Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Między sercem, a rozumem  (Przeczytany 11729 razy)

Offline Helleboris

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #30 dnia: 23 Lipiec, 2017, 01:17 »
Z rodzicami było tak, że wiele razy zawiodłam się na tym w jaki sposób reagowali na moje problemy. Okropny był ich sposób karania mnie. Awantura, albo karanie milczeniem. Dlatego przestałam im cokolwiek mówić. A oni nie pytali. Najważniejsze było, żebym była grzeczna i dobrze się uczyła.

Po próbie samobójczej wylądowałam w psychiatryku.
I tutaj wkracza WTS w pełnej krasie.
W szpitalu byłam 2 miesiące. Po około 3 tygodniach Mikołaj zerwał ze mną bo rzekomo tęsknota za mną niszczyła mu życie. Była afera na cały oddział. Rzucałam przedmiotami. Dostałam leki na uspokojenie. Potem nie byłam wcale smutna. Odbiło w drugą stronę. Nie będę wchodzić w szczegóły. Ważne, że poznałam tam dziewczynę rok starszą ode mnie z którą przyjaźnię się do dzisiaj. Jaka była reakcja zboru na moją hospitalizację? Żadna. Przez 2 miesiące odwiedzali mnie rodzice, siostra i jej mąż, nawet najlepsza koleżanka z liceum tłukła się 100 km autobusem, żeby mnie odwiedzić. A bracia i siostry? Brak zainteresowania. Zero odwiedzin i telefonów. Później mama tłumaczyła wszystkich, że nie wiedzieli czy mogą zadzwonić, przyjechać itd.  To smsa też nie mogli wysłać? Próba samobójcza i szpital bardzo dużo zmieniły w moim postrzeganiu wiary i Boga. Wszystko stało się takie nierealne, odległe. Mój umysł odciął się od duchowości. Nie pomogła mi w żadnym momencie. Przestałam się modlić. Uważałam, że nie mam prawa, skoro chciałam się zabić. Po powrocie do domu nic już nie było takie samo.

Ominę szczegóły odnośnie szkoły. Podsumuję tylko, że łatwo nie było, ale skończyłam liceum i dobrze zdałam maturę. Z Mikołajem prowadziłam otwartą wojnę. Robiłam mu na złość spotykając z się z największym idiotą w mieście. Koniec końców, pogodziliśmy się, każde poszło w swoją stronę. Mamy kontakt do dzisiaj.

Rodzice nie wiedzieli jak mnie traktować. Mama chociaż się starała, ale tata…. nie wierzył mi. Twierdził, że wcale nie jestem chora, nie mam depresji. Depresja to wymysł i wymówka dla leniwych. Choćbym nie wiem jak się starała - dla taty zawsze było za mało. Zbór był obok. Nie miałam przyjaciółki, ba, nawet koleżanki z którą mogłabym porozmawiać. Bo cholera jasna, jak rozmawiać z gorliwym Świadkiem o myślach samobójczych? Bracia unikali mnie. Niby uśmiechy, pytania jak się czuję, ale wszystko powierzchowne. Miałam wrażenie, że niektórzy po prostu się mnie bali. U ŚJ depresja jeszcze wtedy była oznaką słabej wiary, choroby duchowej. Nikt nie chciał się zarazić….

Po maturze przeżyłam ogromne rozczarowanie moim tatą. Żeby ją zdać musiałam chodzić na korepetycje z matematyki. Mój trzy lata starszy brat, został zdjęty z głosiciela i powiedział, że nie chce być ŚJ. Jak już wcześniej pisałam, miał wszystko w dupie. Nie uczył się, rok kiblował i generalnie robił co chciał. Maturę zdał na podobnym poziomie jak ja. Tata podsumował moje wyniki mówiąc:”Twój brat też dobrze zdał maturę a się nie uczył”. To był nóż w serce. Włożyłam ogromny wysiłek w to, żeby nadrobić materiał, który mnie ominął gdy byłam w szpitalu. Dałam z siebie wszystko…. Po tej rozmowie nie mogłam dojść do siebie przez całe wakacje, aż po raz kolejny trafiłam do psychiatryka. Do złego stanu psychicznego doprowadziło mnie coś jeszcze…..

