Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy  (Przeczytany 1231 razy)

Offline Roszada

"Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« dnia: 29 Czerwiec, 2018, 11:05 »
To wątek dla dawnych ŚJ.
Pewnie Gedeon by coś wspomniał o swej mamie lub Lebioda ze swych wspomnień.
Albo inni, których rodzice byli ŚJ w latach 50. XX wieku.

Mam na starych zdjęciach swoją mamę (zm. 2005), która jest w mundurku, tak jak harcerze, na obozie pracy Służba Polsce. Była wtedy jeszcze panienką.
Była to obowiązkowa służba, ale mężatki już nie były powoływane. Patrz link

https://pl.wikipedia.org/wiki/Powszechna_Organizacja_%E2%80%9ES%C5%82u%C5%BCba_Polsce%E2%80%9D
Cytuj
Powszechny obowiązek przysposobienia zawodowego obejmował naukę, wykonywanie pracy okresowej (do 6 miesięcy przez młodzież w wieku przedpoborowym, zaś przez starszą przez okres nie dłuższy od trwania zasadniczej służby wojskowej)[3] oraz wykonywanie pracy dorywczej, do 3 dni w ciągu miesiąca[4]. Zwolnione od tego obowiązku były: osoby uznane za niezdolne do pracy fizycznej; kobiety zamężne, ciężarne, karmiące lub sprawujące opiekę macierzyńską; osoby pełniące bądź które odbyły zasadniczą służbę wojskową; jedyni żywiciele rodzin; osoby, utrzymujące się z prowadzenia gospodarstwa rolnego, hodowlanego lub ogrodniczego niemające członków rodziny zdolnych do zastąpienia ich w gospodarstwie oraz duchowni.
...
„Służba Polsce” została rozwiązana 17 grudnia 1955 a jej następcą zostały powołane w 1958 roku Ochotnicze Hufce Pracy.

Czy miało to coś wspólnego z wojskiem dla Towarzystwa?
Jak ŚJ odbierali to?
Czy odmawiali?
W publikacjach o tym nie ma. :-\
« Ostatnia zmiana: 29 Czerwiec, 2018, 11:38 wysłana przez Roszada »


Offline farlopa

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #1 dnia: 29 Czerwiec, 2018, 12:33 »
Znam człowieka ze zboru moich rodziców, który w wieku 17 lat na początku  lat 50-tych przez pewien czas był  W areszcie śledczym, więc chyba  traktowano to jako coś nie odpowiedniego dla sj


Offline Roszada

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #2 dnia: 29 Czerwiec, 2018, 14:11 »
Znam człowieka ze zboru moich rodziców, który w wieku 17 lat na początku  lat 50-tych przez pewien czas był  W areszcie śledczym, więc chyba  traktowano to jako coś nie odpowiedniego dla sj
Pewnie masz rację, skoro wiki podaje, że to paramilitarna organizacja.
Coś mi świta, że mama opowiadała że była tam głównie praca, ale i zdaje się uczyli ich strzelać z KBKesu.
Chyba zwalniali ją z pracy na 3 dni i jechała na taki obóz.
« Ostatnia zmiana: 29 Czerwiec, 2018, 14:14 wysłana przez Roszada »


Offline Lebioda

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #3 dnia: 09 Lipiec, 2018, 10:47 »
Witam!
         
          Temat "Służba Polsce" Już poruszałem jeszcze na tamtym już zamkniętym Forum, ale jeżeli będzie zainteresowanie, postaram się odszukać, lub nawet coś dodać.
          Pozdrawiam     Lebioda


Offline Roszada

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #4 dnia: 09 Lipiec, 2018, 10:57 »
Dziękuję Ci Lebiodo.
Łatwiej będzie wpisać znaną Ci frazę w google i ona znajdzie Ci na tamtym forum to czego szukamy.


