pana, według panującego zwyczaju i reguł uczciwości wśród więźniów, powinna być zrelacjonowana swoim kolegom), zaczęło do mojej świadomości coś docierać. Siedemnastego maja około16.00 otwierają się drzwi, procedura wywołania mnie prze klawisza taka sama jak zwykle, potem sakramentalne –spakujcie się i wychodźcie. W dalszym ciągu nic nie dociera do mojej świadomości, ileż to już razy z tobołkiem zawiniętym w prześcieradło przyszło mi się przemieszczać z celi, do celi, to nie pierwszyzna.

Około godziny 18.00, prawie wypchnięty przez malutką furtkę więzienną, z zupełną pustką w głowie, znalazłem się na ulicy miasta Sieradza. Nie mam zupełnie pomysłu, co ze sobą zrobić. Ponad dwa lata pod nadzorem i braku jakiejkolwiek indywidualności, zrobiło swoje, a teraz ten nagły zwrot, stawia mnie w zupełnej nieporadności. Nie wiem czy to sen, czy rzeczywistość. W domu też jestem zagubiony, i ciągle mam wrażenie, że nagle się obudzę i wszystko wróci do normalności. Jakoś nie mogę sobie uzmysłowić, co teraz jest normalnością, czy to, co było jeszcze wczoraj, czy to, co jest dzisiaj, teraz, w tej chwili.

O moim powrocie, fama rozeszła się dość szybko. Pojawiają się pierwsi, do których ta wieść dotarła. Jakby niebyło, jest mi przyjemnie, że zaraz chcą się ze mną spotkać, moi jakby niebyło bracia duchowi. Rozmowa jednak toczy się jakoś sztywno, niby się cieszymy, ale te spotkania jakoś sklejają się jak dwie deski niepasujące do siebie. Brak tej spontaniczności, która kiedyś była taka żywa, taka prawdziwa, taka bezceremonialna. To wszystko jest zbyt nagłe -pomyślałem, to musi potrwać, dopiero czas może okazać się tym czynnikiem, który przywróci tą dawną normalność. Ta „normalność” przyszła znienacka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Któregoś dnia, może po tygodniu, może trochę później, przychodzi do mnie brat objazdowy, czy sługa obwodu, nie wiem jak to nazwać, bo wtedy tak się namnożyło, tych sług –nie wiem nawet, od czego każdy był, bo nie przedstawiał się, –ale nic, brat, to brat, zawsze to jakiś sługa. Twarz roześmiana, ściska mi dłoń i trzęsie moją rękę, że w stawie łokciowym coś mi skrzypi, nawet próbuję wyrwać moją prawicę, ale nie, brat ściska i potrząsa dalej. Wreszcie zwalnia moją ją i sakramentalne pytanie –Noo? Jak się masz bracie? Nawet nie dopuszcza mnie do wypowiedzenia jakiegokolwiek zdania lub czegokolwiek w ogóle, zalewa mnie dalej monologiem. -Czekaliśmy, czekaliśmy i doczekaliśmy się, no to cię witamy z powrotem na niwie Pańskiej. Pracy jest dużo, a brat z takim doświadczeniem jak ty, jesteś teraz nam bardzo potrzebny. Czekamy na ciebie, mam nadzieję, że miesiąc ci wystarczy, żebyś odpoczął, więc odpoczywaj i nabieraj sił, a za miesiąc czekamy na ciebie już w terenie. Postanowiłem ostudzić zapał brata, z jakim do mnie przyszedł, więc nieśmiało mówię, że propozycja jest zachęcająca, ale najpierw muszę coś zarobić, żebym mógł się okupić –przecież ja nie ma, w co się ubrać, nie mam ubrania, nie mam butów, a na zimę brakuje mi coś ciepłego do okrycia i tak go bajeruje, żeby mu ten jego entuzjazm trochę ostudzić. Brat trochę się zmieszał, ale nie daje za wygrane –no to ile ci potrzeba, jeszcze jeden miesiąc? -Pójdziesz gdzieś zarobisz, kupisz, co ci potrzeba i już. Próbuje go jeszcze przekonywać, że to nie jest takie proste jak on to sobie wyobraża, ale natychmiast sobie przypomniał, że ma bardzo pilną sprawę i musi już odejść, oczywiście bardzo żałuje, że nie może zemną dłużej rozmawiać. Podaje mi rękę na pożegnanie, ale już nie potrząsa jak przedtem. Pomyślałem -typowe załatwianie sprawy przez sługę, tylko on ma coś do powiedzenia, twoim obowiązkiem jest wysłuchać i nie komentować, a broń Boże się sprzeciwiać.-Amen.

Zatrudniłem się, ale wiadomo, że bez zawodu i kwalifikacji, mogę wykonywać tylko pracę podrzędne, to i zapłata nie jest wysoka, ale mam już własne pieniądze, które jakoś mnie dowartościowują. W między czasie poznaję dziewczynę, oczywiście siostrę w prawdzie. Sam się nawet dziwię, że chce wyjść za takiego gołodupca, no, ale jednak. Zaczynam odbijać się od dna. Oboje pracujemy, na tamte czasy dwie pensje, to już coś, chociaż na wiele rzeczy jeszcze brakuję, ale jakoś to będzie. Od rozmowy, (jeżeli to można nazwać rozmową).o której opowiedziałem już wyżej, minęło już kilka miesięcy. Któregoś wieczoru, odzywa się dzwonek przy drzwiach wejściowych. Otwieram, i kogo ja widzę? Brata, z którym nie dokończyłem rozmowy, zaraz po moim zwolnieniu, towarzyszy mu jeszcze inny brat. Wiadomo, jest późna pora będą nocować. Do 15-tej następnego dnia muszą przebywać w mieszkaniu sami. Po południu, już po obiedzie, brat zwraca się do żony z pytaniem –czy zechciałaby zostawić nas samych, bo chcą porozmawiać zemną. Żona, jako bogobojna siostra w prawdzie, spełnia życzenie braci i zamyka za sobą drzwi. -Widzisz bracie my przyjechaliśmy do ciebie, aby z tobą porozmawiać. Zemną? –Pytam -czym sobie zasłużyłem na takie względy, ale już domyślam się, czego ta rozmowa będzie dotyczyła. (Rozmowa nie przebiegała tak identycznie jak ja tu opisuję, bowiem od tego czasu minęło już ponad pięćdziesiąt lat, więc mogę coś w innej kolejności, przestawić, ale przedstawiam ducha tej rozmowy). Więc słucham. Zaczynają od tego, że mam tak wspaniałą żonę, bogobojną, że rozumie sprawy Królestwa i takie tam ochy i achy pod jej adresem. Za wszystkie twoje trudy, Jehowa cię wynagrodził taką wspaniałą żoną, i taki tam, kiciuś bajduś. Czekam na konkrety, bo nie po to przyjechali, aby wciskać kit, jakie to mam upodobanie w samym niebie. Bracia są wyrozumiali, że żony tak nie możesz opuścić, ale masz jednak dużo czasu, który mógłbyś oddać w służbie. Następuje teraz precyzyjne przeliczanie mojego wolnego czasu, jak lekkomyślnie go marnuję w domu. -Do piętnastej pracujesz, jedną godzinę zużywasz na obiad, potem potrzebujesz urąbać drewna, przynieść wody i pozostaje ci jeszcze coś do zrobienia, co jest konieczne, ale już następne sześć dni w tygodniu ten czas możesz oddać Panu. Teraz wielu braci tak postępuje -dodaje. –Dobrze muszę się zastanowić, porozmawiać z żoną –wtrąciłem. No tak, porozmawiaj -ale któryś z nich podochocony, że chwytam ich pomysł, wykorzystuje ten moment i zagaja: -wiesz, co bracie? Bracia mają jeszcze inną dla ciebie propozycję. -No jestem bardzo ciekawy. -Twoja żona pracuje, więc masz zapewnione materialne sprawy, mógłbyś oddać się pełno czasowo, a do żony zawsze możesz wracać, przecież ona zrozumie, co to jest praca na Niwie Pańskiej. Oczywiście wszystkie argumenty są uczciwie i rzetelnie potwierdzane przez cytaty z biblii, którą każdy, jeden taki egzemplarz, ma otwarty przed sobą. Takie dwie propozycję dostałem do rozważenia, oczywiście odpowiedzi nie muszę dać natychmiast, oni poczekają i przybędą za tydzień.