Mam siostrę 13 lat starszą ode mnie. Mając 20 lat wyszła za mąż, za pioniera, który przyjechał z Warmii do naszej grupy na oddaleniu. Z kolegami. Nazwę go Z jak Zero. Tak więc, Z pochodził (forma przeszła bo dla mnie i mojej rodziny jest jak trup) z bardzo patologicznej rodziny. Matka, ojciec, brat, siostra - wszyscy byli/są alkoholikami. Matka i brat zapili się. Z niby był ŚJ, ale miał mocno skrzywioną psychikę. Od początku mój tata go nie lubił i odradzał siostrze ślub. Ta oczywiście była ślepo zakochana i za nic miała sobie wielogodzinne awantury z wyzwiskami. Do ślubu jednak doszło. Na początku Z był bardzo miły. Byłam mała, miałam 7 lat. Kupował mi prezenty, był jak brat. Mijały lata, ja zaczęłam dorastać, ale nadal traktowałam go jak brata. Niestety on widział we mnie więcej niż rodzinę. W tamtych latach moja siostra miała problemy z nadwagą, a ja wyrosłam na szczupła, ładną dziewczynę z burzą włosów. Czasami pewne zachowania Z trochę mnie niepokoiły, ale nigdy nie było wiadomo kiedy on żartuje a kiedy mówi prawdę. Ufałam mu jak bratu. Mówiłam o swoich sekretach. Pewnego dnia poszliśmy popływać do sąsiada. Wtedy zaczął mnie łapać za tyłek. Uciekłam przestraszona do domu.  Zaczęłam go unikać. W którymś momencie zaczepił mnie, gdy wracałam do domu z miasta. Było gorąco, zgodziłam się żeby podwiózł mnie do domu. (ich dom stoi 50 m od mojego na tym samym podwórku). Najpierw mówił, że przeprasza, głupio się zachował. A potem mu odbiło. Zamknął centalny zamek w samochodzie. Nie mogłam wyjść. Zaczął mnie obmacywać, całować, wpychać obrzydliwy jęzor do moich ust. Próbowałam krzyczeć, zaczęłam kopać wszystko co popadnie i okładać go pięściami. W końcu mnie wypuścił. Nie pamiętam ile godzin spędziłam nad sedesem wymiotując, za każdym razem, kiedy  przypominałam sobie jego “pocałunki”. Mamie powiedziałam, że czymś się zatrułam.

Byłam przerażona. Uciekałam do swojego pokoju, gdy tylko do nas przychodził. Jednego dnia przyszedł z siostrą. Ona siedziała z mamą, Z i tata wzięli się za picie wódki. Zrobiło się głośno. Pijackie awanturki. Z tego względu, że reaguje histerią i paniką na krzyki, poszłam do nich i poprosiłam, żeby byli troszkę ciszej. Nic. To poszłam drugi raz. Z wyskoczył do mnie z mordą że gówniara nie będzie mu zwracać uwagi. Poszedł za mną do pokoju. Usiadłam, schowałam głowę w kolanach i zaczęłam płakać. Już byłam w swoim transie. Kiwałam się w przód i w tył nie mogąc złapać oddechu. A on usiadł obok mnie i krzyczał mi prosto w twarz. Szarpał mnie. Wszyscy zlecieli się do mojego pokoju. Tata i brat zaczęli się z nim szarpać i wykopali go z domu. Siostra przytuliła mnie, ale poleciała za mężusiem. Z był zły, że go unikam i nie daje się molestować. To był koniec mojej wiary. Nie mieściło mi się w głowie, jak taki człowiek może jeździć na zebrania i udawać dobrego. Tak jak pisałam wcześniej, zdążyłam złożyć papiery na studia i sama chciałam jechać do szpitala.
CDN
"To repeat the same action and expect different results is madness."