Offline Lebioda

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #5 dnia: 12 Lipiec, 2018, 19:57 »
Służba Polsce święty sztandar nasz
Celem dobro ludu
I nad Odrą dumnie trzymać straż
W pracy dokonać cudów




Służba Polsce którą wprowadzono w Polsce w roku 1948, była stricte organizacją paramilitarną, do której szeregów wcielano młodzież obojga płci w 18 roku życia. Dla mnie osobiście, był to wzór ściągnięty żywcem z podobnej organizacji Hitlerowskich Niemiec pod nazwą „Arbeitdienst”. Tak mi się kojarzy ta nazwa, ponieważ akurat tę organizację młodzieży niemieckiej przyswoiłem sobie z okresu  II wojny światowej. Nie wiem czy tego rodzaju organizacje młodzieżowe były w całym bloku państw radzieckich, ponieważ akurat tego nie sprawdzałem.

Propaganda głosiła, że młodzież rwała się ochotniczo do zaciągu, ale jeżeli ktoś z tych młodych zapomniał o tym zaszczytnym „dobrowolnym” obowiązku, to w zasadzie nic się nie stało, bo odpowiedni „urząd” już przed czasem o tym go poinformował, z klauzulą w uwadze, że nie stawienie się, będzie traktowane jako uchylanie się od tego zaszczytu. Osiemnastoletnia młodzież, bez względu czy pracowała, czy się uczyła w szkołach ponad podstawowych, taki turnus musiała zaliczyć. Z tym, że normalny turnus dla młodzieży poza szkolnej trwał trzy miesiące. Natomiast w szkołach ponadpodstawowych, turnus trwał sześć tygodni w okresie wakacyjnym, ale w okresach dwóch kolejnych wakacji. I jeszcze jedna ciekawostka, każdy uczeń musiał wyrazić zgodę, że na taki turnus chce jechać ochotniczo. Bez względu na to czy Junak tudzież Junaczka znalazła się na turnusie z ochotniczego zaciągu, czy normalnego wcielenia, status wszystkich był ten sam. Junak(czka), świadczyła swoją pracę za darmo bez względu w jakim resorcie te brygady się znajdowały - w rolnictwie „PGR”, w przemyśle, budownictwie, a nawet w normalnych zakładach. Po pracy obowiązywały zajęcia z tzw. przysposobienia wojskowego.

Składanie podpisów na ochotniczy wyjazd do hufców „Służba Polsce” nie był tak stricte tylko pewnym humorystycznym kamuflażem. Wielu młodzieży męskiej i żeńskiej także, rzeczywiście zgłaszało się ochotniczo. Szczególnie młodzież wiejska, ale i z małych miasteczek też korzystała z tej możliwości. Dla tych wielu, był to wyjazd w szeroki świat. Zdobycie zawodu, a nawet ukończenia nauki i wyższych aspiracji życiowych, w tych warunkach dla nich, była to otwarta brama dużych możliwości, której w swojej miejscowości nigdy by nie osiągnęli. Nie było to nic nadzwyczajnego dla wielu takich młodych jakim byłem ja osobiście. Gdyby nie moje już znacznie posunięte zaangażowanie w Organizacji u Św. J., na pewno skorzystałbym z nadążającej się możliwości, a że nie skorzystałem, nadrabiałem to z opóźnieniem i dość dużym bagażem doświadczenia życiowego. Taki podpisany kontrakt obowiązywał dwa lata, ale pewnie i dłużej. Zaliczona służba wojskowa, ale też gwarancja stałej pracy, tudzież mieszkania, a te walory w tym powojennym okresie miały swoją wymowę. Jak widać nie taki diabeł straszny. Wielu młodych kolegów z mojego otoczenia z takich stworzonych im możliwości skorzystało.

„Służba Polsce” była pewnym politycznym zapleczem PZPR .Jej paramilitarny charakter miał zagospodarować tą powojenną młodzież i wprowadzić ją w tamtą rzeczywistość i społeczno polityczną poprawność. W ten sposób  organizacja ta wypełniała też zadanie strategiczno polityczne ponieważ, pozbywała żywego zaplecza ówczesnego podziemia zbrojnego zwanego dziś „żołnierzami wyklętymi”.
To tyle co mogę powiedzieć w bardzo dużym ogólnym skrócie. Oczywiście ze względów moich własnych doświadczeń w różnym okresie czasowym, ten epizod historyczny PRL-u, ulegał moim różnym osobistym ocenom. W następnym wejściu będę chciał opisać, jak z tym PRL-owskim epizodem radzono sobie w Organizacji Świadków Jehowy, w tym wątki osobiste. Proszę o cierpliwość!