Nie! -Odzywam się -tygodnia nie potrzebuje do namysłu, bo propozycje są jasne i wyraźne, a żony też nie będę się pytał, bo jestem mężczyzną, głową domu, więc moja decyzja jest jednoznaczna i ostateczna, a co zadecyduję, żona przyjmie z pokorą -odparłem zdecydowanie. O, taka zdecydowana postawa podoba się, obojgu. Widać od razu, że Duch Boży przemawia przez ciebie. -Zanim odpowiem, którą wersje wybiorę, chciałbym coś powiedzieć. -Ależ oczywiście -wyrwał się jeden z braci, nie pamiętam ich imion, tym bardziej, jakie stanowiska piastują, nie było wtedy w zwyczaju tego oznajmiać a pytać tym bardziej, –ale powiedz tak krótko –zaraz dodał abym nie przeciągał sprawy. Hmm -zastanowiłem się. -Dobrze postaram się powiedzieć jak najkrócej. -Nie mam akurat przy sobie biblii, ale to nic nie szkodzi, będzie jeszcze krócej –wtrącam, -bo to, co chciałbym przeczytać z ewangelii, znamy tu wszyscy we trójkę. Chodzi mianowicie o przypowieść Jezusa o dobrym Samarytaninie i złych Izraelitach. –Ależ bracie, co to ma do rzeczy? Zaoponował jeden z braci. –Tak, właśnie, że ma, -kontynuuje -bo tam było dwóch dobrych i wiernych Żydów, i jeden obcy, podły Samarytanin, czy pamiętamy, kogo z tych pochwalił Jesus? -Ależ bracie wiem, co chcesz przez to powiedzieć, ale my myśleliśmy, że to już jest przeszłość, o której już i ty zapomniałeś, -nie wiesz jak to się mówi, co było a nie jest nie piszę się w rejestr? Czy chcesz w sobie pielęgnować nadal ten żal?  Ten zwrot o „pielęgnowaniu żalu” był wtedy takim modnym wytrychem ucinania niewygodnej rozmowy. Czy nie wiesz o tym, że należy wybaczać? Teraz, gdy Armagedon jest tak blisko jak nigdy, a ty pamiętasz jakieś stare nieistotne sprawy? Ja gwarantuje, że tu na tej mojej dłoni wyrośnie mi kaktus, jak do 1975 roku nie będzie Armagedonu. Ja ci zaraz przeczytam jak wierni Boży ludzie cierpieli dla Jehowy i dochowali wierności. Otwiera biblię i czyta całe zajście dotycząca przygody Hioba. Próbuję przerwać to czytanie, które znam już na pamięć, ale brat postanowił całe zajście przeczytać do końca. -Czy ten przykład cię nie przekonuje, że Jehowa cię doświadczał? –Nie! Akurat ten przykład mnie nie przekonuje –od parłem, i tu przypomniał mi się dialog, jaki prowadziłem z moim współ więźniem Apelbaumem. Na ten fragment biblijnej opowieści, Apelbaum odpowiedział mi mniej więcej tak: -To jest tak, jakby dwóch starych zażyłych kumpli, o coś się przed laty posprzeczali, a teraz spotkali się w portowej tawernie przy piwie i założyli się, kto postawi następną kolejkę, a zakładnikiem został biedny kulis, który ledwie powłóczy nogami gnąc się pod ciężarem każdej skrzyni, którą musi wynieść ze statku na nabrzeże, ci dwaj dokładali mu coraz cięższe skrzynie i czekali, pod, którą skrzynią wreszcie ten nieszczęśnik padnie. Jeżeli taki zakład był również powodem, aby nam zgotować Holokaust, to ja bardzo chciałbym zmiany takiego opiekuna. Tak mniej więcej też odniosłem się do tego przeczytanego fragmentu. Ale to jest bluźnierstwo! –Stwierdził jeden z nich. Nie, -odparłem –to nie jest bluźnierstwo, tylko taka logika wypływa z tego fragmentu, natomiast, co do bliskości Armagedonu, to już chrześcijanie za czasów apostołów oczekiwali drugiego przyjścia samego Pana Jezusa, ale byli tacy niedowiarkowie jak ja, że mówili: -„opóźnia Pan przyjście swoje”, za co obrywali od apostołów. Teraz też nie przyjdzie Armagedon ani teraz, ani w 1957 roku, ani w następnych latach, a kaktusy na pewno ci bracie nie wyrosną na dłoni, za to ręczę, natomiast ja będę robił wszystko, co jest możliwe, żebym nie skończył tak, jak siostra Hela. –Jaka, która, siostra Hela? -W tym Zborze jest tylko jedna siostra Hela jak mi się wydaje i wszyscy ją znają, i wy też ją dobrze znacie. -Odpowiadam. Nastąpiła konsternacja, ale jeden z tych braci zaraz się zreflektował, -i mówi, –i my przyszliśmy do ciebie, żebyś ty również nie skończył tak jak siostra Hela. To znaczy, że mówimy o dwóch różnych Helach –odparłem. Była to już ostatnia próba mojego ponownego „wychowywania mnie, w niezaradności”, nie miałem też już żadnej przyjemności spotkania się z braćmi z tego szczebla.

Ponieważ od tej chwili chciałem być „zaradnym”, nie miałem zamiaru w przyszłości narażać Organizacje na ewentualne straty, o wartości jednej szynki wieprzowej, lub jedną trzecią roweru, w zależności, jaki przelicznik się uwzględni, co równoważyło mniej więcej w tamtym czasie owe sporne 500 złotych, o które tak dzielnie zabiega ów Pan na tym Forum, i tak precyzyjnie wyliczył, tę moją fortunę, której podobno wszyscy mi zazdrościli. Ta fortuna, w przełożeniu na warunki więzienne, posiadała wartość czterech więziennych wypisek. Ponieważ w jednym miesiącu przypadły dwie takie wypiski, więc razem starczyło na dwa miesiące. To tyle. Zadziwia natomiast precyzja wyliczeń, jakiej podjął się ten Pan i z zadziwiającą dokładnością przeliczył potrzeby skazanego. No, no, tylko pozazdrościć takiej tęgiej ekonomicznej głowy. Nasuwa mi się tu pewna analogia z zamierzchłych czasów, gdy pewien ekonomista w mig obliczył ile można by było zgarnąć kasy, gdyby nie wylano owego olejku na głowę samego Mistrza. Mam tylko kłopot, bo nijak nie mogę sobie przypomnieć imienia owego słynnego ekonomisty –jednak wiek robi swoje –coś mi się majaczy jak przez mgłę, że nosił on mieszek za swoim Mistrzem.

Od tego zajścia, razem z żoną żyliśmy już tylko na obrzeżach Zboru. Nie byliśmy też informowani, o zachodzących nowościach. Czasem sporadycznie byłem proszony przez Sługę Zboru o wygłoszenie jakiegoś referatu, ale tylko dla jakiejś mało znaczącej grupy osób, gdy brakowało lektorów, inaczej mówiąc mówców. Regularnie przychodzono po comiesięczne godziny i na tym kończyły się bliższe kontakty. Jedyną osobą, która mnie, a właściwie nas z żoną nie opuszczała, była właśnie wspomniana już wyżej, siostra Hela. Taki stan przebywania na peryferiach Zboru, utrzymywał się mniej więcej do przełomu lat 1960/1970. Był to okres potrzebny, do łagodnego, prawie ewolucyjnego odejścia od Organizacji i stępienia odczuwanego ostracyzmu.

W połowie maja, przybyło do mnie trzech braci pod przewodnictwem Sługi Zboru w charakterze komitetu do wyłączenia mnie z Organizacji. Dwóch pozostałych członków komitetu widziałem po raz pierwszy. Bez przywitania, oznajmiono mi cel ich przybycia. Poprosiłem ich do mieszkania, aby w godny sposób mogli wykonać powierzoną im misję. Usiedliśmy przy stole, ja po jednej stronie, pozostałych trzech po przeciwnej stronie stołu. Pytanie było: czy wiem, jakie ciążą na mnie zarzuty? Odpowiedziałem, -tak, ale szczegółów nie znam -zaznaczyłem. Następne pytanie: czy poczuwam się do zarzutu i czy chciałbym coś powiedzieć, ewentualnie prosić komitet o możliwość wyrozumienia (czy coś w tym rodzaju)? Do zarzutu się poczuwam, jeżeli chodzi o drugi człon pytania, chciałbym się o coś zapytać. -Tak mogę pytać, warunek -pytanie ma być krótkie. Dobrze, pytanie będzie bardzo krótkie. Kontynuuje: -Znałem dwóch gospodarzy, jeden był bardzo złym człowiekiem, –ale to miało być krótkie pytanie –przerwano mi. -Oczywiście, pytanie będzie krótkie, przyrzekam, ale muszę wprowadzić tło, do pytania. Ten zły człowiek –kontynuuję -rozsypywał w swoim obejściu zborze, wykładał karmę dla dzikich zwierząt, ale zakładał sidła i wnyki, aby następnie łapać te zwierzęta i ptaki. Ten drugi gospodarz był natomiast bardzo dobrym, bo takim podstępnym procederem się nie trudnił, nawet okaleczone zwierzęta wnykami, leczył i wypuszczał na wolność. Pytanie jest krótkie: -do, którego gospodarza te zwierzęta bardzie lgnęły? Na to pytanie nie otrzymasz odpowiedzi –stwierdził przewodniczący. Dziękuję –odparłem, brak odpowiedzi jest dla mnie również odpowiedzią. -Z dniem dzisiejszym zostałeś wyłączony ze zboru, -stwierdził przewodniczący. Chyba nie musimy ci tłumaczyć, co to dla ciebie znaczy. Przyjąłem do wiadomości i wszystko jest dla mnie jasne –odparłem. Członkowie komitetu podeszli następnie do mojej żony i oznajmili jej, że ona może uczestniczyć we wszystkich zajęciach Zborowych. Żona odpowiedziała: mimo wszystko ja popieram zachowanie męża. Tak skończyła się moja, oraz mojej żony, przygoda z Organizacją.