Offline todd

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #31 dnia: 23 Lipiec, 2017, 06:59 »
Chyba nie jest znana granica gdzie kończy się neuroza a zaczyna psychoza. Chociaż mogę się mylić.
„Bywa, że w nocy, póki sen nie włoży na mnie kajdan swych pamięć zapala wokół mnie światło minionych dni …” T. Moore


Offline HARNAŚ

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #32 dnia: 23 Lipiec, 2017, 09:59 »
Zadziwiająco często w historiach pojawia się kontekst braku pomocy ze strony zboru , gdy ktoś potrzebuje wsparcia. To potwierdza moje spostrzeżenia , że świadkowie nie dorośli do życia w społeczeństwie  , świat ich przegonił w okazywaniu uczuć i empatii. Dopóki coś nie jest napisane w strażnicy to nie potrafią zachować godnej postawy a ich zapytania jak się czujesz?- to zwykły slogan , za którym nie idzie nic konkretnego.
Boją się trudnych tematów , wolą trzymać dystans jakby uważali , że lepiej się nie zbliżać zbytnio , bo nie wiadomo co Jehowa o tym sądzi.
Gdy ktoś na statku znajdzie się poza burtą , ekipa rzuca mu koło ratunkowe aby umożliwić przeżycie.
 Swiadkowie , wręcz odwrotnie , odcinają linę jakby obawiali się , że kontakt z taką osobą może sprawić , że  osłabną duchowo i przez to nie osiągną życia wiecznego w swoim wymyślonym raju.
 Innych stać na odwiedziny , sms, czy rozmowę telefoniczną , świadkowie wolą udawać , że nie wiedzieliśmy , a przecież w służbie poznają wszelkie plotki, lub nie wiedzieliśmy jak się zachować . wszyscy wiedzą tylko nie oni ,  wielcy nauczyciele prawości i moralności.


Offline Trinity

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #33 dnia: 23 Lipiec, 2017, 11:38 »
Harnasiu to to!
jak ja wylądowałam w szpitalu też nikt ze zboru mnie nie odwiedził!
ba jedna sis później na zebraniu, zauważyła że schudłam a ja że to przez szpitalny wikt! ona ze zdziwieniem: "to ty byłaś w szpitalu? :o fakt widziałam twojego jak kładzie telefon na głośnik (żebym mogła słuchać zebrania w szpitalu)
ALE WOLAŁAM NIE PYTAĆ  :o  :-\
i to nie jakaś ,obca' siostrunia - nasze dzieci sie lubią, odwiedzają się, my też

i po szpitalu gdy wróciłam do zboru zmieniła mi sie optyka o 180 stopni
zmęczona prawdą byłam już wcześniej, ale moja choroba uświadomiła mi że dla zboru jestem balastem. albo idziesz z nami albo spadaj!
to była kropka nad i
jestem już nie potrzebna! system mnie przemielił, wyssał i jak już nie czuł 'smaku' zwyczajnie wypluł !!!
wts jest jak wąż zjadający własny ogon!
to mu się na dłuższą metę nie opłaci

przepraszam Aniu za ten oftopik
historia niesamowita, przeraża mnie jako matke
trzymam kciuki, fajnie ze odzyskałaś swoje życie
ściskam

 
« Ostatnia zmiana: 23 Lipiec, 2017, 11:48 wysłana przez Trinity »


Offline Helleboris

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #34 dnia: 22 Sierpień, 2017, 01:08 »
Podczas drugiego pobytu w szpitalu miałam okazję rozwijać się artystycznie. Na cały ogromny oddział była jedna terapeutka, pani Bogusia. Świetna kobieta. Jako, że nie była w stanie sama ogarnąć całego oddziału, jedyną terapią była terapia zajęciowa. Kto chciał to przychodził do sali. Zawsze było coś do zrobienia. Dekoracje oddziału na jesień, potem na zimę. Czasami trzeba było coś zacerować, bo do szpitala trafiały osoby, które nie miały kompletnie ubrań. W magazynku były takie zapasowe z darów, ale niektóre były podarte. Były też oddziałowe dyskoteki, spacery. Codzień rano, jeszcze przed obchodem chodziłam do pani Bogusi na kawę, rozmawiałyśmy sobie. Podczas robienia tych różnych dekoracji słuchaliśmy sobie muzyki poważnej, albo całymi godzinami rozmawialiśmy w większym gronie. Bywało smutno, ale zdecydowanie częściej wesoło. Gdy byłam w szpitalu przyszedł do mnie list, że dostałam się na studia - filologia angielska na prywatnej uczelni. Z jednej strony bałam się tak poważnego kroku, z drugiej w końcu poczułam, że jestem coś warta. Zaraz po wyjściu ze szpitala miałam pierwszy zjazd. Było fajnie, jakoś sobie radziłam.