Offline Roszada

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #6 dnia: 12 Lipiec, 2018, 20:07 »
Wielkie dzięki.
Ale:

"Taki podpisany kontrakt obowiązywał dwa lata, ale pewnie i dłużej. Zaliczona służba wojskowa, ale też gwarancja stałej pracy"

Czyli do wojska nie szedł ten, co był w Służbie Polsce? :-\


Offline Lebioda

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #7 dnia: 18 Lipiec, 2018, 11:49 »
Młodzież Polska - bierze przykład z Komsomolska

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że powołanie w roku 1948 takiego tworu jakim była Służba Polsce, nie była niczym zaskakującym ponieważ wzory już były. Trzy lata po zakończonej wojnie, w kraju funkcjonował „stan podwyższonej gotowości”. Niby wojny już nie było, ale obywatele ciągle byli pod kontrolą władz. W takiej sytuacji najbardziej niebezpiecznym elementem była osiemnastoletnia młodzież zwłaszcza ta bez stałego zajęcia i lepszej perspektywy przyszłości. Oczywiście, że można było to samo osiągnąć metodą cywilną i bardziej zhumanizowaną, ale w myśl wywoływanego w tamtym czasie w przestrzeń publiczną sloganu, -„młodzież polska bierze przykład z komsomolska”, bratnia pomoc była najbardziej na fali, a skoszarowana młodzież była najlepszym gwarantem spełnienie woli partii i woli wielkiego bratniego narodu.

W zborach u Świadków Jehowy pojawiły się na tę okoliczność jakieś wzmianki, ale były to jakieś nigdy nie dokończone zdania, typowe dla wpisów z jakimi możemy spotkać się u „Roszady” Strażnice dodatkowe z lat 1950-1959, tematy różne                Odp: Archiwum - tego brak na jw.org, 1950-1969, czasopisma, cytaty          Porady były enigmatyczne, bez sensu, nikt nie wyrażał się wprost. Ostatecznie plusem w tym wszystkim było to, że w szczegóły nikt nie wnikał. Najprawdopodobniej dlatego, że brata pracującego w zakładach na potrzeby wojska i pokrewnych, szkoda było wyrzucić. Może były jeszcze inne względy, o których mi nie wiadomo. W każdym razie tego typu „dylematami” nie zawracano sobie głowy ponieważ wokół krążyło wiele wytrychów, którymi można było otworzyć każdy zamknięty sejf. Oto przykładowy pierwszy z brzegu. Polskie Koleje Państwowe. Prawowity Świadek Jehowy po symbolu powinien obchodzić tę instytucję szerokim kołem, aby nie splamić siebie i wiernego – roztropnego niewolnika, tudzież nie dawać złego przykładu swoim bliskim braciom ze zboru. W PRL-u ta instytucja była zmilitaryzowana i każdy przyjmowany do służby na PKP, musiał się poddać badaniom lekarskim o zaostrzonym rygorze następnie musiał złożyć przysięgę inaczej nie mógł być zatrudniony nawet do sprzątania pomieszczeń WC. Pominę tu już takie czynności jak formowanie składów pociągów wojskowych, prowadzenie tych pociągów: -  kierownik pociągu, maszynista i jego pomocnik, konduktorzy. Obsługa tych pociągów na drodze przebiegu: - dyżurni ruchu, nastawniczowie, zwrotniczowie, manewrowi a przy pociągach specjalnego znaczenia, na stacjach musiał być obecny zawiadowca stacji. Ponadto obowiązkowe noszenie munduru z orzełkiem na czapce tudzież salutowanie wobec przełożonych. Kolejarz będący świadkiem Jehowy, nigdy nie był z tego powodu przepytywany, czy aby czymkolwiek nie naraził się swojemu sumieniu i był zgodny z prawem bożym.