Na początku mojego opowiadania opisałem mały epizod spotkania z oficerem MO w Wieluniu w niedzielny słoneczny dzień. Muszę wrócić do tego wątku ponieważ powyżej opisałem finał tamtego wydarzenia zakończony moim wyrzuceniem mnie z Organizacji. „Dziwny jest ten Świat” śpiewał kiedyś sam mistrz wokalistyki, Czesław Niemen. Ten epizod, który opowiem poniżej jest dalszym ciągiem tamtej historii, a raczej chichot tej historii jaki mnie się przydarzył. Gdy powróciłem po zwolnieniu mnie z więzienia, ów oficer, już w randze kapitana awansował na komendanta Komendy Powiatowej. Czas biegł dla mnie i dla niego. On zapomniał o mnie, ja nie przywiązywałem wagi do tamtej rozmowy, a raczej monologu. Ja zrobiłem już znaczne postępy w ocenie WTS-u, ale też w ocenie mojej przeszłości. Dla komendanta, los potoczył się niezbyt pomyślnie, po prostu choroba nie dała mu żadnych szans. Tej klasy notable wymagają pośmiertnej oprawy, dlatego wszystkie zakłady pracy otrzymały polecenie wydelegowania przedstawiciela ze sztandarem. Padło na mnie. Nawet się nie wzbraniałem. Pewnie, że to mój były antagonista, ale w takiej chwili nie wypada wyrównywać rachunków. A jednak to on miał rację –wtedy, bo później obie nasze ideologie, różne w prawdzie, ale jednakowo padły jak domek z kart. Chciałbym tu unaocznić, jak mój sposób postrzegania ludzi, może zmienić pogląd nawet do moich bezpośrednich antagonistów, w których chciałbym widzieć tylko człowieka. W tym przypadku, ten mój zwyczajny ludzki odruch, przez moich współ braci został potraktowany jako niegodziwy, a ewangeliczny przekaz o 77-krotnym wybaczaniu, stał się zwykłą ścierką do wycierania sobie ust.

Niezależnie od tego, czy sam odszedłeś, czy cię z premedytacją wyrzucono, abyś nie zarażał innych, czujesz się jednak nie komfortowo. Nagle znalazłeś się jak po drugiej stronie rzeki, bez łodzi, a most został zerwany i tylko z wysokości jego sterczących przęseł możesz jeszcze spojrzeć na drugi brzeg. Niezależnie od czasu ile upłynęło na tym nowym brzegu, mimo tego, że urządziłeś się tu od nowa, podstawiasz cichaczem drabinkę, aby wspiąć się na zerwane i zmurszałe czasem przęsła tamtego mostu i oczami wyobraźni zobaczyć i z sentymentem wspomnieć o tym, co tam zostawiłeś.

Jakby niebyło, niespełna trzy dekady byłem związany z tamtym brzegiem. Tam pozostali ludzie, z którymi wiązała nas nadzieja wymarzonego pięknego życia w Królestwie Bożym, wspólnie ponosiliśmy trudy, cierpienia i wyrzeczenia, dla tej nadziei, w którą wierzyliśmy i byliśmy skłonni poświęcić bardzo wiele, a nawet jeszcze więcej. To wszystko razem spaja, do tego stopnia, że nie możesz tych ludzi tak po prostu zapomnieć. Chciałbym tu o nich napisać. Niestety, nie posiadam tak pojemnej pamięci, żeby każdej takiej postaci poświęcić chociażby jeden akapit, dlatego ograniczę się tylko do postaci najbardziej wyrazistych, o których zobowiązałem się tę pamięć zachować. Te dwa wspomnienia, niech będą hołdem, dla tych dwojga i pozostałych, o których nic już nie napiszę.

W Organizacji istniało bardzo wielu, o których zapomnieć bardzo trudno, nie sposób jednak pisać o wszystkich, ale w pamięci pozostaną na zawsze. Jakby nie oceniać, z tymi osobami przeżyłem wiele pięknych dni, ale też wywarły one na mnie wiele wspaniałych cech, które towarzyszą mi do dnia dzisiejszego, i tak pewnie pozostanie. Poniżej opisze tylko dwie takie postacie, które wybitnie wcisnęły się w moje życie organizacyjne, a byłbym niewdzięcznikiem, gdybym o nich zapomniał.

Postacią, o której chciałbym opowiedzieć najpierw, był znany nam z wcześniejszych opisów, brat Janek. O jego roli, jaką odegrał w ponownym organizowaniu działalności na tym terenie, już pisałem, dlatego jeszcze tylko parę uzupełnień.

Janek kierował całą akcją, ja mu w tym pomagałem Tu była wymagana pewna rozwaga, i roztropność. Nie wiedzieliśmy jak przyjmą nas współwyznawcy. Jednych wprawdzie znaliśmy innych nie. Ci, do których docieraliśmy też nie wiedzieli, kim jesteśmy, bo jeżeli nawet nas znali nie było pewności czy nie jesteśmy wysłannikami UB, zresztą o takich prowokacjach już byliśmy uprzedzani przed lipcem 1950 roku, i takie prowokacje zdarzały sie naprawdę. Trzeba było nie lada wysiłku i zręczności by podołać sprawie i samemu nie wpaść w ręce prześladowców. Pominę tu wiele drobiazgów, o których już pisałem w postach, a których tam nie wiązałem bezpośrednio z nim, chciałem tylko powiedzieć, że jego dom, jego rodzina, była w najtrudniejszym okresie, zaangażowana w główną działalność łącznikową na tym terenie. U niego w domu gościło czasem nawet kilkanaście osób na raz, aby odbyć konspiracyjne zebranie. Osoby te schodziły się pojedynczo w ciągu tygodnia i rozchodziły się przez następny tydzień. Janek przyjmował te niewygody i cieszył się, że może w ten sposób służyć organizacji. Gdy organizacja po 1957 roku, zaczęła przeobrażać swoją działalność, usługi Janka staniały i przestały być potrzebne, więc z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, Janek schodził już na margines. Tak jak w starożytnym Egipcie, przyszedł nowy władca, który już nie znał zasług „Józefa”, więc odtąd, nikomu nie było do niego po drodze. Nikt nawet nie przyszedł by mu powiedzieć po prostu -dziękuje. Wielu z tych nowych sług, nawet nie wiedziało, kim naprawdę był Janek i jak wiele zrobił dla organizacji. Janek był zawsze człowiekiem pogodnym, w najgorszej sytuacji, zawsze potrafił zdobyć się na żart, czym rozładowywał nawet najbardziej przygnębiający nastrój, za co czasem był strofowany przez swoją żonę, ale takim był właśnie Janek.

Gdy spotykaliśmy sie już po „przejściach” często wspominaliśmy różne sytuacje, te groźne, ale on wracał zawsze do tych bardziej pogodnych czasem humorystycznych, bo i takich też było, ponieważ w konspiracji czasem dochodziło do nieporozumienia lub niezrozumienia umówionych znaków, co w konsekwencji sytuacje były naprawdę komiczne. Bieżących tematów raczej nie chciał poruszać, zawsze starał się zmienić tok rozmowy. Wiem, że czół rozgoryczenie, ale o tym unikał jakiejkolwiek rozmowy. Dopiero jego żona, któregoś dnia nie wytrzymała, i wyjaśniła to poglądowo. Wzięła owoc cytryny rozkroiła, i z jednej połowy wycisnęła sok do szklanki i powiedziała: -”to, co robił Janek jest w tej szklance, a on sam jest tym, co po nim zostało” i pokazała w dłoni wyciśniętą skórkę, którą potem wrzuciła do śmietnika.

