Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Koniec Świata  (Przeczytany 30 razy)

Offline Andrzejek

Koniec Świata
« dnia: Wczoraj o 10:45 »
KONIEC ŚWIATA

Ludzkość ma dziwną słabość do własnego końca. Od tysięcy lat z uporem godnym lepszej sprawy wyznaczamy daty ostatecznej zagłady, jakby chodziło o premierę długo wyczekiwanego filmu. Problem w tym, że seans wciąż się nie zaczyna.
Już w czasach Jezus Chrystus atmosfera była gęsta. Według Ewangelii Mateusza mistrz, zmęczony sporami z faryzeuszami, roztoczył przed uczniami wizję iście kosmicznej katastrofy: słońce gaśnie, księżyc traci blask, gwiazdy spadają z nieba. Brzmi jak zwiastun widowiska z budżetem Hollywood.
Najciekawsze przyszło jednak chwilę później. Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie Mt 24:34 — padło z ust nauczyciela. Uczniowie mogli więc odetchnąć z ulgą. Wszystko jasne: koniec świata jeszcze za ich życia. Nie trzeba planować emerytury.

   Pierwszych chrześcijan bardzo denerwowało niedotrzymanie powyższej obietnice przez ich guru, dlatego też wyznaczano coraz to bardziej fantastyczne terminy pojawienia się tego wydarzenia, które przedstawiłem poniżej.
375-400 rok - taką datę kónca świata wyznaczył św. Marcin z Tours
992 rok Wielki Piątek - Święto Zwiastowania miało być terminem końca świata. Obliczenia chrześcijanie oparli na Księdze Objawienia.
1412 rok to następna data końca świata wyliczona przez św. Marcina z Tours.
20 luty 1524  to z kolei zapowiedź Potopu skalkulowanego przez Johannesa Stoefflera
Od zapowiedzi Jezusa minęły dwa tysiące lat i… cóż, wygląda na to, że kalendarz się nieco rozjechał.
Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. Historia pełna jest ludzi, którzy z niezachwianą pewnością wiedzieli, kiedy wszystko się skończy. Każde stulecie ma swoich proroków zagłady, swoje daty graniczne i swoje spektakularne rozczarowania. A mimo to mechanizm działa dalej — jak zepsuty zegarek, który nigdy nie pokazuje właściwej godziny, ale za to robi to z ogromnym przekonaniem.

Nawet współczesność nie jest wolna od tej pokusy. Wystarczy wspomnieć choćby przypisywane wizje Ojciec Pio, gdzie wichury, wstrząsy i pojawienie się szatana miały zwiastować finał wszystkiego. Brzmi dramatycznie, ale jak dotąd — bez skutku.
Może więc problem nie polega na tym, że świat ma się skończyć, tylko na tym, że my bardzo chcemy znać datę. Bo wtedy wszystko staje się prostsze: sens, cel, kierunek. Tymczasem rzeczywistość uparcie odmawia współpracy.
I tak żyjemy dalej — między jedną a drugą zapowiedzią końca świata, który najwyraźniej nie ma zamiaru nadejść zgodnie z harmonogramem.

Zdaniem Baby Wangi, popularnej wieszczki z Półwyspu Bałkańskiego, zanim nastąpi zagłada, całą powierzchnię ziemskiego globu skuje lód. Na skutek braku możliwości uprawy roślin i hodowli zwierząt ludzie będą głodować i chorować.

Święta siostra Faustyna Kowalska ze zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. przepowiedziała swoim dzienniczku, że w owym dniu nastąpi ciemność, rozjaśniona wyłącznie znakiem krzyża na niebie.

Rok 1000 przyniósł sporo strachu i stanów histerii wśród społeczeństwa. Millenaryzm był wówczas jednym z bardziej powszechnych poglądów. Z tego właśnie względu uznano, że po 31 grudnia 999 nastąpi koniec świata. Sprzedawano i rozdawano dobra ziemskie lub oddawano majątki na rzecz kościoła.

Apokaliptyczne wróżby sprawiły, że chłopi, mając w perspektywie zbliżającą się zagładę stwierdzili, że nie ma sensu obsiewać pól. By zapobiec klęsce i uniknąć głodu, władca Sylwester II posłał wojsko, by skłonić ludzi do rolnictwa w Państwie Kościelnym. Przymus ten miał uchronić ludność od braku pożywienia w ewentualnym roku następnym. Ludność organizowała pielgrzymki na Wschód, by spotkać się z Chrystusem w Jerozolimie.

