Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Lebioda – Organizacja – według starego i nowego „Światła”  (Przeczytany 4499 razy)

Offline Lebioda

Wstępniak do zapoczątkowanego wątku

Moje zetknięcie z Organizacją nastąpiło dość gwałtownie, bez odwiedzania mnie i studiowania zemną. Przypuszczam, że i nie wiele godzin zarobiono na moim edukowaniu. Po prostu raz przyszedłem na zebranie i już tak zostało. Byłem zauroczony. Byłem jeszcze zbyt młodym, żebym mógł się rozeznać co do samej doktryny i szukania innych lub podobnych odpowiedników. Wychowywałem się w rodzinie może nie na wskroś religijnej, ale wierzenie w Boga, nie miało alternatywy, chociaż nie zupełnie przypisanej do jednej i jedynej na chrzcie świętym nadanej mi do wierzenia religii. Tym bardziej, że katolicyzm, ewangelicyzm, judaizm tudzież prawosławie, w moim najmłodszym świecie, był zupełnie czymś oczywistym. Prosty i bezmyślny (w swoim środowisku) katolicyzm dał mi się dopiero zauważyć w kontekst cie do biblii. Jakiż byłem dumny z siebie gdy ja znałem tę księgę, tymczasem moi rówieśnicy nie mieli pojęcia o jej istnieniu. Moja babka spaliła tę książkę w czarnej oprawie, ponieważ wierzyła, że przynosi nieszczęście w dom. Wśród moich rówieśników byłem podejrzany o spółkę z Diabłem – słowo takie jak Satanizm jeszcze nie istniało. Oczywiście takie wycieczki pod moim adresem traktowałem jako prześladowanie, które prawdziwy wyznawca prawdziwej wiary musi przechodzić, aby być miłym Jehowie. Jezus też podobno miał Belzebuba w sobie, a do dziś jest uświęconym Bóstwem.

Powyższe nie było jednak bezpośrednią przyczyną mojego przylgnięcia  do zwiastunów Królestwa Bożego. Przeżycia wojenne i związany z tym cały koszmar, pogarda dla życia, które taki malec jak ja mógł je stracić w każdej chwili, a to młode życie chciało żyć mimo wszystko, nawet podle i biednie. Śmierci wokół siebie widziałem w nadmiarze. Perspektywa III wojny wisiała w powietrzu, bo za miesiąc, dwa, najwyżej pół roku, wszystko zacznie się od nowa. Po co nam Ziemie Odzyskane, jak odbierzemy nasze Kresy Wschodnie, bagna i opary, tak pięknie opiewające w śpiewanych potajemnie piosenkach. Niezłomni z lasów nie powrócili w oczekiwaniu na zagranie surmy bojowej. To wszystko było groźne jak i zarazem wspaniałe. Światusy czekali na zmiażdżenie Moskala, ale my wiedzieliśmy, że Jehowa ma plan wspanialszy, oczywiście dla nas. Oni wywołają III wojnę, a wtedy przyjdzie Michał uzbrojony w miecz Jehowy i Gedeona, aby nas przeprowadzić przez Armagedon. A potem to już wspaniały Nowy Świat z perspektywą życia wiecznego. Teraz musimy tylko wytrwać i nie dać się pokonać Szatanowi.