Mniej więcej na podobnej zasadzie funkcionowała w zborach „wiedza” o junakach będących świadkami J.. Nie sposób, aby wcielony junak będący św. J, stawał okoniem w każdym przypadku. Wręcz nie prawdopodobne, aby nie włożył munduru, a na głowie nie miał furażerki z junackim orzełkiem. Na pewno chodził w szeregu z innymi junakami na stołówkę, do pracy i tak samo po pracy wracał. W szeregu chodził na ćwiczenia, a w nocy wraz ze wszystkimi zrywał się z pryczy na ogłoszony alarm nocny. Maszerował i wraz z innymi ćwiczył szyk w marszu, chodził na strzelnice, pełnił służbę wartowniczą i na ramieniu nosił w prawdzie dziurawą broń, ale jednak. Żaden Św. J., po powrocie z turnusu nie zwierzał się z faktycznych „przygód”, a jeżeli to tylko zdawkowo. Ja też ze szczegółów się nie zwierzałem, nawet słynna postać jakim był „Olek” - znany na tym forum, a który w tym czasie był moim guru, nigdy mnie o szczegóły z pobytu w SP nie pytał. Pomimo tego co wyżej napisałem, odsiedziałem dwa tygodnie w areszcie, za częściowe olanie zbiórek, na które nie przychodziłem.

Mój sześciotygodniowy zaszczytny pobyt w brygadzie Służby Polsce, przypadł odsłużyć mi w prestiżowej miejscowości – Nowej Hucie zwanym w tamtym czasie miastem młodzieży. Ten prestiż przypadł mi jednak fuksem, ponieważ prawidłowo powinienem ten trzymiesięczny turnus zaliczyć przy melioracji gdzieś w PGErze na Mazurach. Dlaczego taka zamiana? Tu zadziałał mój „świadkowski” opór, a było to tak! Wezwanie do odbycia turnusu otrzymałem na odpowiedni dzień kalendarzowy. Po prostu tę datę olałem, a zgłosiłem się w dniu następnym, byłem bowiem przekonany, że moja grupa już odjechała nocnym pociągiem, co okazało się faktem, ale nie przewidziałem, że pobór był również w dniu następnym. Takim to sposobem bez mojej woli i chęci znalazłem się w centrum najważniejszej po wojennej inwestycji w Polsce, a mówiąc to ówczesnym językiem militarnym, byłem na nowohuckim froncie.


Offline Roszada

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #8 dnia: 18 Lipiec, 2018, 12:11 »
Dzięki Ci Lebiodo.
Szczególnie za info o PKP.
Jakoś nie myślałem o tym, że kolejarze mieli tyle styczności ze sprawami wojska.
Na dodatek firma zmilitaryzowana. :-\

Co ciekawe w stanie wojennym od grudnia 1981 r. było wiele zakładów zmilitaryzowanych.
Ciekawe jak to ŚJ odbierali :)


Offline Lebioda

Odp: "Służba Polsce" a Świadkowie Jehowy
« Odpowiedź #9 dnia: 22 Lipiec, 2018, 16:31 »
Przodownicy Pracy - kontra - Bumelanci


Bardzo ciekawe zjawisko, jeżeli tak mogę to nazwać, powstało, gdy w Polsce zaczęto realizować tzw. plany - najpierw trzy letni, a potem pięcioletni wielki plan. O planach śpiewano piosenki i pieśni masowe wykonywane przez państwowe zespoły chóralne. Z głośników rozwieszonych na słupach w miastach, wsiach i osiedlach, płynęły zawsze te same melodie -było wesoło, przerywano tylko do podania wyników produkcyjnych z „frontów pracy”, bo takim militarnym określeniem nazywano wszystkie przedsięwzięcia w czasie „odbudowy Polski”. A jak był „front”, to była też „walka”. Walczono o odbudowę, ale walczono też z wrogami odbudowy, a tacy byli wszędzie, dlatego czujne oko władzy ludowej potrafiło skutecznie walczyć z wszelkiego rodzaju defetystami. Sprawiedliwa władza ludowa, takich ujawnionych wrogów, też osądzała „sprawiedliwie”.