Ciężarna dziewica Southcott (1750-18140) była angielską samozwańczą prorokinią, która początkowo związana była z ruchem metodystycznym. Z czasem zaczęła twierdzić, że otrzymuje boskie objawienia i posiada szczególną misję od Boga. Pisała liczne broszury (ponad 60), w których opisywała swoje wizje i przepowiednie.
Zyskała ogromną popularność — liczba jej zwolenników sięgnęła nawet ok. 100 000 osób, co pokazuje, jak silny był wówczas klimat religijnego oczekiwania i podatności na charyzmatycznych przywódców. Southcott utożsamiała się z symboliczną postacią z:Apokalipsa św. Jana. Chodzi o wizję niewiasty obleczonej w słońce, z księżycem pod stopami i koroną z gwiazd — interpretowaną przez nią jako zapowiedź jej własnej roli. W wieku 64 lat ogłosiła, że: jest dziewicą, jest w cudownej ciąży, urodzi Mesjasza, a 19 października 1814 nastąpi koniec świata. Wraz z tymi zapowiedziami rzeczywiście zaczęto obserwować u niej powiększenie brzucha, co dodatkowo wzmacniało wiarę jej zwolenników. Ale przepowiednia się nie spełniła: nie doszło do narodzin dziecka ani końca świata, Southcott zmarła 24 grudnia 1814 roku. Jej wyznawcy początkowo wierzyli, że: zmartwychwstanie, lub że cud jeszcze nastąpi. Jednak autopsja wykazała, że nie była w ciąży — najprawdopodobniej objawy były wynikiem choroby (często sugeruje się tzw. ciążę urojoną lub schorzenia jamy brzusznej).

Postać Williama Millera była kluczowa dla powstania ruchu millenarystycznego w XIX wieku, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Miller próbował obliczyć datę powrotu Jezusa na podstawie proroctw biblijnych, głównie z Księga Daniela. Cytowany  fragment odnosi się do wersetu Dn 8:14 - I powiedział do mnie: Aż do dwóch tysięcy trzystu wieczorów i poranków. Wtedy świątynia zostanie oczyszczona. Miller przyjął kilka kluczowych założeń:
„2300 wieczorów i poranków” = 2300 lat (stosował tzw. zasadę „dzień za rok”,
Początek tego okresu powiązał z wydarzeniami historycznymi dotyczącymi odbudowy Jerozolimy (ok. 457 r. p.n.e.).
Po dodaniu 2300 lat doszedł do wniosku, że powrót Jezusa nastąpi około 1843–1844 roku.
Czas minął i nic szczególnego się nie wydarzyło. Mimo to, zwolennicy baptysty nie zatracili wiary. W wyniku kolejnych dysput i analiz badań przesunięto datę końca świata na 18 kwietnia. Również i tego dnia nic się nie wydarzyło. Datę znów przełożono, tym razem na 22 października. Bez efektu. William Miller wyczekiwał nadejścia Armagedonu do końca swych dni (zmarł pięć lat później, w 1849 roku). Gdy kolejne daty pokazały, że przepowiednia się nie spełnia, wierni zaczęli występować z ruchu. Czas ten nazwano "Wielkim Rozczarowaniem", ze względu na to, że zaślepieni zwolennicy Millera sprzedali majątki i porzucili dotychczasową pracę, by odpowiednio przygotować się na powtórne przyjście Chrystusa.

Wiara w zbliżający się koniec świata może prowadzić do tragicznych konsekwencji. Jednym z najbardziej wstrząsających przykładów jest historia komety Hale-Bopp oraz działalność sekty Heaven’s Gate.
Kometa została odkryta w 1995 roku przez dwóch badaczy – Alan Hale oraz Thomas Bopp. Była ona wyjątkowo jasna i przez długi czas widoczna gołym okiem, co wzbudzało ogromne zainteresowanie, ale także niepokój. Dla wielu osób jej pojawienie się stało się źródłem irracjonalnych lęków i spekulacji dotyczących nadchodzącej zagłady.