Siostra Helena, nazwiska jednak nie wymienię, ale imię jest prawdziwe, powszechnie była znana, jako –siostra Hela. Nie wymienię skąd pochodziła, ani też ostatniego miejsca zamieszkania. Mimo takiego pominięcia jej danych, wielu może ją rozpoznać, ponieważ była znana dość powszechnie, a już w gremiach organizacyjnych na szczycie, znana była wszystkim. Zanim poznałem ją osobiście, wiele już o niej słyszałem, bo ona była już legendą. Była to bardzo prosta kobieta wiejska, o nieco startym i chrypliwym głosie, ale w głosie tym było bardzo dużo ciepła i po prostu ludzkiej życzliwości. Wtedy miała około (?) lat, jak byśmy to dzisiaj lakonicznie powiedzieli „kobietą po przejściach”. Gospodarstwo rolne oddała dzieciom, a sama pełna wiary i zapału, oddała się pełno czasowo w służbie dla Jehowy. Została pionierką. Na rozklekotanym rowerze, który był jedyną jej własnością, przemieszczała się od wsi, do wsi głosząc „dobrą nowinę o królestwie”. Często przez tych ludzi wyszydzana, wyrzucana za drzwi, często ją pobito, psuto jej już i tak zdewastowany rower. Wszystko to siostra Hela przyjmowała z pokorą i traktowała swoje przygody jako dar od Jehowy, że może przyjmować prześladowania dla Niego. Jej opowieści słuchało się z zapartym tchem, a miała zawsze co opowiadać. Kiedy siostra Hela opowiadała, nikt nie miał odwagi jej przerywać, tego, po prostu każdy chciał słuchać. Jej „doświadczenia” były znane w całej Polsce, bo były opisywane w dodatku do „Strażnicy”, a nawet opisywane w „Przebudźcie się”, z tych opisów znana była na całym Świecie. Gdy z 2/3 lipca 1950 roku władze PRL aresztowały już resztkę kierownictwo w Łodzi przy ul. Rzgowskie 24, zwykły przypadek sprawił, że tej nocy tam się znalazła, więc siostra Hela została zaliczona do tegoż kierownictwa i podzieliła ich los. Pół roku przebywała w lochach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, została wypuszczona, jako mało „użyteczna”. Podczas przesłuchań, potrafiła swoim zachowaniem i odpowiedziami w zeznaniach, tak skutecznie zdezorientować śledczych, że ci uznali, iż mają przed sobą prymitywną i nieokrzesaną wieśniaczkę, która tylko zbiegiem okoliczności znalazła się w ich posiadaniu. Gdy po pierwszym szoku, organizacja zwarła szeregi i odnowa okrzepła, siostra Hela weszła w wir podziemnej działalności.

Jej nierzucająca się w oczy sylwetka, była cennym nabytkiem w tej nowej rzeczywistości. Znalazła się z powrotem w swoim żywiole, wprawdzie już w innym charakterze, ale w ten sposób chciała służyć Jehowie jak mawiała, jeżeli miała ku temu możliwości. W całym tym okresie jej praca skupiała się na czysto konspiracyjnej działalności. Przewoziła z pogranicza kraju źródłową literaturę, pracowała w powielarni, czyli „piekarni” jak zawsze mówiła, rozwoziła urobek na miejsca rozdziału. Przewoziła i nosiła ciężkie torby z farbami drukarskimi, papier do powielania itp. potrzebne artykuły. Była łącznikiem, gdy w trudnych okolicznościach było potrzeba kogoś przemieścić lub przewieść pilną wiadomość. Wszystko to często wymagało szczególnej ostrożności, dlatego wybierano odpowiednie dni pogody, zawsze najgorsze z możliwych. Siostra. Hela była zawsze do dyspozycji, nigdy nie zawiodła. Potrafiła wychodzić z najtrudniejszych opresji, tylko Ona była wstanie podołać najtrudniejszym zadaniom i wyśliznąć się milicji z osaczenia.

CDN
« Ostatnia zmiana: 25 Sierpień, 2015, 19:09 wysłana przez Lebioda »


Offline Lebioda

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #4 dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:43 »
Po roku 1957 w kraju nastąpiła niewielka odwilż polityczna. Organizacja Św. J. powoli przeorientowała się na inny sposób działania w podziemiu. Dla siostry Heli zarysował się lepszy okres. Odtąd nie musiała już ponosić trudu jaki ponosiła przez minione sześć lat. Następowało nowe. Wiek i siły też dawały znać o sobie, więc siłą rzeczy musiała poddać się nieubłaganemu czasowi i ograniczać dotychczasowy tryb życia i ciągłą aktywność. Wtedy nagle zauważyła, że nie jest już niezbędna, a ona sama staje się niepotrzebnym balastem. Wiele rodzin Św. J. chętnie przyjmowało siostrę Helę pod swój dach, ponieważ była jeszcze legendą, ale na dłuższy okres stawała się już uciążliwa. Sama zrozumiała, że tak naprawdę z dnia na dzień pozostała sama, bez środków do życia, bez domu, bez renty i do tego jeszcze bez sił i zdrowia, a na dodatek jeszcze ten balast nieubłaganego wieku. Dotychczasowa legenda przechodzi w zapomnienie. Siostra Hela pomimo tego dalej chce służyć Jehowie. tak jak potrafi, dalej chodzi, od domu, do domu by głosić ewangelie o królestwie Bożym. W pewnym mieszkaniu napotkała starszego samotnego mężczyznę, który wziął od niej pismo. Kilka odwiedzin, i dwie zagubione samotne dusze zrozumiały, że się właściwie odnaleźli. Pobrali się

Uśpiona i zapomniana dotąd żywa legenda, zostaje odkurzona, ale już w innym kontekście. Przez zbory przeszła elektryzująca wieść. ”Hela, (ale już bez dodatku siostra), wyszła za- katolika!!!” Jej osoba stała sie znowu znana, ale już bezimienna, jako „pewna siostra”. W Polskę poszły nowe opowieści, ale już, jako ostrzeżenie. Oto „ pewna siostra”, która była bardzo gorliwą, wieloletnia pionierka, ugruntowana, -teraz odchodzi od Jehowy. Wyszła za mąż za katolika, w ten sposób przekreśliła swoją wiarę i nadzieję.

Hela nigdy nie odeszła od organizacji Św. J. Trwała do końca, chociaż odtąd była już tylko tam na obrzeżach ledwo tolerowana. Jej mąż wspomagał ją do końca. Był to bardzo wartościowy człowiek, chociaż Św. J. nigdy nie został. Ona osobiście wierzyła, że to sam Jehowa, zesłał jej tego człowieka, bo organizacja wolała o nie po ludzku zapomnieć. Oboje często bywali u mnie w naszym mieszkaniu, bo tu czuła się dobrze, mieliśmy sobie dużo do opowiadania o swoich przeżyciach, wspominaliśmy swoje dzieje. Te opowiadania i wspominania należały jednak do wspomnień sentymentalnych, za utraconym czasem, za tymi, rozproszonymi, których nie sposób się doszukać, z którymi można znaleźć wspólny język, którego dzisiaj nikt nie rozumie. Myśmy się rozumieli. W jej opowiadaniu wyczuwałem pewną nutę zawiedzenia, ale tego nigdy nie powiedziała wprost, po prostu się nie skarżyła. Swoją gorycz odrzucenia na peryferie organizacji, przyjmowała, jako osobistą ofiarę dla Jehowy. Osobiście wraz z żoną utwierdzaliśmy ją w tym przekonaniu. Nie miałem odwagi wyprowadzić jej z tego błędu, bo tylko ta wiara była dla niej tą podporą jej radości życia.

Takich Janków, Janek, Hel, można wymienić więcej, o wiele więcej jest jeszcze tych bezimiennych, o których nikt nie wspomni, odeszli w zapomnienie. Jednych Organizacja wyrzuciła z premedytacją, inni odeszli, bo nie widzieli się już dalej w tym zbiorowisku, ale są też tacy, którzy, na obrzeżach Zborów resztkami sił fizycznych, cicho i pokornie chcieli i chcą służyć Jehowie. Te osoby życie mieli, lub jeszcze mają, już za sobą, oni zawsze wierzyli i wierzą, że ich życie nie było zmarnowane, a ich czyny zostały przez Jehowę, zaliczone i będą mieli obiecaną nagrodę, dlatego chcą pozostać chociażby na obrzeżach organizacji. Czy można tym osobom odebrać tę wiarę? Kto zdobyłby się na odwagę, aby tym osobom powiedzieć, wprost, że ich życie nie miało sensu? Ja taki odważny nie jestem, a poza tym, nie mam prawa odbierać im tej wiary i nadziei, w którą jeszcze mogą tylko wierzyć.