 Używano też nazewnictwa  sportowego, np. „wyścig pracy” lub „współzawodnictwo. „Ściganie” się, czy „współzawodniczenie” objęło całą Polskę. Wszyscy  ścigali się ze wszystkimi i o wszystko. Górnicy ścigali się w wydobywaniu węgla, murarze, w układaniu cegieł, prządki w wyrobie przędzy, tkaczki w obsługiwaniu krosien, rybacy w łowieniu dorszy, traktorzyści w oraniu pól, dojarki w dojeniu krów, a świniarze w zapładnianiu loch. Trudno byłoby wymienić branże w których nie byłoby można się ścigać. Do wyścigu czy do współzawodnictwa jak kto woli, stawali tzw. „przodownicy pracy”, trochę żartobliwie zwani „stachanowcami”, od radzieckiego nazwiska Stachanowa, stawiający sobie zadanie do wykonania, które potem realizowali. Słynnym polskim przodownikiem pracy, był górnik przodowy Markiewka, który wykonywał kosmiczne normy w wydobywaniu węgla. Od niego powstało słynne zawołanie, „kto da więcej”. Na to zawołanie powstawało wiele tzw. zobowiązań produkcyjnych przeniesionych na inne zawody, polegające na pobicie rekordów własnych i cudzych. W tym celu zawiązywano zespoły do bicia tych rekordów. W Warszawie, były słynne „trójki murarskie” do układania cegieł na murze, gdzie indziej jedna zmiana wzywała drugą do współzawodniczenia itd. itp. Wymyślano współzawodnictwa graniczące z absurdem i zdrowym rozsądkiem, np. maszyniści kolejowi, czy kierowcy samochodowi, zobowiązywali się do jazd bezawaryjnych, albo wyznaczano sobie przejechania ileś tam kilometrów bez przeglądów technicznych, napraw serwisowych, czy remontów kapitalnych. Absurdów można by było wyliczać bezliku, bo i pomysłów było też nieskończenie wiele. W tym celu były powołane specjalne komisję przyjmujące takie zobowiązania, ale i one same tryskały wieloma „genialnymi pomysłami”.

W tym czasie gdy panował ogólny szał wszelkiego współzawodnictwa, indywidualnie dzielono też pracowników na „przodowników” i „bumelantów”. W każdej jednostce gdzie wykonywano jakąkolwiek prace, na widocznych miejscach wisiały na murach lub ustawiono oddzielne rzucające się każdemu w oczy gabloty, w których umieszczano nazwiska, nie rzadko zdjęcia, przodowników pracy. Na tę okoliczność wypisywano przeróżne wymyślana peany, ale były też gabloty w których umieszczano bumelantów. Oczywiście tych ostatnich załoga musiała się obowiązkowo wstydzić. Ale co „ambitniejsi” działacze partyjni, tudzież wybitniejsi rekordziści, podejmowali z kolei zobowiązania, by tych bumelantów zmobilizować do podciągnięcia się. Praca takiego „aktywisty” kończyła się zawsze „sukcesem”, więc nowa okazja do pokazania dwóch nowych bohaterów, byłego bumelanta, który zrozumiał swój błąd i teraz chce go naprawić, oraz towarzysza, który podjął się trudu edukacji tego nieszczęśnika.

W takiej bojowości i klimacie walki, miałem swój własny udział w budowie socjalistycznego miasta młodzieży - Nowa Huta. Wraz z całym moim zespołem z którym przybyłem na miejsce zostałem wcielony i zakwaterowany do 35 brygady SP, stacjonującej we wsi Branice, około siedem kilometrów od Mogiły, „…o Nowej to Hucie piosenka …” ,Ta melodia była wciskana nam do uszu od rana do nocy, płynąca z głośników zainstalowanych na słupach wokół namiotów.