Szczególnie dramatyczne skutki miały te przekonania wśród członków sekty Heaven’s Gate. Grupa ta powstała w latach 70. XX wieku, a jej przywódcą był Marshall Applewhite. Wyznawcy wierzyli, że za kometą Hale’a-Boppa ukrywa się statek kosmiczny, który ma ich zabrać na „wyższy poziom istnienia”. Uważali, że jedynym sposobem na opuszczenie Ziemi i uniknięcie nadchodzącej zagłady jest śmierć.
W marcu 1997 roku 39 członków sekty popełniło zbiorowe samobójstwo. Byli do tego starannie przygotowani – zażyli truciznę, popijając ją alkoholem, a następnie doprowadzili do uduszenia zawiązując sobie na głowie foliowe torby. Wszyscy byli jednakowo ubrani, co dodatkowo podkreślało ich podporządkowanie grupie i ideologii. Wierzyli, że w ten sposób ich dusze opuszczą ciała i zostaną przeniesione na pokład statku kosmicznego.
Historia ta pokazuje, jak niebezpieczne mogą być skrajne przekonania, szczególnie gdy łączą się z manipulacją i ślepą wiarą w autorytet przywódcy. Strach przed końcem świata oraz obietnica ocalenia mogą doprowadzić do utraty zdolności racjonalnego myślenia i podejmowania decyzji, co w skrajnych przypadkach kończy się tragedią.

Koniec świata 2000
Podobnie jak w czasach, gdy zbliżał się rok tysięczny, tak i 13 lat temu popłoch wywoływał rok 2000. Powszechna prawda o dawnych lękach powróciła w obliczu okrągłej daty. Pomimo upływu tysiąca lat, przypomniały się średniowieczne motywy i obrazy. Koniec drugiego tysiąclecia obfitował w gorączkowe poszukiwania wskazówek na przyszłość. Ludzie obawiali się nadejścia końca świata, który miał być znakiem końca wieku XX. Fantastycznym wizjom nie było końca. Autor książki "Kod Biblii", Michael Drosnin, odnalazł obrazy zagłady świata na łamach pierwszych pięciu ksiąg Starego Testamentu. Między wierszami udało mu się przeczytać, że nastąpi ona w wyniku "atomowego holokaustu". Co jednak miało się kryć pod tą frazą, tego nikt nie wie.
Inne proroctwo w odniesieniu do roku 2000 pochodziło od Richarda Noone’a, który zapowiedział, że zagłada nastąpi 5 maja, w wyniku ulokowania się w jednej linii wszystkich planet Układu Słonecznego. Rzadkie zjawisko astronomiczne miało spowodować, że Ziemię pokryje lód z obu biegunów. Według niego zapowiedź tych wydarzeń była od wieków skryta w Wielkiej Piramidzie w Gizie.

Wizja końca świata wiązana była przez niektórych z poglądem millenaryzmu. Uwadze proroków uszedł fakt, że milenijny przełom dotyczy wyłącznie chrześcijan. Dla Chińczyków bowiem wówczas minęło już ponad 4 700 lat! Data zagłady w roku 2000 została wskazana również przez Kasjopejan. Zapowiadali oni, że pojawi się wtedy krzyż kosmiczny wraz z zaćmieniem Słońca. W Ugandzie na przełomie XX i XXI wieku około pół tysiąca członków apokaliptycznej sekty popełniło samobójstwo na wieść o zbliżającym się Armagedonie. Byli to zwolennicy Ruchu na rzecz Przywrócenia Dziesięciu Przykazań Bożych. Afrykańska sekta dokonała samospalenia. Wśród ofiar tego zdarzenia były także dzieci.

Popłoch wśród ludności wywoływała wizja światowego chaosu spowodowanego przez błąd roku 2000. Mógł on wystąpić w komputerach ze starszym oprogramowaniem i wywołać awarię wielu urządzeń na świecie. Dodatkowo miał spowodować uszkodzenie światowej komunikacji, systemów bankowych i elektrowni atomowych. Pod koniec roku 1999, przed zbliżającym się wielkimi krokami końcem świata, na ulicach polskich miast można było natknąć się na ludzi, którzy rozdawali ulotki z ofertą swych kościołów. Reklamy traktowały o zbliżającym się końcu oraz przypominały o tym, że to ostatnia chwila, by "zorganizować sobie" zbawienie. Ludzie mieli problem z wyborem właściwej ścieżki, ponieważ każda ulotka z osobna zapewniała, że to właśnie ten kościół może zapewnić zbawienie. Przed sylwestrem Mormoni ogłosili wszem i wobec, że zamknęli listę nowych wyznawców. Ten, któremu nie udało się zapisać, utracił jedyną i niepowtarzalną szansę i nie zostanie zbawiony!
Kolejny koniec świata nie nastąpił 21 maja 2011 roku, choć Howard Camping zapewniał, że tak właśnie się stanie. Końce świata przychodzą i odchodzą, a my nadal istniejemy…

Świadkowie Jehowy od samego początku swojej działalności włożyli niezwykłe zaangażowanie w poszukiwanie daty Końca Świata. Od wydania pierwszego numeru „Strażnicy” w lipcu 1879 roku minęło już ponad sto lat, a przepowiednie dotyczące końca świata pojawiały się w ich literaturze tak często, że powstało nawet powiedzenie: „co trzy lata koniec świata”.