Pochłaniałem literaturę - Religia Zbiera Wicher, Prawda Was Wyswobodzi, Miliony Obecnie Żyjących Nigdy Nie Umrą, tudzież tomy Russela jeszcze wtedy nie indeksowane, no i Strażnicę oczywiście na cotygodniowych studiach. Posiadłem wiedzę o planach Bożych, o których światusy nie wiedzieli, a co ich dołowało to, to, że wiedzieć nie chcieli. Z takim bogactwem wiedzy, trudno siedzieć w domu i czekać na zbawienie, gdy inni służą Jehowie. Jeszcze rok dwa, a cały Świat polegnie w pożodze Armagedonu. Nie iść za głosem bożym, to grzech. Poszedłem. Wiedziałem, że cierpienia na ciernistej drodze będą zaliczone na poczet mojego zwycięstwa. Armagedon zbliżał się milowymi krokami. Teokratyczne zegary wskazywały już za pięć minut dwunasta. Akwarelowe odręczne malunki na białym brystolu, rozwieszaliśmy na wykładach, aby nie tylko słowem, ale i wizualnie uświadomić, że dzień gniewu Pańskiego jest bliski. Wsłuchiwaliśmy się czy już pokój i bezpieczeństwo ogłoszone. Tak! Zaczynają mówić, to jest dobry znak. W tej dekadzie to się stanie. Wyczekiwaliśmy jak Niewolnik wskaże dzień zakończenia głoszenia. Wykład o Gogu z Magog pokazywał już światełko w mrocznym tunelu. Znaliśmy już rozdane role do wykonania przez Króla Północy i Króla Południa.

W drugiej połowie lat 50-tych, byłem już po przejściach. Praca w konspiracji, ponad dwa lata odsiadki i przewartościowany sposób widzenia przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przede mną przyszłość ale już bez wytycznych Organizacji. Rozpoczął się powolny rozbrat z Organizacją, ale musiało upłynąć jeszcze ponad dekadę lat życia na obrzeżach.

W rzeczywistości nigdy nie stawiałem na ostateczny rozbrat z Organizacją. Zbyt wiele mnie z nią łączyło, aby tak po prostu powiedzieć: baj, baj odchodzę na zawsze, nie zostawiając nawet klucza pod wycieraczką. Nie ja zatrzasnąłem drzwi przed Organizacją, to Organizacja przy pomocy swoistego „wykidajło” zatrzasnęła przede mną te drzwi. Niby normalna rzeczywistość, o czym powinienem wiedzieć, ale tak naprawdę … Trudno się pogodzić jeżeli już coś się dla niej zrobiło i własną piersią zasłaniało się jej oblicze przed ciosami wroga. To boli. Największy odruch bezsilności i osobistego przeświadczenia o obłudzie, którą publicznie okrywa się zasłoną o miłości do bliźnich. Do końca lat 80-tych ub. wieku, miałem jeszcze zachowanego trochę sentymentu, no bo jeżeli nie ze wszystkim było mi po drodze, to przecież wszystkich tych, których przymusowo zostawiłem po tamtej stronie rzeki, darzyłem prawdziwym sentymentem.

Gdy na początku lat 90-tych w Warszawie na stadionie dziesięciolecia zorganizowano międzynarodowy kongres Świadków Jehowy, bez niczyjego zaproszenia, w ostatnim dniu, w niedziele, udałem się, aby tam być – tak po prostu. Zaraz na wstępie przy wejściu spotykam służbę porządkową informującą mnie o zachowaniu na mającym się odbyć wykładzie i takie tam. Informuję, że są mi znane wszelkie wymogi i na pewno się zastosuję. Z kilku wymienionych zdań szybko się orientują, że nie jestem zielony, podają mi rękę na powitanie i pytanie: czy brat? Mógłbym powiedzieć twierdząco, lecz uważałem że nie wypada skłamać wobec tak mile witających mnie braci.

……………………………………………………………………….

-Pan wie, że nie możemy podać ręki?
-Taaak, wiem! – Odpowiadam zmieszany prawie z pustką w głowie, i zamiast skierować się w kierunku płyty stadionu, powoli szerokimi schodami zszedłem na błonia poza stadionem.

-Tak! Wy sami niczego się nie nauczyliście, bo takich macie też nauczycieli. Tyle tylko przyszło mi do głowy by zastanowić się- po co tu w ogóle przyszedłem. Od tej chwili ostatnie iskierki sentymentu zgasły na wietrze.

Minęły jeszcze dwie dekady w zupełnej samotności i możliwości zetknięcia się z podobnym, takim drugim Robinsonem. Przygoda z Internetem uzmysłowiła mi, że jestem już na prostej drodze i rzeczywiście za następnym zakrętem pojawiło się Forum. Nareszcie nie jestem sam. To było niesamowite odkrycie znaleźć się wśród podobnie myślących ze zbliżoną przeszłością, chociaż z każdy inną.