Naszej 35 tej brygadzie powierzono kopanie odcinka kanału, którym kombinat huty miał być połączony z Wisłą. Kanał kopano metodą „chińską”, więc ludzi do kopania nigdy nie było dość. Praca była tu ciężka, trudna i mozolna. Jedynymi narzędziami pracy, były szpadle i łopaty, które gięły się w obie strony, ale miały tą zaletę, że nigdy się nie łamały. Ponadto, kilofy oraz prymitywne ciężkie drewniane, taczki. Cały cykl pracy polegał na drążeniu iłowatego lepiącego się do narzędzi gruntu i wywożeniu tego urobku na taczkach, na wał, który powstawał wzdłuż wyrobiska. Jak wszędzie, i tu praca była objęta systemem socjalistycznym, to znaczy normą. Wykonanie normy, przerastało każdego junaka. Każda wbita łopata w iłowaty grunt, wymagało kilkakrotnego wsparcia się nogą na gnącej się łopacie, oderwanie tego od podłoża i włożenie na taczkę, przy czym, aby to oderwało się od łopaty, trzeba było każdorazowo pomagać sobie butem. Nic dziwnego, że całe dowództwo brygady, było zaangażowane podniesieniem wydajności naszej pracy. Mieliśmy pogadanki, narady, instrukcje, organizowaną „samopomoc” koleżeńską. Wszystko po to, aby móc wykonać narzuconą normę, a dowództwo mogło się wykazać, że wszelkie ich „działania” odnoszą skutek. Codziennie wieczorem o godzinie 18,00, głośniki przerywały do znudzenia puszczane przez radiowęzeł te same melodie, i ogłaszano wyniki z „frontu pracy”. Wymieniano osiągnięcia z danego dnia: ile normy wykonała brygada, potem kompanie każda po kolei, plutony, drużyna, a na końcu indywidualnie wymieniano junaków, przy czym tych ostatnich, imiennie wymieniano tylko „stachanowców” i bumelantów. Moje nazwisko padało często, ale czytane w grupie bumelantów.

W mojej drużynie było nas dwóch systematycznych bumelantów. Nikt nie chciał nas przyłączyć do swojego zespołu, ponieważ obniżyło by im ich ogólny współczynnik. Tak naprawdę, to bumelanci też byli potrzebni, bo przodownicy pracy mogli wtedy bardziej błyszczeć. Dogadaliśmy się z moim kolegą też bumelantem, że skoro nas nikt nie chce wziąć do zespołu, to możemy pracować razem. W ten sposób założyliśmy własny dwu osobowy zespół. Odłączyliśmy od innych. Już pierwszego dnia nadarzyła się nam specjalna okazja, zabraliśmy się do kopania i wywożenia urobku, a że miejsce wyrobiska trzeba było zawsze kształtować w formie foremnego sześcianu, ze względu na łatwy sposób wyliczenia wyrobionej normy, więc z tego powstała taka samotnie stercząca bryła gruntu, którą postanowiliśmy wydobyć ile z tego się da dzisiaj, a resztę zostanie do dnia następnego. Około południa, na wał wjechała koparka na gąsienicach, której zadaniem było dokładne ubicie wywożonego urobku. Gdy znalazła się na wysokości naszego wyrobiska, operator koparki widząc samotnie stojący występ skalny i nas stojących sierot, krzyknął tylko byśmy się cofnęli, opuścił żelazne szczęki, które zębami wbiły się w skałę, i trzema podejściami przeniosły ją na wał. Dla nas pozostało tylko wyrównać pozostawione nierówności, by rachmistrz mógł bez trudu wyliczyć i zapisać nasz dzienny urobek.