Do tej rzeszy bezimiennych bohaterów dołączyłbym również te dzieci w różnym wieku, które w tamtym czasie wykonywały bardzo ważną pracę konspiracyjną, którą dorośli im zlecali przy przenoszeniu korespondencji, byli łącznikami, często brali udział przy zabezpieczaniu ważnych zebrań stojąc na czatach. Doskonale potrafiły wprowadzać w błąd przypadkowych niechcianych „gości”. Te dzieci same w sytuacjach ekstremalnych musiały umieć się zachować. Pamiętam przypadek, kiedy sześcioletnia dziewczynka lalką zasłoniła prześwit światła, które przesączało się przez niedokładnie zasłonięte okno. Takich bohaterskich czynów było dużo, nie zawsze zauważone, rzadko zapamiętane, a częściej niebrane w ogóle pod uwagę. Te dzieci są teraz już dorosłe. Pewnie też po ludzku nie pamiętają to, co robiły, lub uważały, że nic takiego nie wykonały, po prostu wykonywały swoje obowiązki wobec rodziców. Tylko, że te zwykłe „obowiązki” czasem pomagały wyjść z bardzo trudnych tarapatów. Piszę o tych dzieciach, bo o nich też należy pamiętać bez względu na to, po której stronie Organizacji teraz stoją.

To moje przejście na drugi brzeg rzeki, bez możliwości powrotu nastąpiło natychmiast po orzeczeniu komitetu, ale sam proces przechodzenia następował powoli i systematycznie, początkowo nawet bez mojej woli. Nie jest tak prosto zostawić tylu życzliwych sobie przyjaciół i nagle zatrzasnąć za sobą drzwi. Moja zdecydowana postawa, miała tylko wybić braciom z głowy, że moja osoba nie będzie uczestniczyć w organizacji, jako bezwolne narzędzie. To było dopiero pierwsze zdecydowane przeciwstawienie się. To była wydobyta przeze mnie na głos odwaga powiedzenia tego, co przedtem nie mogło powstać nawet w mojej myśli. Gdyby zachowanie się wobec mnie tych dwóch braci, było bardziej stonowane, bez wyliczania mojego czasu wolnego, i straszenia bliskością Armagedonu, w co zdecydowanie przestałem już w tedy wierzyć, próbowałbym im wyperswadować to bardziej po bratersku. To był sprowokowany impuls, którego potem nawet żałowałem, bo pomimo wszystko, odejście z organizacji jeszcze wtedy nie przechodziło nawet prze moją myśl. Od tej pory rozpoczęła się dopiero moja wewnętrzna walka sama ze sobą. Ze sprzecznością, z którą przyszło mi się dopiero rozprawić, ten konflikt narastał i potęgował się z dnia na dzień.

Proszę sobie wyobrazić i postawić siebie w sytuacji. W maju 1957 roku zostałem zwolniony z więzienia za odmowę służby wojskowej, a już jesienią tegoż roku otrzymuje wezwanie na komisje wojskową w celu odbycia służby wojskowej. Wewnętrznie byłem rozdwojony. Nie byłem już tak bardzo przeświadczony o słuszności odmowy, ale zerwanie więzów z organizacją też było dla mnie nie do pomyślenia. Waliła się też misternie budowana moja koncepcja ułożenia sobie nowej, jeszcze nie drogi, ale ścieżki życia, którą rozpocząłem dopiero sobie wytyczać. Jednym wejściem listonosza z wezwaniem, rozwaliło wszystko. Sens życia, i marzeń, które rysowałem jeszcze w Sieradzu, teraz znowu wszystko wróciło do początku. Przede mną miesiąc walki wewnętrznej ze samym sobą i w zupełnej samotności. Na komisji lekarz orzekł, że niedawno przebyta operacja wyrostka, jest zbyt świeża, ale to nie przeszkadzało, żeby pół roku później wezwać mnie ponownie na wiosenny pobór. Ile i jak często, można przeżywać tego rodzaju dylematy, czy Bóg jest tak bezwzględny, aby ciągle wystawiać mnie na nową próbę? Zaczyna narastać wewnętrzny konflikt z samym Bogiem, który potęguje się w miarę przybywania nowych nieprzewidzianych problemów. Ledwo, na razie uporałem się z poborami, bo przeniesiony zostałem do rezerwy, Jehowa postawił nową barierę, -wybory. Odnowa trzeba być bardziej posłusznym Bogu niż ludziom. W rezultacie żonę zwolniono z pracy, za niepójście na wybory, a za to samo przewinienie, mnie nie zwolniono, bo fizyczną pracę w budownictwie uważano, jako odpowiednią dla mojej postawy.

Jak bardzo łatwo było cierpieć dla Jehowy w więziennej celi, leżąc na więziennej pryczy wpatrzony w sufit i szukać na nim rozwielitek, czy geograficznych kontynentów. Różnica polegała na tym, że wtedy miałem nadzieje wyjścia, teraz groźbę powrotu. W tamtym miejscu, nic więcej spotkać mnie nie mogło, teraz, co krok nowa rozterka kłócąca się z prawem Bożym i prawem ludzkim. Znowu przypominam sobie rozmowę z Apelbaubem, który ortodoksyjne przestrzeganie zasad, traktował, jako tradycję, którą można praktykować w zaciszu domowym, w rodzinie i wśród swoich, natomiast tu na zewnątrz lepiej sie tymi wartościami nie wspierać i na łaskawość niebios nie liczyć. Łatwo powiedzieć. A ja rozdarty sam w sobie chcę trzymać przysłowiowe dwie sroki za ogon. Pomimo tych przeciwności, muszę nauczyć się zawodu. Przecież wiecznie nie będę pomocnikiem murarza na budowach. Chcę się uczyć, a to koliduje z prawem Bożym i Organizacją, bo podobno lepiej być jednookim i wejść do Królestwa Bożego, niż z dwoma oczami iść na zatracenie w zbliżającym się Armagedonie. Żeby to wszystko pogodzić, potrzeba wystawić Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Tak można, tylko nie w Organizacji Świadków Jehowy, gdy wszyscy zwracają na ciebie wzrok, a od ciebie zależy czy cię uznają, czy odrzucą i nie jest ważne jak zachowałeś się już ileś tam razy, ważne, co zrobisz tym razem. Nikt nawet nie pomyśli, że ten ostatni raz, jest już dla ciebie o jeden raz za dużo.

Tego rozdwojenia, nie może sobie wyobrazić ten, kto takich rozterek nigdy nie musiał podejmować. Wyznawcy K.K., jest łatwiej pogodzić się z zerwaniem lub zaniechaniem pewnych praktyk, ponieważ większość wyznawców i tak nie przestrzega wszystkich praktyk, niektórzy praktykują tylko wybiórczo. Jest to wprawdzie naganne z punktu widzenia katechizmu, ale nikt z tego powodu nie jest skazany zaraz na anatemę. Dziwić się tylko mogę temu, że wielu członków organizacji, zalogowanych na tym forum, potrafi być w zgodzie z własnym sumieniem i organizacji, i nie być rozerwanym wewnętrznie. Już czytając wypowiedzi tych członków wyrażone w postach, zastanawiam się i pytam samego siebie: -co stało się z tymi bezkompromisowymi siostrami i braćmi, co się takiego musiało wydarzyć w Organizacji, że ci członkowie bezkarnie mogą buszować na tym forum, gdy mnie wyrzucono tylko za zadawanie pytań, na które chciałem jasnych odpowiedzi, zresztą te pytania układałem z taką nadzieją, po słynnych rozmowach z Apelbaumem.