Jak wyobrażam sobie swoją tu obecność na tym Forum?

W powyższym wstępniaku opisałem w bardzo wielkim skrócie, jak doszło do tego iż znalazłem się w Organizacji, która co by nie powiedzieć odcisnęła Pietno w moim życiorysie i nikt i nic tego nie wymaże. Moje zaangażowanie w tej służbie spowodowało, że było dane mi poznać, trochę więcej widzieć, ale też doświadczyć pewnych zachowań, czego głosicielom jest zaoszczędzone. Od głosiciela wymagano tylko „wyrobienia” swojego „kwantum” (tak się kiedyś nazywało wymogi osiągnięć głosiciela w zborze). Jeżeli znajdował się w pobliżu tych wymagań, a nawet je przekraczał, miał klawe życie, bo był wzorem dla innych do naśladowania.

W mojej własnej przygodzie z Organizacją wiele szczegółów na te i inne okoliczności, postarałem się umieścić, więc tu tylko sygnalizuję, że zamierzam zdeponować swój dorobek, ale będą też pewne spostrzeżenia nabyte już w trakcie zapoznania się z przygodami innych, którym przyszło poznawać różne zakamarki Organizacji i ich własną drogę do jej opuszczenia. Będę chciał umieścić tu wszystkie moje spostrzeżenia, które nagromadziły się po drodze, oraz wiedzę, którą powziąłem pochodzącą z innych źródeł.


Offline Roszada

No tak ładny Wstępniak.
Ja tu Lebiodo Twoją praktykę uzupełnię dwoma cytatami o połowie lat 40. XX w.m by ukazać kontekst oczekiwań:

„Wyrażając pogląd podzielany w tym czasie przez wielu Świadków Jehowy, brat Nel ostrzegł: »Uważaj, żeby Armagedon nie zastał cię w szkolnej ławce«. Ponieważ nie chciałem, by tak się stało, porzuciłem szkołę i dnia 1 stycznia 1945 roku podjąłem służbę pionierską” (Strażnica Nr 7, 1993 s. 20);

A tu Polak wspomina:
*** w07 1.9 s. 8 ***
Opowiada Henryk Dornik
URODZIŁEM SIĘ w roku 1926. Rodzice byli gorliwymi i pobożnymi katolikami. Mieszkali w Rudzie Śląskiej, górniczym mieście położonym niedaleko Katowic.

„Mniej więcej w marcu 1945 roku dotarła do nas wiadomość, że nowym tekstem rocznym są słowa z Ewangelii według Mateusza 28:19 (...). Napełniło to nas radością i nadzieją, dotąd bowiem uważaliśmy, że wojna zakończy się Armagedonem” (Strażnica Nr 17, 2007 s. 11).


Offline Lebioda


Tak zupełnie się zgadza. 

W roku 1945 we wrześniu szedłem do szkoły do drugiej klasy szkoły podstawowej. Należałem do tzw. roczników przeterminowanych. Ale już w roku 1947 jesienią po raz pierwszy od moich braci dowiaduje się, że jestem szczęśliwcem, bo jeszcze rok, może dwa i już będzie po Armagedonie i żegnaj szkoło baj, baj. Rzeczywiście byłem szczęściarzem, tylko moi koledzy o tym nie chcieli wiedzieć, to i nie wiedzieli. Rok 1957, mieliśmy już mieć po drugiej stronie, a może to byłby już pierwszy rok? Takie to były szczęśliwe wiadomości. Czy miałem siedzieć i gnuśnieć (inni mówili kisić) w domu?


Offline Safari

Odp: Lebioda – Organizacja – według starego i nowego „Światła”
« Odpowiedź #3 dnia: 14 Czerwiec, 2015, 18:08 »
Lebiodo, będę czytać  :)
Czyli kilkadziesiąt lat byłeś odosobniony po odejściu? Tak długo...?
"Faith, if it is ever right about anything, is right by accident" S.Harris