Studia bardzo mi się podobały, rodzice byli dumni, choć bracia w zborze nie do końca to pochwalali. No bo opuszczałam dwa niedzielne zebrania w miesiącu. Mówiąc szczerze, nie bardzo mnie to interesowało. Zawsze po niedzielnych zajęciach musiałam długo czekać na pociąg i chodziłam do pubu Hard Rock Cafe. Piłam whisky i podrywałam barmanów. Z jednym nawet udało mi się zakumplować ( a potem był w telewizji!). Na forum dla osób z problemami psychicznymi poznałam miłego faceta. Zauroczyły go moje rysunki i wiersze. Problem polegał na różnicy wieku - był ode mnie starszy 27 lat. Zaczęliśmy się spotykać i zakochałam się. Bycie Świadkiem coraz bardziej mnie uwierało. Miałam prawie 20 lat i musiałam spowiadać się rodzicom z każdej godziny spóźnienia. Nie pozwalali mi nocować u koleżanek w Warszawie, musiałam meldować każde wyjście z domu. Z Maćkiem spotykałam się po zajęciach. Z czasem to było za mało. Pamiętam kiedy pierwszy raz oznajmiłam rodzicom, że nie wracam na noc do domu. Jak wróciłam to tata zrobił mi awanturę i zagroził że jeszcze jeden taki wyskok i przestanie opłacać mi studia. Powoli zaczęłam przyzwyczajać rodziców do tego, że chcę zostawać na noc w Warszawie, bo po co mam wracać do domu po nocy, żeby za 6h wstać i znów jechać na zajęcia. Nie byli zadowoleni, ale jakoś się z tym oswoili. Tylko że zamiast na zajęcia, jeździłam do Maćka. Nie zaliczyłam pierwszej sesji, zrezygnowałam z dalszej nauki.

Pewnej soboty, tuż przed Pamiątką, upiliśmy się. I właśnie wtedy to się stało. Straciłam dziewictwo. Nie podobało mi się, ale jednak to było coś, co jeszcze bardziej zbliżyło do Maćka. Niestety obciążenie psychiczne grzechem siadło mi na mózg. Na zebraniach płakałam, wpadłam w kolejny dół psychiczny i stwierdziłam że potrzebuję terapii. Znalazłam odpowiedni ośrodek, przyjęli mnie. Był to tzw. oddział dzienny. Codzień jeździłam tam na kilka godzin. Po terapii spotykałam się z Maćkiem. Pierwszym efektem ubocznym terapii był bunt. W końcu zdecydowałam się, by powiedzieć mamie co zrobił mi mąż siostry. Potem powiedziałam siostrze, bratu, który był starszym i tacie. Myślałam że mi ulży, ale sprawa zaczęła się komplikować. Siostra i jej mąż byli w innym zborze. Czekała mnie rozmowa ze  starszymi, która nie zdążyła się odbyć. Zrozumiałam, że moje wyznanie nie jest nic warte, bo nie mam świadków. Kolejnym krokiem powinna być konfrontacja. Nie wyobrażałam sobie opowiadać o tym wszystkim przy facecie, który mi to zrobił. Wolałam się zabić. Mój tata bardzo dziwnie reagował na to wszystko. Pewnej soboty poprosiłam go o pieniądze na bilet miesięczny, żebym mogła dojeżdżać na terapię. Zrobił mi awanturę, wyzwał od pasożytów, nierobów. Wykrzyczał mi, że ta moja depresja to przykrywka dla lenistwa, że terapia to pranie mózgu, wcale nie jestem chora tylko udaję, bo mi tak pasuje i pewnie sprowokowałam męża siostry kiedy się do mnie przystawiał, albo sama to zainicjowałam dla pieniędzy. TO było za dużo. Nie spałam całą noc. Napisałam okropny list do rodziców, rano spakowałam się i wyniosłam. Nie powiedziałam mamie gdzie jadę, z kim będę mieszkać. Oczywiście pojechałam do Maćka. Tego samego dnia miałam telefon od brata, że jak do następnego tygodnia nie wrócę to mogę już nigdy nie wracać. Kazał mi wysłać klucze do domu pocztą. Tata opłacał mi telefon na abonament, więc zablokował numer. Prawie pół roku nie miałam kontaktu z rodziną….
"To repeat the same action and expect different results is madness."