Słałem pytania do organizacji. Odpowiedzi przychodziły lakoniczne, mniej więcej takiej treści: -małe dzieci potrzebują mlecznego pokarmu, ale dorosłym przysługuje twardy pokarm i za tym szły wypisy wielu cytatów i wersetów biblijnych i zalecanie przeczytania ponownie odpowiedniej Strażnicy. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi wiążącej związanej z pytaniem, lecz były to karcące wycieczki ze wskazaniem: -ty, jako doświadczony brat zamiast innych uczyć, sam nauki potrzebujesz? Ostatnie pytanie ostatecznie przechyliło kubek goryczy. Zapytałem mianowicie jak należy zrozumieć pewną „pozorną” niekonsekwencję wynikającą z czytanej ewangelii. Z ewangelii Jana wynika, że Jan ochrzcił Jezusa w Jordanie przy bardzo spektakularnym widowisku i oprawie. Jan wzbrania się, aby mógł ochrzcić Jezusa i pokazuje, że nie jest godzien nawet zawiązać sznurówki przy jego sandałach, potem wskazuje na Jezusa, jako Baranka Bożego, który gładzi grzechy Świata. Dalej Duch Boży spoczywa na Jezusie w postaci gołębia. Wszyscy słyszą znamienne słowa: -Ten jest syn mój…, pewnie to wszystko widzi i słyszy Jan, który właściwie jest głównym uczestnikiem tego wydarzenia. Tymczasem tenże sam Jan będąc uwięziony, śle posła z pytaniem: Czy Ty jesteś ten, czy innego oczekiwać mamy? Niezależnie od tego, mimo tak oczywistej deklaracji wobec Jezusa, Jan prowadził równoległą działalność, a może nawet konkurencyjną, ze wszystkimi odrębnościami, a nawet powstają transfery apostołów do konkurencji. Okazuje się, że mimo zakrojonej szerokiej działalności Jezusa ze spektakularnymi widowiskami nawet astronomicznymi, Ruch Joanitów nie upada, wręcz rozwija się, posiada własnych kaznodziejów, którzy nic nie słyszeli o Jezusie, Jego chrzcie i zmartwychwstaniu, jak o tym dowiadujemy się z dalszej lektury nowego testamentu. To stawia w bardzo nie korzystnej sytuacji Jezusa ewangelicznego. No i stało się to, co stać się powinno Uzbierało się tego tyle, że wylało się z brzegów. Przyszedł komitet i orzekł jednoznaczne postanowienie, albo jesteś z nami i nie zadajesz głupich pytań, albo jest nam z tobą nie po drodze, bo siejesz wśród nas zgorszenie. Oto ostateczna odpowiedź!

Pójście do szkoły średniej, było początkiem mojej drogi po równi pochyłej. Rozpocząłem moją karierę zawodową w kolejnictwie. Do 1967 roku wszelkie awanse na tej drodze wstrzymywał ciążący jeszcze na mnie wyrok Sądu Wojskowego. Zaraz, kiedy miną termin mojej „karencji”, zwróciłem się o zatarcie karalności. Teraz, postanowiłem już nigdy nie pytać się mojego sumienia, czy krok, który podejmuje jest zgodny z prawem Bożym. Nie mam nic przeciwko prawom Bożym, jeżeli te prawa służą człowiekowi, jego egzystencji i jego dobru, one nie powinny mu tylko przeszkadzać. Tych moich poglądów nie głosiłem dookoła siebie, ale nigdy się z nimi nie kryłem. Mimo takiego radykalnego stanowiska, nigdy nie brałem pod uwagę dobrowolnego opuszczenia organizacji. Gdy brat, sługa Zboru oznajmił mi postanowienie komitetu, przyjąłem to ze zrozumieniem. Tak oto zostałem na drugim brzegu rzeki, a zerwanego mostu nikt już nie naprawi.

Odcinek siedemnasty, wprawdzie zakończył moją opowieść związaną z przygodą w Organizacji, ale nie kończy wszystkiego. Wciągu publikowania tych postów, wielu Forumowiczów domagało się pewnych wyjaśnień, a niektórzy zadawali wprost pytania. Na niektóre odpowiedziałem już bezpośrednio w postach, na inne postawione wnioski i pytania, postaram się odpowiedzieć w tym poście. Następny post już ostatni, poświęcę tylko jednej postaci, -kontrowersyjnej wprawdzie, ale nie wybiegajmy do przodu.

Zostałem bardzo podbudowany wypowiedziami Alice i gedeon’a. Właśnie ta myśl była mi przewodnikiem, aby wskrzesić pamięć tamtych czasów i tych postaci, którzy bezgranicznie wierzyli Organizacji, jako kierowanej przez samego Jehowę, że mogli tak bezinteresownie się jej poświęcić. Jak pięknie wyraziła to Alice

..., życie takich osób miało i ma sens, tylko nie taki, jakiego oni sami chcieli, nie taki, jakiego się spodziewali. Ja wierzę, że ich przeżycia, pamięć o nich i wyciąganie z nich lekcji jest drogą człowieka do religii o bardziej "ludzkim" obliczu.
(...)
Ale trzeba mówić. Trzeba się dzielić swoimi doświadczeniami tak, jak to robisz między innymi Ty. Wierzę, że trzeba walczyć z tyranami i uzurpatorami w każdej dziedzinie życia. Pierwszym krokiem w tej walce jest zdobycie wiedzy. Cenną cząstką tej wiedzy są wspomnienia z życia Hanki, Janka i (...)

Ja tylko dodam od siebie, że ta pamięć jest potrzebna, bo Organizacja tych skreśliła ze swojej listy, jako już nieużytecznych, bo niepotrzebni mogą odejść, co pewnie miał na myśli adam wyrażając się następująco:

Osoby takie jak Lebioda i inne, których on wymienił, przez lata z ogromnym poświęceniem starały się o rozwój organizacji wierząc, że tego chce Bóg.(…). I w zasadzie wszystkie osoby starające się o różne rodzaje służby Bożej powinny to czynić wyłącznie dla Jehowy nie licząc na ludzką wdzięczność i pomoc. Tak naucza ewangelia a praktyka życiowa pokazuje, że nieraz można liczyć wyłącznie na pamięć i pomoc ze strony Boga, w przyszłym systemie rzeczy spodziewając się stosownych efektów.

adam’ie jak wpadłeś na takie genialne spostrzeżenie? Jaka to niepowetowana szkoda, że Ciebie nie było na początku lat 50-tych. Ilu takich naiwniaków jak ja i mnie podobnych, „…wierząc, że tego chce Bóg”, pewnie uratowałoby się dla Organizacji, chociaż w przyszłym systemie rzeczy mieliby stosunkowo mniej efektów, jak Ty to nazywasz, ale jednak coś by się znalazło. Czy nie pomyślałeś o tym, że Twoje porady są spóźnione o pół wieku? Czy nie czujesz się za to odpowiedzialny, że z powodu Twojej „opieszałości”, Organizacja nas, naiwniaków powyrzucała na zatracenie wieczne? Ale nie przeżywaj adam’ie tak dosłownie tego, co wyżej powiedziałem, bo zawsze najlepsze porady są, te spóźnione –przekonasz się w życiu jeszcze, i to nie raz.
 
W duże zakłopotanie wprowadził mnie Cypisek, bo naprawdę mam kłopot z odpowiedzią. Chcąc Mu odpowiedzieć, poniżej przytoczę to, co sam napisał:

historia zacna, ale czy to nie jest tak Lebiodo, że Twój kompan Apelbaum, zaszczepił CI nie tyle niechęc do organizacji, co do samego Boga? (.... ) Lebiodo, czy dalej po latach z dala od organizacji, wierzysz w Boga i fakt, ze oddał swojego syna na okup za wielu. Jutro 14 Nisan, tak przy okazji...czy to dalej dla Ciebie ważne święto??

Otóż z tym „kompanem” jak go nazywasz, nigdy koni kraść nie chodziłem, żeby teraz siedzieć w jednej celi i takie eskapady sobie z rzewnością wspominać. Bardzo mi przykro, iż nie dość wyraźnie napisałem, za co zostałem skazany, chyba, że wszyscy tu przebywający więźniowie wg Ciebie są „kompanami” sami siebie warci. Już mi ręce opadają. Apelbaum był jednym z, wielu, którym zawdzięczam widzenie świata z innej perspektywy, czego z Organizacji nie wyniosłem, ale o tym wspomnę jeszcze trochę później. Jeżeli chodzi o pozostałe interesujące Cię sprawy, mógłbym Tobie odpowiedzieć, gdybyś inaczej sformułował pytania. Wielu z nas opuszczając Organizację, nie zrobiło tego po to, żeby z powrotem wchodzić w jałowe dysputy i spierać się o to, co było pierwsze, jajko, czy kura i wrócić do początku, aby udowodnić, kto jest bardziej czy mniej prawdziwie wyznającym jedyne prawdy. Mam wrażenie, że jeżeli doczytasz ten post do końca, znajdziesz częściową odpowiedź na dręczące Cię pytania.

Tak na forum napisała moniq.

Snuj dalej swą opowieść, świetnie to się czyta, po raz pierwszy na tym forum nie mam poczucia straconego czasu. Mam nadzieję, że doczekam się rozwinięcia stwierdzenia, iż organizacja ŚJ nie jest organizacją Bożą. Znalazłam się na rozstaju dróg. Jakkolwiek potoczą się moje losy wdzięczna jestem, ŚJ za otwarcie mi oczu na pewne sprawy. Ogromne wyrazy szacunku w Twoją stronę Lebiodo.

