Objawienia Starego Testamentu kończą się gdzieś w II wieku p.n.e. i na tym właściwie zamyka się katalog bytów duchowych. W Tanachu sprawa jest prosta: jest jeden Bóg, a obok niego aniołowie. Anioł to w języku hebrajskim מַלְאָךְ (czyt. mal’ach). Posłańcy ci bez własnej inicjatywy, wykonują polecenia jak dobrze zaprogramowani urzędnicy niebiańskiej administracji. Zero chaosu, zero nadprodukcji bytów.
I nagle w Nowym Testamencie następuje prawdziwa eksplozja ontologiczna. Okazuje się, że jednak nie wszystko było takie oczywiste: pojawia się drugi bóg Logos – tajemniczy współtwórca świata – oraz Duch Święty, który uczestniczy w dość osobliwej operacji biologiczno-metafizycznej, skutkującej narodzinami bogo-człowieka. System, dotąd oszczędny i przejrzysty, zaczyna się rozrastać w niekontrolowany sposób.
Na scenę wkraczają też całe zastępy nowych bytów: Diabły, Szatany,Demony – i to w ilościach trudnych do ogarnięcia. Jeden z nich przedstawia się wręcz jako „Legion”, co sugeruje skalę problemu. Skąd się biorą? Jak się mnożą? Tego tekst nie wyjaśnia. Można odnieść wrażenie, że ich przyrost przypomina raczej tempo bakterii niż przemyślany akt stworzenia.
W odpowiedzi pojawia się więc nowa specjalizacja: egzorcyści. Jezus i jego uczniowie zajmują się masowym wypędzaniem demonów, które – jak się okazuje – wcale nie znikają, lecz po prostu zmieniają gospodarza. Cała operacja zaczyna przypominać walkę z epidemią, w której patogen jest nieśmiertelny i wyjątkowo mobilny.
Do tego dochodzi wyraźny wpływ kultury greckiej. „Demony” brzmią podejrzanie znajomo – tyle że z całego bogactwa greckich daimonów (także tych opiekuńczych) chrześcijaństwo wybiera wyłącznie wersję najmniej sympatyczną. Selekcja dość jednostronna, ale konsekwentna.
Kościół katolicki, mierząc się z tym dziedzictwem, instytucjonalizuje walkę z niewidzialnym przeciwnikiem. Powstaje kasta egzorcystów uzbrojonych w formuły typu apage satanas, krzyże i wodę święconą. Problem w tym, że przeciwnik pozostaje zasadniczo nieusuwalny – można go co najwyżej przekierować.
A gdyby tego było mało, na końcu pojawiają się jeszcze smoki, bestie i apokaliptyczne wizje rodem z koszmaru. System, który zaczynał się jako minimalistyczna konstrukcja teologiczna, kończy jako rozbudowany katalog bytów i zagrożeń o trudnej do ogarnięcia logice.
Na tym tle judaizm wydaje się niemal ascetyczny: jeden Bóg, podporządkowani Mu aniołowie i żadnych ontologicznych fajerwerków. Porządek zamiast metafizycznej inflacji. Zatem może zamiast walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem warto zmienić wiarę na tą judaistyczna? A jakie jest rozwiązanie kolegów?