Już w 1799 roku, według publikacji Harfa Boża, można było dostrzec oznaki „czasu końca”. W 1874 roku pastor Charles Taze Russell nauczał, że od tego roku trwa druga obecność Chrystusa i że jest to moment rozpoczęcia zmiany w Bożym działaniu na ziemi.

W początkach XX wieku zwracano uwagę na znaczenie Wielkiej Piramidy w Gizie jako symbolicznego potwierdzenia proroctw biblijnych. Interpretacje pomiarów piramidy początkowo wskazywały na rok 1874 jako moment duchowego przybycia Oblubieńca, później jednak uznano, że właściwym rokiem początku wielkiego ucisku jest 1914. Wydarzenia przewidywane na 1910 i 1915 rok dotyczyły sprawdzania „wiernych członków oblubienicy” oraz obalenia obecnych systemów rządów i kościołów.

Kolejne daty, jak 1918 i 1925, wiązały się z przewidywanym upadkiem chrześcijaństwa i ustanowieniem Królestwa Bożego. 1925 rok miał przynieść powrót do życia wiernych mężów Izraela i objęcie przez Abrahama obiecanego dziedzictwa. Gdy przewidywania te nie spełniły się, daty przesuwano na 1931 i 1932 rok, obserwując jednocześnie napięcia międzynarodowe, które prowadziły do wybuchu wojny światowej.

W kolejnych dekadach Świadkowie Jehowy nadal wyznaczali czas Armagedonu, przewidując go m.in. w 1941 roku jako moment intensyfikacji pracy ewangelizacyjnej oraz w 1975 roku, uznawanym za zakończenie 6000 lat istnienia człowieka na ziemi i początek siódmego tysiąclecia pod panowaniem Królestwa Bożego. Siódmy dzień żydowskiego tygodnia, sabat, miał symbolicznie przedstawiać ten okres odpoczynku i odnowy dla ludzkości.

Proroctwa te w XX wieku łączono z interpretacjami Objawienia św. Jana. W 16 rozdziale wiersze 14–16 opisują „wielki dzień Boga Wszechmogącego”, zwany Armagedonem. Zgodnie z interpretacją Świadków Jehowy, wojna ta miała rozegrać się w XX wieku, a jej przebieg miał spełnić proroctwa dotyczące wojen światowych, głodów i trzęsień ziemi.

W ten sposób historia Świadków Jehowy ukazuje nieustanne próby przewidzenia Końca Świata, bazujące na biblijnych proroctwach, interpretacjach historycznych i symbolice Wielkiej Piramidy. Choć wiele dat okazało się nietrafnych, literatura tego ruchu pozostaje świadectwem ich konsekwentnego i szczegółowego poszukiwania momentu, w którym według nich ludzkość wejdzie w nowe, boskie porządki.

Obecnie mamy chwała Bogu XXI wiek i mimo tylu pomyłek mechanizm wciąż działa. Wciąż pojawiają się nowe przepowiednie, nowe daty, nowi prorocy.
Może więc problem nie polega na tym, że świat ma się skończyć. Problem polega na tym, że bardzo chcemy znać datę.
Bo data porządkuje wszystko. Nadaje sens, kierunek, pozwala zamknąć rachunki. Tymczasem rzeczywistość uparcie odmawia współpracy. Koniec świata nie nadchodzi zgodnie z harmonogramem — i wygląda na to, że nie zamierza.
I tak żyjemy dalej, między jedną a drugą zapowiedzią apokalipsy. Trochę rozczarowani, trochę rozbawieni, a trochę — co tu kryć — wciąż czekający na ten wielki finał, który najwyraźniej nie ma zamiaru się rozpocząć.
Na razie więc pozostaje nam jedno: płacić rachunki, siać zboże i planować przyszłość. Wbrew wszystkim prorokom. Bo jak pokazuje historia — to właśnie przyszłość ma największą skłonność do… nadchodzenia.