Wieczorem jak zwykle, z głośników zaczęto kolejno ogłaszać wyniki z tego dnia, i jak grom z jasnego nieba, tu padły nasze dwa nazwiska, ale ku zdziwieniu wszystkich, już nie w grupie bumelantów, tylko w grupie przodowników pracy, a pochwała była tym bardziej znacząca, bo wynik był imponujący, 600% normy. Na cześć przodowników popłynęły gratulacje specjalna piosenka. Od razu staliśmy się jak małpy w zoo, wszyscy przychodzili nas oglądać. Wykazanie się 600% normy nie było czymś nadzwyczajnym, bo takich jak my „stachanowców” było więcej, fenomenem było jednak co innego. Wczorajsi bumelanci w ciągu jednego dnia zmienili się w przodowników pracy. Taki sukces mógł nastąpić tylko na skutek dobrze wykonanej pracy ideowo wychowawczej całej kadry dowódczej. To zasługa drużynowego, plutonowego, dowódcy i szefa kompanii, a po drodze polwych, przewodniczącego ZMP i kogo tam jeszcze można podwiesić pod ten sukces. Na nas dwojga spadł nagle ciężar szczególny, co tu robić, aby tę pozycję przodowników pracy utrzymać dalej? Już następnego dnia wpadliśmy na genialny pomysł i dziwowaliśmy się, że wcześniej nic takiego nie zaświtało nam w głowach. Rano po prasówce i wskazówkach plutonowego o systematycznej i prawidłowo zorganizowaniu pracy w celu osiągnięcia sukcesów, obaj odeszliśmy by pomyśleć jak się tu zabrać i wdrożyć nasz pomysł. Bardzo nam pomógł wymagany przez rachmistrza zwyczaj, że urobek, a raczej wnęka po wyrobisku powinna mieć foremny kształt bryły sześciennej. Naszym zadanie było teraz znalezienie odpowiedniego wyrobiska, i każdego dnia udawać pracę w innym miejscu, aby zmylić czujność przełożonych, a szczególnie rachmistrza, który zazwyczaj zjawiał się pod koniec pracy. Naszym zadaniem było teraz zdjęcie wierzchniej warstwy suchej skały pionowej i podłoża, by upozorować wielkość wyrobiska. Trochę trudności było przy odświeżaniu warstwy podłoża w miejscu gdzie kopanie głębiej było nie wskazane ze względu na zaprojektowaną głębokość kanału, poniżej wbitych palików, ale i z tym sobie też poradziliśmy. Trzeba było tylko zebrać cienką warstwę podłoża, a na to miejsce rzucić parę łopat świeżego urobiska potem polać to wodą i ubić butami, co upozorowało naszą „ciężką” pracę. Markowanie pracy trzeba było teraz tak rozkładać, aby zajęcia starczyło na cały dzień. Od tej pory codziennie wieczorem spadał na nas cały splendor, bowiem znaleźliśmy się w prestiżowym zespole przodowników. W tym procederze bicia kosmicznych rekordów, nie byliśmy pionierami, my po prostu wpadliśmy na ten pomysł przypadkowo, gdy tym czasem inni robili to już o wiele wcześniej.

A cha! Najważniejsze byłbym zapomniał. Za ten piękny i dumny czyn przodownika pracy, zostałem awansowany z szeregowego, do starszego junaka. Ten awans, mam odnotowany w junackiej książeczce jako dowód dla potomnych. Miałem jeszcze wzniosłą propozycję wstąpienia w szeregi młodzieżowej organizacji ZMP. Rekomendował mnie osobiście dowódca kompanii, a ja idiota nie skorzystałem. Była to rzeczywiście ostatnia szansa, żeby nie wpakować się w późniejsze tarapaty, o których ostrzegał mnie właśnie ów dowódca. Brzmiało to jak memento. Nie skorzystałem. Pół roku później odsiedziałem w areszcie dwa tygodnie, ponieważ nie zgłosiłem się do odbycia zaległości jaka mi pozostała po sześciu tygodniach do pełnych trzech miesięcy których mi brakowało.  Jedyny pożytek jaki z tego miałem, to spotkanie się w samotnej celi z klasyką polskiej literatury, bowiem przeczytałem –„Chłopów” Reymonta i „Lalkę” B. Prusa, no i nie licząc prestiżu w Organizacji Św. J.- miałem już pierwsze „doświadczenie”. Łaskawe oko braci z górnej półki, w tym szczególnie brata Olka, otworzyło mi start do służby na Niwie Pańskiej.