Offline bernard

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #35 dnia: 22 Sierpień, 2017, 09:30 »
Nóż się w kieszeni otwiera jak WTS potrafi niszczyć relacje rodzinne !
Mój znajomy który był ordynatorem w psychiatryku powiedział ze przez jego oddział przewinęło się bardzo wielu ŚJ ,depresja i próby samobójcze były u nich główna przyczyna hospitalizacji.

Wielki szacun dla Ciebie Helleboris !


Offline Abramakabra

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #36 dnia: 22 Sierpień, 2017, 09:51 »
Mówili nam że to świat jest zły. Wszystkich przyjaciół mam że świata, w tym wspaniałą narzeczoną. Bardzo mnie poruszyła twoja historia. Mam nadzieję że dziś jest już wszystko dobrze.


Offline bernard

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #37 dnia: 22 Sierpień, 2017, 10:05 »
Świat jest zły , znam jednak wielu świadków którzy wolą bawić się z ludźmi ze świata niż ze swoimi pobratymcami.


Offline Vida

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #38 dnia: 22 Sierpień, 2017, 17:43 »
Aniu, po przeczytaniu wszystkich Twoich słów, chciałabym powiedzieć Ci, że bardzo Ci współczuję i równocześnie dobrze rozumiem niektóre z Twoich przeżyć.
Również zmagałam się przez kilka lat z depresją w okresie gimnazjalnym, chciałam popełnić samobójstwo, nie widziałam już sensu i nie miałam sił, a w rodzicach żadnego wsparcia, ponieważ nie mogłam im nic powiedzieć. Również spędzałam sporo czasu w szpitalu, a jedynymi odwiedzającymi były osoby "ze świata", choroba jeszcze bardziej otworzyła mi oczy na to wszystko w czym żyłam i w czym nie chciałam już tkwić.
Mnie napisanie mojej historii, tutaj na forum niejako pomogło uwolnić się od tego ciężaru przeżyć, mam nadzieję, że Tobie też po części przyniesie to ulgę.


Offline Helleboris

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #39 dnia: 23 Sierpień, 2017, 01:23 »
Pół roku mieszkania z Maćkiem nie było usłane różami. Nie mieszkał z żoną od dłuższego czasu, ale nie byli po rozwodzie. Był też syn Maćka, dziesięciolatek. Lubiłam go. Często się nim zajmowałam jak był chory. Niestety jego mamusia była zorientowana na karierę i nie miała czasu zająć się synem. Okazało się też, że Maciej był strasznym cholerykiem i jak to się mówi - erotomanem. W kwestiach intymnych wymagał ode mnie sprawności i kreatywności osobistej prostystutki. Byłam w tym niedoświadczona, często zamiast seksu była awantura, bo czegoś nie umiem, czegoś się brzydzę itd. Wiele razy brałam tabletkę “PO”. W pewnym momencie zaszłam w ciąże. Nawet nie wiedziałam, nie przypuszczałam, że mogę być w ciąży. Dowiedziałam się dopiero gdy poroniłam. Od tamtej pory migałam się od seksu jak tylko mogłam, ale to rodziło niekończące się awantury i pretensje. Pewnie zadajecie sobie pytanie dlaczego się nie zabezpieczaliśmy. Odpowiedź jest prosta. Maciek był impotentem i jak tylko zakładał prezerwatywę to nawet wspomagacze nie pomagały. A mi zabronił brania tabletek antykoncepcyjnych, bo “przytyję i nie będę dla niego atrakcyjna”. Wtedy tego nie widziałam, ale to był bardzo toksyczny związek. Po Bożym Narodzeniu dostałam od niego warunek. Albo do końca stycznia znajdę pracę, ale będę musiała się wyprowadzić, bo jego nie stać, żeby mnie utrzymywać. Nie znalazłam pracy, więc musiałam się wynieść. Wtedy miałam już kontakt z jednym bratem i mamą. Przeprowadziłam się do studenckiej rudery. Wszędzie grzyb, na dworze -15 a w środku 5 stopni. W portfelu miałam 50zł i byłam bez pracy. Wytrzymałam tam 2 dni. Trzeciego dnia po prostu wyszłam, wsiadłam pociąg i pojechałam do domu. Po weekendzie przyjechałam z rodzicami po resztę moich rzeczy. Współlokatorka była wściekła, bo założyła za mnie kaucję 300 zł. Jest mi za to wstyd, ale nigdy jej nie oddałam.