Otrzymać takie pochlebstwa, jeszcze od Kobiety? Dziękuję! Na wytłuszczone przeze mnie stwierdzenia, postaram się odpowiedzieć, to znaczy, że Ty musisz sobie odpowiedzieć, a ja powiem Ci tylko, jak ja sobie z tym poradziłem. Niech, zatem to, co poniżej napiszę, będzie ostatnią częścią moich rozważań, na moich rozstajnych drogach, gdzie znalazłem się po drugiej stronie rzeki bez łodzi i z zerwanym mostem, bo Organizacja nie pozwoliła nawet wegetować na jej obrzeżach.

Długo zastanawiałem się, jaką mam dać Tobie odpowiedź. Czy Organizacja jest Organizacją Bożą? O dziwo! Ja tę odpowiedź, znalazłem … -W parze. Tak, takiej zwykłej parze, która powstaje przy gotowaniu wody. Ależ to nie fatamorgana, ani żadne czary. Po prostu na przełomie 18/19 wieku zapoczątkowany został „Wiek Pary” później dodano jeszcze i „Elektryczności”. Jeżeli wpadną Ci do rąk jakieś stare rozprawki na temat wieku pary, to tam znajdziesz prapoczątki dzisiejszej organizacji pod nazwą „Świadkowie Jehowy”. Nie wiem jak te prapoczątki są komentowane współcześnie, ale jeszcze w literaturze organizacyjnej, za moich czasów, właśnie ten produkt powstały z podgrzanej wody, był traktowany, jako przełom, który doprowadzi Świat do jego końca. W tym czasie jak grzyby po deszczu, na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, powstawały ruchy religijne o profilu apokaliptycznym. Powstaje wtedy wielu samozwańczych wizjonerów, wieszczących koniec Świata. Bo jak można sobie wyobrazić inaczej, że takie nieczyste siły jak para wodna, może poruszać martwe machiny bez użycia siły ludzkiej czy zwierzęcej. Jednym z takich wizjonerów, był właśnie Charles Taze Russell. Nie był on jedyny, on był jednym z wielu, i włączył się do tzw. Ruchów badackich już stosunkowo późno. Nadzwyczajne byłoby to, gdyby Russell nie był Amerykaninem i nie tam rozpoczął swoją misję. Nie będę pisał historii Świadków Jehowy, bo ta jest już napisana. Problem polega na jej odczytaniu, ale aby tę historię prawidłowo odczytać, należy zdjąć z niej sakralną powłokę nałożoną przez Organizację. Wtedy zauważymy, że jej powstanie i rozwój do czasów współczesnych, podlega takim samym procesom, jakie zachodzą w każdej innej organizacji, stowarzyszeniu, partii politycznej i innych ruchów społecznych. Wszędzie spotykamy wzloty i upadki, rozłamy na lepsze i gorsze frakcje, na bardziej i mniej prawdziwe, wzajemne animozje, oskarżenia o zdrady oraz słynne „oczyszczania”, tak bardzo nękające Organizację Świadków Jehowy na przestrzeni swojej historii. To tyle, i aż, tyle, co chciałem wyrazić osobiście. Bardzo świetnie, podając wiele przykładów, potwierdza ten mój powyższy wywód, również jeden ze Świadków Jehowy piszący na tym Forum pod nikiem –adam. Ponieważ ten wpis jest bardzo wymowny, przytoczę go w całości.

Świetne opowiadanie oparte na bezpośrednich doświadczeniach. Ale przypadek Lebiody niewiele się różni od wielu bohaterów w innych dziedzinach. Kiedy sytuacja się zmienia i wartość ich usług gwałtownie spada, często pozostają sami i zapomniani a uwaga ogółu koncentruje się na tych, którzy aktualnie pełnią funkcje kierownicze w znacznie łatwiejszych i przyjemniejszych warunkach, są lepiej przygotowani i propagandowo skuteczni. Zobaczcie co się stało z bohaterami wojennymi- często po wojnie jako inwalidzi żyli w nędzy i nikt się nimi nie interesował. A z bohaterami " Solidarności"? Część z nich dostosowała się do nowych warunków i zrobiła karierę, wielu z nich zostało bezrobotnymi, bez środków do życia i zapomnianymi.

Nic innego nie miałem na myśli, pisząc o tym, że Organizacja Sw, J. nie jest Organizacją Bożą, ponieważ trapią ją te same przypadki, jakie istnieją po za nią. A oto, co dalej pisze moniq:

Jakkolwiek potoczą się moje losy wdzięczna jestem ŚJ za otwarcie mi oczu na pewne sprawy”.

Nic dodać, nic ująć. Mam identyczne spostrzeżenie. Dzięki temu „otwarciu” moje losy potoczyły się tak jak to już opisałem, tylko, że ja poszedłem trochę dalej, ale to nie znaczy, że sugeruję Tobie lub komukolwiek, aby poszedł tym samym tropem. Twój wpis zainspirował mnie tylko do tego, że postanowiłem napisać o sobie to, czego oczekuje pewnie wielu tych, którzy tu wchodzili, aby to poczytać, i dowiedzieć się jak zachowałem się na rozstajnych drogach, gdy ostatecznie którąś z tych dróg powinienem pójść.

Jak już to pokazałem w opisanych odcinkach, tej mojej wędrówki, biblia była moim drogowskazem. Może powiem to bardziej wyraziście, biblia według interpretacji Organizacji Świadków Jehowy, była moim drogowskazem, która ostatecznie doprowadziła mnie do rozstajnych dróg i tam pozostawiła samemu sobie. Może nie zupełnie samemu sobie, bo towarzyszyła w dalszym ciągu, zresztą towarzyszy też i teraz, lecz już nie w charakterze drogowskazu, ale jako doradca, w której zgromadzona jest życiowa mądrość wielu pokoleń ludzkości. Jednak, abym zaczął korzystać z tej mądrości, musiałem wykonać mozolną pracę, polegającą na zerwaniu z niej bardzo szczelnie przylegającej sakralnej otoczki. Zerwanie tej świętości, nie przyszło tak łatwo. Polegało to na przeczytaniu ogromnej ilości literatury, a zapoczątkowało to, przypadkowym wejściem na strony książki pt. „Jefte i jego córka” według Liona Feuchtwangera specjalizującego się w beletryzacji postaci biblijno historycznych. Oczywiście takim prapoczątkiem, że w ogóle odważyłem się sięgnąć po taką literaturę poza strażnicową, były rozmowy zapoczątkowane z Apelbaumem. Nie będę szczegółowo opisywał poszczególnych etapów, moich wewnętrznych przewartościowań, ponieważ nie mam zamiaru przemycania, a tym samym propagowania moich, i przeze mnie wypracowanych wizji tego skomplikowanego Świata.

Chciałbym się odnieść też do tych wszystkich przedstawicieli Organizacji, którzy w jej imieniu zachowali się w stosunku do mnie, ( ale i nie tylko), tak, jak się zachowali. Nie mogłem oczekiwać pogłaskania mnie po główce, że nic się nie stało. Nie było ich obowiązkiem wchodzić w szczegóły, z jakiej przyczyny nastąpiła taka zmiana w mojej świadomości. Dla tych przedstawicieli byłem tylko „psem powracającym do zwracania swego, czy umytą świnią tarzającą się ponownie w błocie”. Zastanawiam się, jak zachowałbym się ja, osobiście, w ich sytuacji. Na pewno miałbym inne podejście, bo z natury jestem wyrozumiały dla ludzkich problemów, co nie znaczny, że nie wykonałbym polecenia organizacji, tym bardziej, gdybym tak przekonywująco jeszcze wierzył w bliskość Armagedonu. Nie mogę żywić dla nich jakiejkolwiek urazy, bo to >ja muszę ich rozumieć, oni nie mają takiego obowiązku, aby wyrozumieć mnie<. Jestem przekonany, że bracia, którzy tak chętnie wtedy poświęcali swoje dłonie na poletka do wzrostu kaktusów, po 1975 roku powiększyli grono exów.

Okres pomiędzy słynnymi „kaktusami” i wykluczeniem, był okresem dość długim, ale był to okres powolnego odcinania pępowiny. Przebywanie na obrzeżach, nie był już tak dynamiczny, więc i opisywanie tego okresu jest mniej ciekawe.

Będąc związanym z Organizacją przez tak długi okres czasu, miało to też wpływ na moje dalsze życie. Pewne cechy, nawyki, a nawet pewien styl życia, pozostał nawet w podświadomości do dziś. Często zastanawiam się tak zupełnie na jawie, jak ułożyłoby się moje życie bez Organizacji, ale zaraz sobie samemu odpowiadam: po prostu nie wiem, bo wkraczam wtedy w sferę gdybania. Na pewno byłoby inne, tylko, jakie? Wiem, że tej odpowiedzi nie będzie i nie wgłębiam się w żadne domysły, dlatego z bilansu zysków i strat, biorę tylko te walory dodatnie, a te ujemne, jeżeli były, po przewartościowaniu ich przy współczynniku, jakim jest czas, również wpisałem je w bilansie dodatnim, na zasadzie prawa matematycznego -dwa minusy pomnożone przez siebie, dają plus.