Ludzie, którzy nie kierują się przekonaniami religijnymi, znajdują się w wyjątkowo komfortowej sytuacji – swoje życie i poglądy opierają na nauce, która pozwala przewidzieć los naszej planety w sposób logiczny i przewidywalny. Chociaż perspektywa końca świata może wydawać się przerażająca, nauka daje nam pewien rodzaj spokoju: wiadomo, czego się spodziewać i kiedy mogą nastąpić zmiany.

Kosmiczne zagrożenia: niespodziewany koniec świata Najbardziej dramatycznym scenariuszem byłoby uderzenie ogromnej asteroidy, zdolnej unicestwić życie na Ziemi. Podobne zdarzenie miało miejsce 66 milionów lat temu, kiedy w nasz glob uderzyła asteroida o średnicy około 15 km, wywołując masowe wymieranie gatunków, w tym dinozaurów. Na szczęście życie przetrwało, ale przypomnienie o tej katastrofie pokazuje, jak kruche jest istnienie naszej planety. Niebezpieczeństwo wciąż istnieje – każdy większy fragment kosmicznego gruzu może powtórzyć tamtą katastrofę. Zderzenie z planetoidą nie jest teoretyczne – około 4,5 miliarda lat temu jedna z nich doprowadziła do powstania Księżyca. Kosmos może jeszcze pokazać swoje nieprzewidywalne oblicze.

Słońce i długofalowe zmiany: pewny koniec świata
Innym, nieuniknionym scenariuszem jest powolna ewolucja Słońca. Nasza gwiazda urodziła się około 4,6 miliarda lat temu i znajduje się obecnie w połowie swojego życia, stabilnie spalając wodór. W kolejnych 4–5 miliardach lat jej jasność będzie stopniowo wzrastać, przynosząc dramatyczne zmiany dla życia na Ziemi. Za około miliard lat Słońce będzie jaśniejsze o 10–15%, co spowoduje topnienie lodowców i problemy dla życia wodnego. Rośliny mogą mieć trudności z fotosyntezą. Za 1,5–2 miliarda lat oceany mogą zacząć parować, a życie na powierzchni ograniczy się do ekstremalnych środowisk – głębokich oceanów czy podziemnych źródeł.
Za pięć miliardów lat Słońce przekształci się w czerwonego olbrzyma. Jego promieniowanie i ekspansja mogą pochłonąć Ziemię lub całkowicie ją spalić. Po odrzuceniu zewnętrznych warstw pozostanie jedynie białym karłem – małym, gęstym i stopniowo stygnącym obiektem. Całkowity czas życia Słońca szacuje się na około 10–11 miliardów lat.

Zagrożenia od człowieka: przyspieszony koniec świata
Człowiek, choć stosunkowo młody w skali historii Ziemi, od samego początku wykazuje destrukcyjny wpływ na siebie i środowisko. Najważniejsze zagrożenia to:

1. Zmiany klimatyczne – globalne ocieplenie wywołane emisją gazów cieplarnianych może prowadzić do podnoszenia się poziomu mórz, ekstremalnych zjawisk pogodowych i masowego wymierania gatunków. Raporty IPCC ostrzegają, że jeśli nie ograniczymy emisji CO₂, dramatyczne skutki mogą nastąpić w ciągu 50–100 lat.

2. Wojny nuklearne – konflikt nuklearny może spowodować natychmiastową śmierć milionów ludzi oraz wywołać „zimę nuklearną”, czyli gwałtowne ochłodzenie klimatu z powodu pyłu blokującego światło słoneczne, prowadząc do głodu na skalę globalną.

3. Pandemie i biohazard – działalność człowieka zwiększa ryzyko wycieku niebezpiecznych patogenów z laboratoriów oraz szybkiego rozprzestrzeniania się nowych chorób w wyniku podróży i zmian środowiskowych.

4 Katastrofy ekologiczne i utrata bioróżnorodności – masowe wylesianie, zanieczyszczenie oceanów i nadmierna eksploatacja zasobów mogą doprowadzić do kolapsu ekosystemów. Utrata kluczowych gatunków i równowagi ekologicznej w dłuższej perspektywie zagrozi przetrwaniu człowieka.

Nauka uczy nas, że koniec świata może mieć różne przyczyny – od kosmicznych katastrof, przez naturalny cykl życia gwiazd, po destrukcyjne działania człowieka. Jednocześnie pozwala planować, przewidywać i – choćby w ograniczonym stopniu – chronić siebie i planetę. Świadomość zagrożeń nie jest powodem do lęku, lecz do odpowiedzialnego działania i docenienia kruchości życia na Ziemi.