Jedyną dobrą decyzją z tamtego okresu było pójście na roczny kurs Wizażu i Stylizacji. Wszystko przychodziło mi lekko, czułam się w swoim świecie, szczególnie na zajęciach z charakteryzacji.  Jednym minusem było to, że przestałam płacić na czas. Należność rosła, a ja udawałam, że może zapomną. Nie zapomnieli. Za pierwszym razem komornik umorzył egzekucję, bo nie miałam żadnych dochodów ani majątku. Rok temu ponowił postępowanie, dogadałam się na płatność ratalną i jakoś spłacam.

Po 3 miesiącach mieszkania u Maćka zadzwonił do mnie starszy ze zboru. Chciał ze mną porozmawiać w obecności mojego rodzonego brata, który również był starszym w zborze. Pojechałam i zalał mnie grad pytań: gdzie mieszkam i z kim, dlaczego “uciekłam” z domu, czy chodzę na zebrania i czy zamierzam wrócić do domu. Powiedziałam, że mieszkam z koleżanką, a do domu wrócę jak tata mnie przeprosi i gdy starsi zagwarantują mi, że mąż siostry poniesie konsekwencje za to co mi zrobił. Obie te rzeczy oczywiście się nie wydarzyły….

Powrót do domu był dziwny. Byłam w opłakanym stanie psychicznym. Mimo, że Maciek wyrzucił mnie z domu, nadal byłam w nim zakochana, a raczej - totalnie uzależniona psychicznie. Po kilku tygodniach brat powiedział mi, że starsi chcą ze mną porozmawiać i że mam się ubrać tak jak na zebranie.

CDN
"To repeat the same action and expect different results is madness."


Offline gangas

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #40 dnia: 23 Sierpień, 2017, 02:59 »
 Ależ się rozpisujesz. Jeśli nie przesadzasz będę śledził wątek pozdrawiam Gangas
Jutro to dziś tyle że jutro.


Offline Helleboris

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #41 dnia: 09 Styczeń, 2018, 15:26 »
Pojechałam na spotkanie z braćmi. Wchodzę, a tu siedzi trzech starszych z mojego zboru. Jeden nowy, którego nie znałam, Benek i X. Tak, ten X w którym byłam kiedyś zakochana. Coś mi nie pasowało w tym spotkaniu i dopiero wtedy dowiedziałam się że przyjechałam na
KOMITET SĄDOWNICZY!
Nie rozumiałam po co to wszystko. Raptem pół roku nie było mnie w domu, ale jestem pełnoletnia. Pewnie chodziło im o to z kim mieszkałam i o list, który zostawiłam rodzicom. W liście przyznałam się do podwójnego życia i o wszystko co złe obwiniałam rodziców. Nie wiedzieli nic więcej. Nie mieli świadków. Tak mi się wydawało. Dałam się złapać w pułapkę. Tak mnie przycisnęli, że sama się do wszystkiego przyznałam. Poza tym, nie miałam siły już kłamać. Pytali kiedy się to zaczęło, jak poznałam Maćka, czy jestem dziewicą, a może jestem w ciąży i dlatego wróciłam do domu. Mnóstwo intymnych, krępujących pytań. Chcieli też znać  dokładnie powody mojej wyprowadzki. I zaczęła się opowieść...Długa, okraszona fontanną łez. Skoro spytali - chciałam, żeby wiedzieli przez co przeszłam. Chciałam by poczuli się źle z tym co robią. Żeby w myślach marzyli o końcu tej opowieści. Zrobiłam to. Z minuty na minutę bledli, zaciskali zęby, wiercili się na krzesłach. A ja mówiłam. Z jednej strony miałam satysfakcję, że cierpią słuchając tego, z drugiej - ta opowieść odarła mnie z godności. Powiedzieli mi, że rozumieją i jest im bardzo przykro, że w pewnym momencie zawiedli mnie rodzice, że zawiódł mnie zbór. Nie potrafili wziąć tego pod uwagę. Zrobili to co musieli i postawili mi warunek. Jeżeli natychmiast zerwę kontakt z Maćkiem to będę tylko naznaczona. Będę musiała ponownie przejść studium, przychodzić na zebrania i chodzić do służby. Nie chciałam o tym słyszeć. Mimo, że Maciej bardzo mnie krzywdził, to nie wyobrażałam sobie życia bez niego. To była cholernie toksyczna relacja. Powiedziałam, im, że kocham Maćka i nie chcę bez niego żyć, nie dam rady przekreślić tej znajomości.