Po tym krótkim filozoficznym wstępie, postaram się uzasadnić jak to wygląda na gruncie. Przez nabycie cech abstynencji, nie ciągnęło mnie do alkoholu, tytoniu, ale i zabaw. Nigdy nie powstało w mojej już wyzwolonej od wpływów organizacyjnej orientacji, że teraz mogę pozwolić sobie na więcej, bo przecież mogę sobie po luzować, ponieważ nikt mnie nie skarci, a kary Bożej też przestałem się bać. Nie miałem pretensji do nikogo, bo to ja kształtowałem tą moją drogę. Ciśnie się pytanie: co z moim straconym czasem, dwa lata i trzy miesiące, bądź, co bądź, za kratkami, czy mi tego nie żal? Tego okresu, wyjątkowo nie jest mi szkoda, była to, moja naprawdę szkoła życia, która pomogła mi poznać je od podszewki. Spotkałem tu tylu ciekawych i wartościowych ludzi, bez, których poznania, miałbym zupełnie inny stosunek do wszystkiego i wszystkich. W moich postach, piszę tylko o niektórych postaciach związanych z opisywaną tematyką. Ich życie i doświadczenia, wpłynęły na dalszy tok mojego myślenia i wyciągania wniosków. W tym skondensowany środowisku jest tyle bogatej wiedzy jak w Ziemi bogactw naturalnych. Problem jest tylko z jej wydobyciem i zagospodarowaniem. Ja jej posiadłem tyle, ile miałem środków do jej wydobycia i zagospodarowałem. Wszystkiego nie da się wydobyć i wszystkiego nie da się zagospodarować. Czy ją właściwie zagospodarowałem? Tego do końca nie będę wiedział, ale jak na dzień dzisiejszy, to kierunek według mnie jest prawidłowy.

Kim jestem dzisiaj? Pamiętam z okresu mojego posługiwania w Organizacji, że był taki referat, tytułu nie pamiętam, którego też wygłaszałem w Zborach, a chodziło o zinterpretowanie wersetu z Apokalipsy, „bądź zimny albo gorący, bo (letni) wypluje cię z ust moich”. Nie pamiętam już szczegółów, ale chodziło o zdeklarowanie siebie, po jakiej stronie delikwent, a konkretnie głosiciel powinien stać. Wychodziło, że powinien być „gorący”, albo „zimny”. Najgorzej było temu „letniemu”. Do dziś zachodzę w głowę, dlaczego tak przekonywałem swoich słuchaczy, że letni jest najgorszy, ale ponieważ przekazywałem kierunek myślenia Organizacji, więc mnie to usprawiedliwia. Z tego, co wiem, to stosunek do letniego jest jednak korzystniejszy, bo przynajmniej może istnieć na obrzeżach Organizacji, a w rzeczywistości to zimny jest wypluty. Takim zimnym wyplutym właśnie, jestem ja osobiście we własnej osobie. Przekonałem się, osobiście podczas pierwszego międzynarodowego kongresu Świadków Jehowy w Warszawie. Normalnie po iluś latach „rozłąki” tak po ludzku, jak syn marnotrawny poszedłem na stadion, wtedy „dziesięciolecia”. Przez służby porządkowe otrzymałem informację, że nie wolno mi pić alkoholu i palić tytoniu. Wdałem się w rozmowę, -bardzo chętnie zemną rozmawiano, nawet podano mi rękę, żebym wiedział jak jestem tu mile widziany. Ta miła atmosfera pękła nagle, gdy powiedziałem, że jestem wyłączonym byłym Ś J. Pokazano mi tylko, którędy mam opuścić to miejsce, już bez podania ręki. Zrozumiałem, że tych ludzi nic jeszcze nie nauczyło, a Organizacja zachowuje nadal swoje zakompleksione dogmaty o swojej wyższości. Wyszedłem jak wypluty. Głosiciele głoszący dobrą nowinę o Królestwie, podchodzą do mnie na ulicy. Przychodzą do domu. Pozwalam im zarobić trochę godzin, bo wiem, że mogę ich tym uszczęśliwić, biorę nawet Strażnice, której w prawdzie nie czytam, bo jej treść jest tak mdła, że trudno jest się zmusić do je czytania, ale wiem, jakie to jest ważne dla nich, że coś tam rozpowszechnili. Staram się nie „wymądrzać” podczas rozmowy, a oni zadowoleni z dobrze spełnionego obowiązku, mogą zaliczyć, jako dobrze wykorzystany dzień, a mnie życzą miłego dnia, tak po prostu –miłego dnia. Jak widać, prawda o mnie, byłaby dla nich, gorsza, niż przyjmowana „prawda” przez tego, któremu przyszli ją wygłosić. Nawzajem: Miłego dnia!
Pozostała Wam jeszcze wiara nadziei w odzyskanie Raju. Trwajcie!

KONIEC


Offline Lebioda

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #5 dnia: 25 Sierpień, 2015, 18:52 »
Lebiodo pięknie, ale...
Musze niestety rozłożyć sobie na raty przeczytanie, bo za bardzo nie lubię tak długich postów. :-\
(sam też kiedyś pisałem długie ale zauważyłem, że lepiej krótsze i częściej, bo czytelnicy nie mają czasu i cierpliwości)

A dwa, to w pierwszej chwili myślałem, widząc tytuł wątku, że to o książce pt. Od raju utraconego do raju odzyskanego(ang. 1958; pol. 1960) a tu widzę coś inny tytuł: "Od raju uzyskanego, do raju utraconego".

Postanowiłem opisać całą moją drogę od uzyskania, aż do utraty mojego raju, więc musi być ta droga długa, a pewnie i kręta!  ;D


Offline nowa

Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #6 dnia: 25 Sierpień, 2015, 20:33 »
Ja Ci Lebiodo dziękuję za Twoją opowieść i czekam na dalszy ciąg.
Znalazłam czas na przeczytanie tego, co już napisałeś i chętnie przeczytam resztę.
Pozdrawiam Cię serdecznie :)


Boratyniak

  • Gość
Odp: Od Raju uzyskanego, do raju utraconego
« Odpowiedź #7 dnia: 10 Grudzień, 2015, 17:30 »
Lebiodo, czy Panie, bracie Lebioda bo nie wiem jak się tak na prawdę zwracać... ;)
Bardzo dziękuję CI za to, że podzieliłeś się swoją historią. Dopiero dzisiaj ją zauważyłem i przeczytałem za jednym podejściem :)
Historia ciekawa i to bardzo. Niestety też w moim odczuciu bardzo smutna...

Wychowany zostałem w rodzinie świadków, byłem nim do 26 roku życia a mentalnie do 29.  Ja uważam, że czas ten  to totalna strata czasu, porażka że przyszło mi urodzić się w takich sekciarskich kręgach, które kiedyś uznawałem za jedyną "prawdę", a jak się okazało "gówno prawdę". I to w imię tej "gówno prawdy" przyszło nam i wielu innym osobom cierpieć, doświadczać ostracyzmu, męczyć się z rozterkami, z pytaniami bez odpowiedzi.

Dziękuję CI także za to że zwróciłeś uwagę na ciekawy szczegół odnośnie Jezusa i Jana Chrzciciela, że coś tu nie gra. To dla mnie ważny, kolejny punkt zwrotny do którego dochodzę bardzo ostrożnie, który nie daje mi spokoju. Mianowicie to co ostatnio odkrywam wskazuje na to że Jezus nie był Mesjaszem/Chrystusem/Pomazańcem. Apostolstwo Pawła odrzuciłem dosyć dawno. To tak tylko informacyjnie napisałem. Nie chcę nikomu narzucać mojego toku rozumowania. Dosyć czasu już natraciliśmy i zdrowia na to by znowu popadać w jakieś rozumowanie tak samo jak inny człowiek. Każdy ma swój rozum i niech z tego korzysta.

Po przeczytaniu Twojej historii nasunęło mi się także takie przemyślenie. Ogólnie istnieje pogląd, że organizacja Świadków Jehowy tworzy ateistów. Ja czasem czytając różne historie ex świadków, dochodzę do wniosku, że ateistów tworzy też... sam Bóg... Przez swoje milczenie i brak prowadzenia czy jak to tam nazwać. Tyle osób "biegnie na próżno" jak to powiedział nawet mądrze taki jeden gość z książki otoczonej niesamowitą świętością ;) Biegną niby dla kogoś ale ten ktoś ani razu im nie powiedział konkretnie którędy prowadzi droga i przygląda się temu w milczeniu...

Jeszcze raz dziękuję za Twoją historię :)