Po chwili narady podjęli decyzję, że muszę zostać wykluczona. Oczywiście zapewniali mnie, że to tylko karcenie, Jehowa nadal mnie kocha, ale muszę pogłębić swoją więź z nim. Zachęcali, żebym przychodziła na zebrania, bo jestem tam mile widziana. No serio? Przez ponad pół roku nie chodziłam na zebrania. Odwykłam od tego. Nie mieściło mi się w głowie, że mam tam znowu iść i to jako czarny charakter, którego należy omijać łukiem.
Nigdy więcej nie poszłam na normalne zebranie. Byłam dwa razy na pamiątce i wykładzie po  pamiątkowym, ale to ze względu na babcię. To było dla mnie tak okropne przeżycie, że musiałam brać tabletki na uspokojenie. W końcu i na pamiątkę przestałam chodzić. Przeanalizowałam sobie, czy ja naprawdę kiedykolwiek w to wszystko wierzyłam, czy było to dla mnie dobre. No cóż… nie było. I nie wierzyłam. Tzn moja wiara miała silny związek z fazą choroby. W manii byłam fanatyczna, w depresji robiło mi się niedobrze na myśl o wspaniałym bogu Jehowie, który ponoć mnie kocha, troszczy się o mnie i nigdy nie dopuści do tego, żebym musiała dźwigać ciężar , którego nie uniosę. Jak miałam w to wierzyć? Moja wiara w to skończyła się w momencie, kiedy pierwszy raz chciałam się zabić. Doświadczenie chęci zabicia się zupełnie zmieniło mój pogląd na wiarę, duchowość. To była sytuacja, kiedy żadna modlitwa nie mogła mi pomóc. Żaden Bóg nie potrafił uspokoić moich myśli, żaden duch święty. Wtedy zrozumiałam, że religia nie jest mi do niczego potrzebna, bo nie pomaga mi, a wręcz szkodzi. Kiedy jeszcze byłam  ŚJ i miałam epizod depresji to miałam ogromne poczucie winy i wyrzuty sumienia że nie jeżdżę na zebrania i nie chodzę do służby. To pogłębiało depresję. Dlatego zdecydowałam się, na życie bez religii.

CDN
"To repeat the same action and expect different results is madness."


Offline Szczurh

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #42 dnia: 09 Styczeń, 2018, 19:15 »
Życie bez religii- to najlepsze rozwiązanie. Religa i polityka to największa obłuda.
W pokoju zero stopni, patrzenie w punkt, ciemno, depresja. Znam to  :'(


Offline Bożydar

Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #43 dnia: 10 Styczeń, 2018, 00:25 »
Helleboris nie mam słów na twoją historię.
Jedyne co mogę to przytulić wirtualnie. :)
Ja też nie raz chciałem z sobą skończyć i to już w wieku 12 lat, ale dałem radę.
Jesteś wyjątkowa, że to przetrwałaś. Trzymaj się :)


Offline jankowalski82

  • Głosiciel
  • Wiadomości: 192
  • Polubień: 450
  • Każdy ma to, na co się odważył.
Odp: Między sercem, a rozumem
« Odpowiedź #44 dnia: 11 Styczeń, 2018, 01:06 »
  Pewnie już ktoś to pisał, ale silna z Ciebie osoba. Ten cały komitet to jakaś farsa. Na tym forum poznałem wiele historii związanych z komitetem, że głowa puchnie. Jestem pewien że sam nie dam się osądzić. Wręczę list pożegnalny z krótkim objaśnieniem o co chodzi i nara. Nie mam zamiaru i chęci tłumaczyć się nazbyt rozbudowanemu aparatowi represji, jakim jest wyżej wspomniany komitet.
  Powodzenia.